WYPRAWA: 15 lipca – 06 września 2008; w tempie żółwim i niezadaniowym, piąty pobyt w Indiach;
UCZESTNICY: absolutnie niebanalna Hanna, moja córka Jaśmina (15 lat) i ja, Ania R.
TRASA: Berlin – Helsinki – Mumbai – Colva – Benaulim - Chapora/ Vagator (Goa) – Udaipur – Ranakpur – Jhodpur – Jaisalmer – chwila na pustyni Thar -  Delhi - Dharamsala – Amritsar – Wagahu granica pakistańska - Delhi

GALERIA ZDJĘĆ

MAIL ONE

Dziś pierwszy raz na necie, ja już pogubiona w dniach, nie wiem, czy to wtorek, środa czy czwartek? Podejrzewam, że minął tydzień albo i więcej naszego pobytu w raju backpackersów i potomków hipisów, poczucie czasu płata mi przyjemne figle ...
Z jednej strony tak wolno mijają dni - dni pełne 'przestronności' - bo nie wypchane przytłaczającym bagażem zadań, a z drugiej - zbyt szybko się toczą, jak perełki nanizywane na sznurek, a ten sznurek krótki ... i zbyt dobrze wiem, że tym razem nie mam przed sobą 365 dni!
Ale do rzeczy. Miałam pocałować indyjską ziemie - zarzekałam się. Pocałowałam - ale nie na brudnym lotnisku - na plaży, z całą wdzięcznością, że tu znów jestem:)).

Zagaduje mnie skutecznie facet obok - biały jak ja, na dodatek blondyn, a mówi, że monsun nigdy jeszcze tak późno się nie zaczął jak w tym roku. A ja na to:
- Skąd wiesz, że nigdy?
- Bo się tu urodziłem, he he, poza paszportem niemieckim nic wspólnego z Europą nie mam.
- Ale czemu nie masz indyjskiego obywatelstwa?
- Bo mi go nie chcą przyznać. Od siedmiu lat mam sprawę w sądzie - mówi on.
- To pewnie zemsta za kolonializm - odpowiadam.
- No jasne, tyle że ja Niemiec, a nie Brytol:))
Tak, tutejsze sądy i procesy trwać muszą. Np najdłuższe na świecie postępowanie przed sądem toczyło się oczywiście w Indiach - jakiś facet z Puny wygrał ją po 765 latach od założenia sprawy przez prapraprzodków:))

Wiec najpierw było południowe Goa, piaszczyste, opustoszale, ze słoneczkiem prześwitującym zza chmur od czasu do czasu, z monsunową ulewą, która pada nieziemsko - np. jak od linijki odcięta, po jednej stronie ulicy upał, po drugiej już strumienie wody:))
Brałyśmy rower by nieziemsko zmachać się po dwóch kilometrach - parno strasznie - i co chwila mało nie lądowałam na ziemi zapatrzona w piękne portugalskie wille. Podniszczone malowniczo - po każdym monsunie trzeba by je remontować by wyglądały jak z obrazka, a tak wyglądają jak impresje Lautreca, z rdzawo-pomarańczowymi smugami. Jak człowiek uśmiechnie się szerzej, już wciągają go do środka – tak dziś przygarnęła mnie na czaj staruszka mieszkająca w willi, do której powinna sprzedawać bilety wstępu. Ołtarz z początku wieku, antyki krzyczące o renowację, dach na wysokość 9 metrów, i baboushka opowiadająca o życiu w Kenii, gdzie spędziła 20 lat. I o Goa sprzed hipisowskiej kolonizacji.
I tak wzruszająco mówi: Czekam na wypełnienie swego losu, na połączenie z mężem. Patrzę jej w oczy i wiem, że czeka pogodnie.

A o hipisach wtręt krótki - robię się nietolerancyjna - ja wiem, że każdy ma prawo do swych wyborów i skąd mi wiedzieć kto jaki jest na pierwszy rzut oka. Ale wzdrygnęło mnie wczoraj porządnie.
My teraz już na północy Goa, w pięknej malej Chaporze przytulonej do Morza Arabskiego, tuż obok znanych z 60-tych lat plaż Calangute i Baga; zgiełk pozostał za nami - wieczorem nasza wioseczka pusta, fajna didi-jee w juice barze, miły Fernandez odmawia różaniec w sklepie na rogu, a cała zgraja tych post-hipisowskich dzieci, dzieci chillumu, zaprana na maksa w jednej norze siedzi ...
I co ja poradzę, nie mam do nich szacunku? Czemu wolność obraca się w totalne zblazowanie?

He, he, nie wiem czy znacie historię, jak to właśnie 30 lat temu w tych okolicach siostry, co prowadzały dzieciaki do szkoły przez plaże musiały zmienić trasę? Bo w Calangute orgie bywały takie, że i małpy angażowano (!!!), siostrzyczki nie dały rady nawet zamykając oczy.

Przedwczoraj chciałam stąd uciekać – pełna histeria. Ale nie z powodu białych, lecz cockroachow, czyli karaluchów. Nie myślcie sobie - e tam, taki prusak; te były wielkie jak bochen chleba, no nie, przesadzam, jak pół mojej reki. Wchodzę ja ci do łazienki w hoteliku z półki w jakiej rzadko kiedy mieszkamy – a tu na moich kremie Vichy, co tam, nawet na szamponie Pantene:)) karaluchy!!!
Ogromne. A Hanka, jedyna co się ich nie brzydzi, istot żywych nie zabija! Ich też nie będzie!
Miałam ochotę zabić Hanke, ale na szczęście wzięłam się za robale. Straszne to było, ble, plaskało, chrzęściło, mdliło ... I sama je sobie na głowę ściągnęłam nadgorliwością – sprayem na mrówki wykurzyłam z norek!

W hotelu jednak zostałyśmy. Ponoć wysprzątano, w co nie wierzę. Zanim wejdę do łazienki palę światło, wkładam głowę i niestety wszystkie czynności załatwiam przy drzwiach otwartych.

A jutro przyjeżdża do nas mój friend Suman z Bodhgaya - teraz z Delhi – i jestem bardzo, niewymownie happy.
I jak to Hindus, upewnia się dwa razy dziennie, czy oby na pewno chcę by przyjechał - to ich życie społeczne jest jak tango, którego kroków trzeba się nauczyć - ja mówię jasne, przecież się umawialiśmy na wakacje, ale on sprawdza, bada, sprawdza ...
Są tacy duzi i delikatni. Wiec muszę do niego dzwonnic rano i wieczór, biegam truchcikiem do STD, do budki - i dziś, gdy kupił bilet lotniczy, ja durna powiedziałam, że cholernie pada – oczywiście zrozumiał, że za mocno pada by przyjeżdżać ....

Pada, pada od dzisiaj na maksa, czasem to ściana deszczu, ślozy Siwy - czasem tylko popadywanie. Na szczęście te pierwsze dni mam za sobą i już czuję się w zgodzie z tym, co jest. Wróciło to cudowne: All is ok the way it is.

MAIL TWO

Nim przejdę do teraźniejszości parę historyjek, bo mam zaległości.
Płn Goa było wspaniale, bo dobre duchy skierowały nas do Chapory (tak naprawdę pewien Norweg ze złamaną noga, który tam się zaszył i był mieściną zachwycony).
Miałyśmy ulubioną knajpkę śniadaniową - Sunrise Restaurant – prowadzona przez Patricka i Nirmalę, oczywiście Hindusów (o nazwisku, jak wszyscy, de Souza albo Fernandez:)), patrz Portugalczycy:)).
W Sunrise serwują super juicy, wiec tak zaczynaliśmy dzien. Pierwszego dnia nasza Hanka przemilczała swoje przemyślenia a propos napisów ściennych – ale drugiego dnia mówi:
- Chyba tylko przy tamtym stoliku można sobie dokrapiać chilli - bo zobacz, nad naszym napisano: NO CHILLUM.
He, he, chillum to sposób na jaranie haszu przez fajkę - myślałam, ze spadnę pod stół:)) Państwo po prostu nie życzyło sobie palenia, i słusznie. Naprzeciw jest Holy Cross Chapel.

Miałyśmy też ulubioną knajpkę całodzienną z inną gaździną prosto na plaży. Nasza zatoczka prawie zawsze pusta była, tylko czasem trzeba było uciekać przed osaczeniem hinduskiej młodzieży męskiej. Bywało. Ostatnio za zdjęcie zażądałam 100 rupees for a smile and a Picture, ale cholera, nie dali:)) Zmyli się za to. Za Jaśminę też nie chcieli dać, więc może to nie był wpływ mojego negliżu kąpielowego:))

Gaździna rozpieszczała nas niebotycznie - ja z nią tak po ludzku, ziemniaki obierałam na frytki, ona od rybaków załatwiała świeże rybki i gdyby zostać tam jeszcze trochę, to i chappaty wreszcie umiałabym robić:)) Trochę żałowałam. Bo gdzie indziej to się nazywa 'cooking class' i kosztuje 500 rupii.

Tak, zatoczka prawie tylko 'nasza', ale u boku wiecznie przyklejony Suman. I Boże, nie powiem, dopuściłam się w myślach wielu przestępstw typu uduszenie, porzucenie, podtopienie - o ironio, był to przecież mój dobry kumpel z Bodhgaya! Czy tak zapomniałam czy tak wyidealizowałam - sama nie wiem.

Przez pierwsze dwa dni jego wizyty odstawiałam dobrą goańską gospodynię i mało się nie przekręciłam pod ciężarem jego oczekiwań!
Za wcześnie chodziłam spać, w ogóle śmiałam chodzić spać, masażu zrobić nie chciałam, zwierzyć się jak close friendowi też nie ani słuchać psychoanalitycznego kiczu na swój temat.
Jak też smutek mnie ogarnął, że ten całkiem fajny człowiek ginie w konflikcie, który go porwał lat temu dwa. Tym konflikcie nowoczesnych Indii – kim jestem, mogę się stać, wystarczy mieć, z czym się mam identyfikować?
Suman, który ma trudności się 'zrelaksować', w kółko mówi o pracy i przejawia niesamowitą dumę z posiadania rzeczy ... A byliśmy tak zaangażowani w sprawy Trust'u, prowadzenia szkół, życia biharskich wieśniaków ...

Na szczęście trzeciego dnia jego wizyty opuściły mnie wszelkie siły i centralnie 'zajęłam się sobą' - co dla Indian (jak rzecze Hanka) oznacza biały egocentryzm. I chłop się dostosował, choć z pomocą rożnych środków-dopalaczy:)).
A jak był zbyt miły - dziewczyny odstraszały go pioseneczką Pałacyk Michnia Żytnia Wola (ktoś to jeszcze pamięta?) - im głośniej śpiewały, tym szybciej uciekał ...

Ale ja, egoistyczna Europejka, trochę sobie na jego wizycie skorzystałam. Wzięliśmy na tydzień bike'a i objechaliśmy wybrzeże aż po Arambol. A na bike'u cudnie, wiatr, słońce, deszcz, świat w obramowaniu palm kokosowych;
Opowiedział mi też o naszym Truście - jak poszły w piorun plantacje mięty i trawy cytrynowej, jak zamknięto warsztat tkacki. Funkcjonują tylko szkoły. Dobre i to.

Muszę jednak skonstatować - mieszka we mnie rasista. Skręca mnie, gdy słyszę oczywistości wygłaszane wielkopańskim tonem przez Indianina.
Ale z tego, co zaobserwowałam kiedyś - takim głosem mówią ci, co wpadli w kompleksy, sprowadzeni na manowce przez nasz świat - i głód posiadania bywa tu bardziej namacalny i brzydziej opakowany niż w Polsce. Tak też jest.

A dziś sadhu mało mnie nie przeklął - że zdjęcia nie zrobiłam i rupii nie dałam - a on się upozował:))
Jednak dalej twierdzę, że Indie to duchowy kraj:))

MAIL THREE

Coachem do Bombaju, stamtąd pociągiem do Alahamabadu (gdzie bomby już zdążyły wybuchnąć w zeszłym tygodniu), tam przesiadka i w pociąg do Udajpuru.
Wiec po dwóch nocach i jednym dniu lądujemy na miejscu.
Radżasthan. Kraina Rajputow, wielkich maharadżów, dzielnych wojowników, miniatur marwari, wielbłądów i słoni ...
A także sprytnych handlowców, taśm produkcyjnych obiektów sztuki, wielkiego turystycznego biznesu.
Wszystko się zgadza, słonie i małpy są. W jednym dniu słonie trzy, małp jeszcze wiecej - słodkich langurów – które zepchnęły w cień naszą wycieczkę do Monsoon Palace wysoko na wzgórzu i Hankę wprowadziły w błogi nastrój.

Tak błogi, że zaśpiewała kierowcy autorikszy partyzancką polską pieśń, a potem kupiła trzy miniaturki u pierwszego napotkanego sprzedawcy:))

Udaipur powitał mnie następująco:
- Witaj, moja droga, a który to kraj cierpi z powodu twej nieobecności? (O rany, ale artysta! Ciekawe, co sprzedaje?:))
- Jestem z Polski, ale kraj za mną nie płacze.
- A nic ci nie jest?
- A czemu ma mi coś być?
- No wiesz, spadając z nieba mogłaś się potłuc.
- Nie, wyślizgnęłam się po cichu by wylądować w raju.
- A nie jesteś aby zmęczona? Wyglądasz na zmęczoną …
- A niby czemu mam być zmęczona?
- Bo przez cały dzień chodziłaś mi po głowie. (running through my mind)

He he, artysta stał nieopodal swego sklepu. Ale przynajmniej wykazywał jakąś inicjatywę:))

Udajpur - nasz pierwszy przystanek na drodze. Piszą, że bajkowy i magiczny.
Zweryfikuję to jeszcze, ale na razie się zgadzam.

Choć Pichola Lake wyschło i wygląda jak większy staw, opuszczone pałacyki z ghatami aż do brzegu jeziora. i tak są piękne. Nocą jest naprawdę magicznie. Z naszego roof topu - migocą się dwa maharadżowskie pałace na wodzie - Jagmandir i Lake Palace (chwilowo na resztkach wody), ze szczytu góry naprzeciw - Monsoon Palace. Bajka.

I urocze jest to, że co parę kroków spotka cię co innego, zagarnie inny klimat, kto inny zaprosi na czaj.
Wzruszyłam się świątynią Jagdish - indoaryjska w stylu, załapałam się na jakąś ceremonię - wśród panditów na huśtawce przystrojonej nagietkami kołysały się małe figurki Vishnu i kogoś jeszcze, małe jak laleczki z czarnego kamienia - no nic, ja bezrozumna totalnie - ale pod wrażeniem. Dzwony, głośno inkantowane mantry, kadzidła, światła i skupione miny kobitek. A jedna dźgając mnie palcem kazała iść po błogosławieństwo:))


Na jutro plan mamy ambitny - City Palace i jakiś festiwal wieczorem. I wielu mniejszych i większych handelków po drodze:))

RELACJA JAŚMINY

Dzisiaj przyjechałyśmy do Udajpuru, już Radżastan, więc cieplej się zrobiło i latamy od pałacu do pałacu z krótką tylko przerwą na papierosa, bo mama ciągnie, każe się ustawiać i robić miłe minki, tylko Hania zdołała ją  zatrzymać na jakiś czas żeby obfotografować (ze 100 zdjęć!) małpki siedzące na drzewie.

Byłyśmy w hinduistycznej świątyni na kawałku pudży, ale żeśmy stanęły pod wielkim dzwonem i było tak głośno, że szczękały mi zęby.


Poza tym zaczęła się znowu moja sloniomania - wszystko, wszystko co ze słoniem narysowanym, wytłoczonym, wyrzeźbionym, wyciętym, wyhaftowanym – takie śliczne! A tutaj zwierzęta maja znaczenie – wielbłąd jest od miłości, krowa od zdrowia, koń od siły, tygrys od odwagi, a słoń od szczęścia. I jak tu cos wybrać, kiedy potrzeba wszystkiego?

Za to strasznie fajnie było zobaczyć na ulicy aż trzy słonie, jeden świątynny, jeden na spacerze i jeden był pracujący - przenosił jakieś takie długie zielono-liściaste pędy, ma śliczne zdjęcie od tyłu!

A jeszcze o pałacach - jeden był taki trochę zrujnowany, zaprowadził nas tam chłopak może 15-letni i mamie zaraz proponował niedwuznacznie. Ale pałacyk ładny... A drugi wszyscy wychwalali, strasznie słynny, bo to monsunowa siedziba maharadży, ale brzydki jak noc, obklejony plakatami w hindi o zwierzakach i cały pochlapany pomarańczowo-żółtym tynkiem. Tyle że widok podobno ładny, mamie się podobał. Ale powtarzam: podobno. Ja jakoś nie jestem na to czuła.

MAIL FOUR

Sorki, że piszę teraz tak sporadycznie - wciąż daleko nam było do Internetu, a jak juz był, to nie działał. Dziś może chociaż parę linijek to update you a bit:))

Od czterech dni jesteśmy w Jaisalmerze, gdzie upał powalający. POWALAJĄCY.
Marzę o tym, by wędrować w klimatyzowanej bance a la Michael Jackson albo, jak turysta orbisowy, mieć wiatraczek na baterie, cokolwiek ...

Back to the present. Jaislamer jest piękny. W kolorze starego złota o zachodzie słońca, rankiem piaskowy. Hanka przyjaźni się tylko z Agatką Christie i zamyka w pokoju z nią sam na sam, my z Jaśminą polewając głowy wodą (Anku - pamiętasz?) łazikujemy. Pierwszego dnia aż po zmrok z chłopcem pucybutem, dałyśmy się prowadzić jak nowicjuszki, ale prowadził świetnie (bo z nie jednego już miłosierne łzy wycisnął), po zakamarkach, po starych haveli i nad jeziorko z przerośniętymi sumami - potworkami, bo to niby sumy bramińskie, wiec święte i nie zbywa im na jedzonku. Chłopczyk miał w sobie coś - ja już stwardniałam i indyjskich dzieci tak nie kocham jak kiedyś – ale ten miał dobre oczy, nieśmiały uśmiech i taką wierność psa kundelka w twarzy … Pierwszy, który nie mówił na mnie 'one dollar' bądź 'ten rupees' (bez please:)).
Tak, stawki od ostatniego pobytu poszły w gore, he he.

MAIL FIVE

Byłyśmy na 2 dniowym camel safari - wczoraj wieczorem wróciłyśmy, z trumną w miejscu tyłka.
Bóg nas uchronił przed 3 dniowym safari, nie mówiąc już o naszym ekstrawaganckim (głupim!) pomyśle, by być naprawdę off-tourist i przejechać się na camelu aż do Bikaneru - dwa do trzech tygodni, he he, ale by było!!!
Zostałaby z nas maź cuchnąca wielbłądem albo jaki placek:))

Samo safari było super. Camele capią, wciąż chcą się obcierać o wielkie krzaczory na sawannie nie zważając na niczyje nogi, ale generalnie – choć niewygodnie - malowniczo to wygląda .... Jasia czerwona jak burak, w pomarańczowym turbanie na głowie i zwisająca niemal w poprzek wielbłądziego garba, he he.

Towarzysz nam się trafił fajny, Simon - Malezyjczyk, co od roku jeździ po south east asia i fajne rzeczy opowiada ... Przewodnicy też przytomni, bo na całym camel safari więcej się leży w cieniu drzewa niż kolebie na wielbłądzie - i dzięki Bogu!! A i na wydmy pustyni Thar - Kisua - docierają dostawy schłodzonego piwa z sąsiedniej wioski:)) Kto by uwierzył?!


Na wydmy dociera się o zachodzie słońca - inaczej poza wielbłądem nikt by na nich stopą nie stanął - i wtedy są rzeczywiście przepiękne, złociste, przesypujące się nostalgicznie ... Wieczór też urokliwy - pokropił mały deszczyk, my zbici w stadko pod płachtą plastiku co robił za namiot:)) - a potem zachód różowy i złoty, posapywanie cameli, podśpiewywanie guidow i nocą wysypane gwiazdy na wyciągniecie reki, cudo ...
Choć, obok cudów na niebie, po ziemi też pełzały cudactwa - żuki gnojówki czy co tam - nazwalam je beatles’ami - i , jak zwykle, pół nocy gapiłam się niby w niebo, by je przypilnować ...
Ale pięknie było i świeżo, a jeszcze świeżej jak dopadłyśmy do showera i z kranu woda leciała ...

O czwartej mamy pociąg do Jaipuru, wcześniej chcemy umknąć jeszcze niemocy upału i skoczyć na basen. Basen w jakimś wielogwiazdkowym hotelu, gdzie ponoć po pierwsze – nas wpuszczą, po drugie - skasują tylko sto rupii. Aż nie chce mi się wierzyć, he he;
im bardziej 'się zapowiada' - tym bardziej wydaje się to podejrzane. A już jak hotelowy pan jest baaardzo miły - jak tym razem nasz – to natychmiast staję na baczność:))

Do Jaipuru jechać miałyśmy na WIELKIE zakupy - po srebro i klejnoty, o których wieść niesie aż po Syberię i Wietnam. Ba, właśnie se posłuchałam, żeby to bron Boże nie kupować srebra w Jaipurze - a bilet juz w kieszeni.
Wiec cóż - będzie Jaipur, różowe miasto, małpie świątynie, tygrysie forty - a stąd do Delhi i prosto do Dharamsali! Taka zmiana planów - w pogoni za cieniem i chłodem; ale cieszę się, tęskno mi do tybetańskich klimatów.

Teraz czas sprawdzić, czy basen naprawdę istnieje.

MAIL SIX

Tak, basen w Jaisalmerze był. Pełen wody. Cudownej, życiodajnej wody. Jak się kapnęłyśmy - od razu bardziej zdecydowane pomysły przyszły nam do głowy.
Albowiem bilety na 2SL miałyśmy do Jaipuru - tzn. niezupełnie miałyśmy, bo bilety były dwa, a jedna na waiting list. Losować kto ma spać, a kto stać głupio przecież i za długo się na to znamy ...
Wiec spałyśmy na sobie z Jaśminą a la kanapka, ja chlebek, ona sosik i odwrotnie, pomiędzy nami jeszcze dwa plecaki, a naokoło kilkanaście par bacznych oczu.

Ale - Indianie w second class sleeper zawsze mili są - takie mam doświadczenia, wiec jak się odgniotłyśmy już na maksa, to sąsiedzi przynieśli nam czaj, i pav baji i co tam białe paniusie chciały...
Następnie konduktor wpatrzył się bardzo dobrze w swój długaśny wydruk i po północy stwierdził - bez bakszyszu!!! - że zwolniło się miejsce i jest dla nas! Wiec Jasiek pognał na koniec wagonu wyprostować kości. Po chwili ja, zaspana i rzadko kiedy wyrodna matka - poderwałam się sprawdzić, czy dziecko jednak spoczywa bezpiecznie. Spoczywało - ale pomiędzy mnogością kończyn i spojrzeń indyjskich dżentelmenów (choć oni raczej jak ratlerki z minami macho). Chcąc nie chcąc zamieniłam się z nią miejscami, postrząsałam pupy i nogi i obudziłam się już w Jaipurze, godz. szósta, gdzie miałyśmy wysiadać.

Ale po co? Pewnie tak samo gorąco, fort podobny, zamczysko radży jakiego też, tyle że wszystko bardziej różowe (różowy piaskowiec) - wiec po konsultacji z Hanką - stwierdziłyśmy - e tam, jedziemy dalej, do Delhi, na gapę:))
Mówię, że basen pomaga:))
Pan konduktor widocznie całe życie tylko udawał, że zna angielskie literki, bo sprawdził bilet i pokiwał głową. Osiem godzin później wyładowałyśmy w Delhi - a potem nocnym busem - prosto do Dharamsali.

MAIL SEVEN

Dharamsala - jaka jest - każdy (buddysta) wie. Albo tak nam się wydaje.
Jestem tu czwarty raz? Chyba tak.
Najpierw pooddałam się sentymentalnej stronie swej duszy - szukałam starych miejsc, śladów zdarzeń i spotkań. Sprawdziłam, czy Chocolate Log czynny, czy w JJ Cafe dalej takie pyszne momo dają, czy bracia - JJ Brothers in Exile - koncertują. Wzruszyłam się przy niejednym widoku, przy ulubionym kamieniu Mani na korze ...

Jego Św. Dalai Lama na razie we Francji i Hiszpanii, ale za parę dni wraca - mówią Tybetańczycy. Jak robię korę mam wrażenie, że On tu jest, a czas stanął w miejscu, i że wszystko jest takie samo  i jednocześnie inne, a miedzy jednym a drugim nie ma różnicy:)))

Cala Dharamsala pozawieszana jest plakatami i informacjami o powstaniu marcowym, na każdym rogu Beijing i kajdany, zdjęcia - choć atmosfera taka sama jak zawsze. Wieczorami można pójść na video presentation (przywiozę film ze sobą) o całym powstaniu i  aktualnejsytuacji, a także pójść na procesję z lampkami (candle light procession). Bardzo to przejmujące, ci mnisi i mniszki, którzy mają tyle szczęścia, że mogą nieść zdjęcie Dalai Lamy i tybetańską flagę ... i którzy, jak przeczuwam, każdego dnia tę wdzięczność w sobie czują.

Pod głównym klasztorem jest puja, śpiewy i przemówienia informujące o wszystkich zajściach, o tym, co zrobić można - choć co niby można?
Różne są głosy - że będzie dużo gorzej po 24tym, skończy się olimpiada i zacznie się rzeź. Albo też, że zostaną podjęte rozmowy z przedstawicielem DL.
Tyle nadziei i bezradności w tych ludziach, ale też, myślę sobie czasem, smuga winy, że umknęli i należą już do innego świata - zostawili rodziny za krwawa granica.
Do jakiego świata oni sami należą? Na pewno tym spoiwem jest oddanie wobec Dalei Lamy - inaczej
ta kolorowa enklawa jak patchwork niezborna - nie miałaby racji bytu na wygnaniu.

Jest też ta druga strona, na którą jestem pewnie hyper-sensitive. Martyrologia tybetańska.
Ci młodzi i trochę starsi, z którymi rozmawiam wieczorami, opowiadający podobne historie ucieczek przez góry, głodowania po drodze, odmrożeń, złego traktowania przez Nepalczyków, historię walki o przetrwanie i historie o sile z jaka trzymamy się za wszelką cenę życia ... słucham i czasem zakręci się łza, ale tylko wtedy, gdy te opowieści nie manipulują mną i nie służą czemuś innemu niż opowieści ...
Za często widziałam jak te opowieści otwierają złote drzwi do serc sponsorów, plasują narratora w pozycji mogę i roszczę sobie i wolno mi oczekiwać ...Bo tak łatwo pomylić litość z miłością lub współczuciem.

Smutne to, co mówię, ale tak też jest. Jest też tak, że te młode chłopaki dwudziesto-paroletnie co uciekły parę lat temu nie mają co w Dhasie robić i za wszelką cenę chcą dalej - i tego od początku chcieli - na Zacód.
Dream of western countries. Dla paszportu, by móc odwiedzić rodzinę?
Dla statusu i wygód i blichtru Zachodu? Obie strony maja kompleksy:))
I smutne, że po całych 7 minutach wspólnej drogi - taki Tybetańczyk (z 15 lat ode mnie młodszy) znajduje we mnie dziewczynę swego życia... And he doesn’t have to wait anymore ...

A mieszkamy nie w Ladies Venture, a w nowym miejsu - Pawan House, u Kaszmirczyków. Z pokojami wychodzącymi na pasmo Dauladhar. Orły wielkie jak latawce fruwają na wyciągniecie reki, a wczoraj nocą po tarasie buszowały mangusty, piękne i puchate.
Jest pięknie, choć my troszkę chore - to gorączka, to low energy, to brzuszek - wiec bierzemy wszystko shanti, shanti ....
I masujemy się u tybetańskiej pani doktor licząc, że z jej rak spłynie na nas parę wolt:))

MAIL EIGHT

Mam tak przemożne wrażenie 'unoszenia się w powietrzu', że przywiążę się na chwilę do komputera pod hasłem 'uziemienie' - może nie odlecę stąd w kompletny bezczas i takim sposobem do Was wrócę.

Czy wiecie, jak to cudownie odpocząć od wszelkich zadań? Wiecie, wiecie.
I tego luksusu na Zachodzie nie sprzedają w supermarketach, niestety.

My dalej w Dharamsali - a jak mówiono za czasów Lorda Elgina - Dhurmsali:))
Pochorowałyśmy się kolejno - ja gorączka jak u bejbisia, Jaśmina - angina ropna, zatoki, podrażnione jelita.
Ja już ozdrowiałam - i przymusowo spowolniałam, co sobie chwalę – więc śmieję się, że wszystkie grzeszki trzeba tu odchorować i nie znam nikogo, kto by tak 'karmicznie' tu nie odchorowywał:))

Do Jaśminy zaś przyszedł lekarz Indian Ayurveda i alopathic doctor.
Wizyta na tyle pamiętna, że prawie spłonął rumieńcem, gdy Jaśmina chciała bluzkę do góry podciągnąć by ją osłuchał (no a jak? - nie trzeba, przez bluzkę i polar też słychać:)), a jak doszło co do czego, czyli do zastrzyku - Ona pupę odsłania, on zasłania, ona ciągnie w dół, on w górę - jak prawiczek, cholera, zastrzyk jej zrobił w okolicy biodra, he he.
Ale chyba wyleczy - Jasiek ma się lepiej.

Czy to z powodu wędrujących gorączek - czy wreszcie luzu, który odpuścił sobie także potrzebę 'zwiedzania' - jest mi tu lekko i bezkreśnie.
Rano popatruję z balkonu, czy dzień upłynie wśród mlecznych mgieł, deszczu czy może słońce dopadnie stoki Dhauladaru, odsłoni Snow Mountain i pozwoli mi zawędrować gdzieś z aparatem .... Widoki mamy takie z naszych balkonów, że mogę się nigdzie nie ruszać, czekać np. na to, ze przyłapię mangusty, które prześladują Hankę. Dosłownie. Nie żartuję.

Jednej nocy budzę się z przyspieszonym biciem serca, Boże, lecą krzesła na balkonie i coś się przewraca, wywraca - oto mangusty odwiedziły sobie Hanki pokój (jej nie budząc:)) - wyżarły guavy, rozniosły śmieci po całym pokoju, poskakały se po łóżku, a na koniec zrobiły kupę - ale dobrze wychowane stworzonka, bo nie na wykładzinę, a w łazience pod prysznic:))
I teraz lubią sobie do Hanki zajrzeć, poskakać po niej jak śpi:))

MAIL NINE

Ja zwierzątek nie karmię, raczej odwiedzam 'indyjskie dzieci'.
Upatrzyłam sobie odbiorców Jaśminowych miśków parę dni temu - policzyłam głowy, żeby dla każdej starczyło - dzieci bawiące się całymi dniami obok mam co ziemię na głowach wynoszą by zrównać teren i tatusiów co kamienie łupią - takie biedy, indyjskie biedy (bo co by nie mówić, Tybetańczycy w Dhasie mają trochę lepiej).

Nie chciałam tak chybcikiem i wstydliwie prezentów dawać - wiec rozsiadłam się wśród robotników na pierwszego i drugiego papierosa, pogadałam na migi i w Indish i dzieci już same przyszły.
Ale wiecie co... misie pluszaki już nieraz dawałam, ale wreszcie dojrzałam, że te dzieciaczki nie wiedzą, co się z nimi robi, naprawdę ... Za jedyną zabawkę na tym rumowisku kamieni to miały wyszczerbioną misę i małą żelazną łopatę - a tu miś.
Dziś rano znów patrzę z balkonu - a jedna malutka chodzi od rana z kłapouchym pod pachą:))

 

Skończyła się Olimpiada i czekałam na jakieś duże uroczystości - a tu nic. Była tylko świeczkowa procesja i modlitwy. By wiedzieć, co się dzieje musze zaglądać na strony ratujtybet albo phayul.
Tak to już tu jest - kompletny brak informacji.
Poszukiwałam ich nawet u źródeł - w niedziele poszłam centralnie do Tibetan Youth Congress spytać, czy maja jakiej plany działań  - i nic chłopaczek nie wiedział. Why is it so?

Chodzimy na długie spacery - na trek do Triundu idę już piąty dzień, he he, ale cały czas czekam na kategoryczny przypływ sil.
A spacery są magiczne, bo to, co przez chwilę mieni się kolorami flag modlitewnych zaraz staje się tajemnicze i zatopione w sobie - mgła tak gęsta, że chce się ją złapać jak watę cukrową, odmienia to, co znane, zakrywa; albo deszcz, który świat srebrzy lub sprawia, ze ścieżki nie widać – lubię monsun i już, zawsze, nawet jak mokro mam w gaciach albo pot ze mnie spływa - zimny pot:))

Dziś byłyśmy w ośrodku odosobnień, tuż przy drodze do Naddi. Cisza kompletna, dwie stupy - jedna wzniesiona dla Nauczyciela Dalej Lamy. Ani jeden glos nie dolatuje, stary mnich co lampki zapałał - tylko uśmiech, ani słowa. Wokół jednoizbowe domeczki, w niektórych lampki się palą, deszcz bębni o dachy z falistej blachy... Tutaj wiedzą czemu są mnichami. I tutaj ta Dharma taka skupiona i cicha....
Chciałabym moc Wam wysłać te chwile jak z tajemniczego ogrodu, jak ze spełnionego snu ...

MAIL NINE
(po powrocie)

Czemu kocham te Indie?
Przecież to jeden syf.
Po pierwsze, człowiek nigdy nie jest sam. Zawsze w ścisku i zgiełku, zwłaszcza w zaczadzonych indyjskich metropoliach. Pchają się, przepychają, tłoczą i najchętniej usiedliby mi na kolanach. I niejeden biedny żebrak ledwie umknął śmierci z moich rozwścieczonych rąk.

Po drugie, nawet takiego indyjskiego wytarciucha jak ja przerobią na wylot. Wysiadłam na jakiejś ślepej, zasmarkanej ulicy Paharganju o 1 w nocy święcie przekonana, że motoriksze naprawdę, ale to naprawdę nie mogą wjechać na Main Bazaar. Tak przecie rzekł pan driver.

Po trzecie, wcisną ci Kingfeenera bez grama alkoholu, owijając cztery razy w niebieskie, nieprzezroczyste torby. Ty im podziękujesz, o, jak ładnie, nie zbije mi się zimne piwko marki Kingfisher. Bardzo jestem wdzięczna.

Po czwarte, coś jakby nie pamiętam długich tras, gdy kość ogonowa przesunęła mi się w okolicę kręgów szyjnych, gdy pół drogi sypiał piasek prościutko z pustyni Thar, a potem odurzył mnie znajomy fetor fekaliów zwiastujący indyjską metropolię. Odurzył dosłownie. Tak, tak, na peronach najlepiej się wypróżnia.

Po piąte, przecież Hindusi bywają do bólu wkurzający. Jak zdychasz na myśl o lunchu obwożą cię po swoich Emporiach, jak chcesz się pogapić na morze – voila, nie przepuszczą twej bladej twarzy i już wokoło zbiera się radosne stadko. Jak się jaki Hindus– z tych dopuszczonych do towarzystwa – zakocha, to ci będzie truł i dziurę w brzuchu robił pokrzywdzoną miną. Bo przecie taka z niego świetna partia, bramin i też kocha Indie, więc o co chodzi?

Poza tym, lepiłam się i kleiłam non stop, spodnie po jednej przejażdżce pociągowej stały na baczność, we włosach nosiłam resztki cudzych chipsów, w plecaku zaś podejrzane, płynne produkty typu – to były cukierki – wtopione w książkę i kosmetyki.

A na dodatek, jestem biała – biała na tyle, że nagle Indie stają się
bardzo drogie i jeszcze bardziej zatłoczone:))

No to i wróciłam, i już żal mi serce ściska.
Bo, po pierwsze, sometimes you love India and sometimes you hate it, ale zawsze coś te Indie dają – może zrozumienie, może wgląd, nagły, mocny, który nie musi się podobać. Albo zmianę perspektywy. Albo podejścia do życia. Każdemu co innego, nieprzewidywalnie.

Po drugie, nie ma takiej zatoczki jak Vagator i gaździny, co gotuje mi jak lubię. Nie ma monsunu, który chłoszcze i łaskocze, na którym można wyciągnąć ręce i stać w strumieniach deszczu nie marznąc. Nie ma wokół przepięknej, skupionej muzyki Sikhów ani złotej kopuły ich gurudwary. Nie
ma czaju podawanego gdzie tylko przystanę. Ani cudnych, majestatycznych Himalajów w oddali. Ciszy płynącej z gór. Krów, świń, kóz, małp i bawołów wmieszanych w ruch uliczny. Rozgardiaszu i tętnienia, które jest życiem.

Po trzecie, nie ma też czasu, o którym się spontanicznie decyduje. Czasu by być. Moja pani w sklepiku na rogu jakoś nie zaproponowała mi czaju. Ani innych uprzejmości. Nikt z sąsiadów ani sklepikarzy nie krzyczy do mnie od rana: ‘Slept well?’ ‘Where you going?’

Nie płynę ulicami wśród uśmiechów. Nie spotyka mnie nic śmiesznego czy nieprzewidywalnego. Już sztywnieję i robię się grzeczna. Zapominam, co tak naprawdę lubię robić. A na pewno – na co miałabym chęć dzisiaj.
Brak mi strumienia ludzkiego, w którym każdy jest każdemu dostępny. A na dodatek zainteresowany.

Po czwarte, chyba jest tak, że ład i porządek to kontrola, a chaos i rozgardiasz to pulsowanie życia. Wiem, że zaraz włożę mundurek i znowu zesztywnieję.
A kontrola wedrze się dalej – wstanę rano i spytam siebie: Co powinnam dzisiaj zrobić? Albo jeszcze lepiej, nim zasnę zaplanuję sobie listę zadań, jedno po drugim. Będę czuć się w porządku, ja poprawny obywatel z zapisanym terminarzem.
I może umknie mi tylko to życie, nieprzebrane, gwałtowne, zmysłowe, jego energia. Takie, które wydarza się zupełnie po swojemu.
But I will keep on trying ….:))

GALERIA ZDJĘĆ Z PODRÓZY

 
Copyright © 2008 Stowarzyszenie Kreatywni Dla Szczecina. Wszystkie prawa zastrzeżone.