WYPRAWA: lipiec / sierpień 2007
UCZESTNICY: nasza przyjaciółka Hanka,  Jaśmina (lat 14) i ja, Ania, mama na wakacjach;
TRASA: Berlin – Malaga – Tanger – Casablanca – Oualidija – Essaouira – Marakesz – Imlil – Fez – Szefshuan - Al Hoceima – Mdiq – Tetouan – Ceuta – Malaga - home

JAŚMINA:

Chcąc opisać całą naszą podróż, zacząć trzeba niewątpliwie od początku.
Mamie za bardzo się nie chce, więc brudniejsza robota przypada mnie. Ale nie szkodzi :))

Do Malagi dotarłyśmy z 4 godzinami opóźnienia. Nieco ogłupiale i skołowane gorącem, wilgocią, duchotą i spalinami, po wypaleniu adekwatnej do sytuacji ilości papierosów, mama poszła zasięgnąć języka. Okazało się, że nasza droga do Maroka jest jeszcze długa – jeden autobus do centrum, noc chyba na dworcu i o piątej rano kolejny autobus na przystań promową, z której promem do Tangeru. A to już Maroko, Afryka dzika!!!!

Ale zaraz zaraz, bez przygód się nie obyło.
Gdy autobus się pojawił, zapłaciłyśmy za bilety i pojechałyśmy. Co jakiś czas ktoś zagadywał nas po hiszpańsku, ale krótkim ‘no Spanish’ spławiałyśmy go.
Wysiadłszy na dworcu, poszłyśmy, gnane głodem po Easy Jecie, szukać całodobowego baru czy kafejki. Ale cóż, może byłyśmy w złej dzielnicy, może oni po prostu w nocy nie jedzą, knajpki w każdym razie nie było. Znalazłyśmy się za to na przepięknym placu, gdzie górując nad nami, przysłaniając niebo, rosły dwa figowce. O ich pięknie mogłabym pisać i pisać, jednak i tak pewnie opis byłby mało udany. Niech więc wystarczy, że gdy zamknę oczy, figowce są nade mną.

Niestety, ulegając namowom mamy, wróciłyśmy na dworzec, rezygnując z nocy pod figowcem. A szkoda...  Na dworcu okazało się, że właśnie go zamknięto. Co więc nam pozostało? Poszłyśmy szukać miejsca do spania. Już dawno zrezygnowałyśmy z upojnej myśli o nocy w hotelu, zamiast tego wybrałyśmy ławkę na skwerku.
Ubrałyśmy się w polary, zawinęłyśmy ciasno w śpiwory i udawałyśmy przed sobą, że jest wygodnie. Bo nie było. Było zimno, cholernie zimno, ławki jakieś niewymiarowe, spadałyśmy z nich co chwila, a ryk samochodów i motorów za plecami wcale nie pomagał.

Pierwsza, która z tej gry zrezygnowała, była mama. Usiadła, dumna i wyprostowana, miną nadrabiała rozmazany makijaż. Po chwilach kilku miała już towarzystwo... i to towarzystwo miejscowych kloszardów z czerwonym winem – w kartonie! Ale jak dalej potoczyły się losy naszej wyprawy, opowiem kiedy indziej.

MAIL ONE
19 lipca 2007
To bedzie pierwszy mail i byle nie ostatni, bo trzeba ogro,nego sa,ozaparciq by trqfic we wlqsciwa literke na klawiqturwe, och cholera, rozsypqli je jqkos tqk, ze w nic nie moznq trqfic.

Podróż ta jak na razie stawia szereg niespodziewanych wyzwań, co by nie rzec, nasze backpackerskie dusze się radują, za to Hanka się wścieka:))
Od wczoraj jesteśmy już nad oceanem; droga przetarta szlakiem przygód, to zachwytów, to mocnych podkurwień. Boże, nie wiem jak w tym kraju można sobie poradzić bez francuskiego!!!
Ja sobie strzepię język robiąc z siebie zalotnego półgłupka żeby przeżyć, oczywiście z francuskim takim, że pożal się Boże.

Wiec tak, wczoraj wyjechałyśmy z Casablanki, wsiadłyśmy we właściwą petit taxi, nawiązałyśmy nić porozumienia by za taxi nie zapłacić jak za jambo jeta, na dworcu też się udało, po czym nie było bezpośredniego połączenia, wiec pojechałyśmy do El Jadida, tam w indyjskim stylu zakoczowałyśmy w taniej knajpce i uśmiechami (blondynek)  werbowałyśmy na pomoc dobrych ludzi.

No i pomogli, generalnie jak nie robią na tobie interesu to Arabowie są cudni, czasem aż nadto dobrze wychowani i niemal zawstydzająco życzliwi. Innymi słowy interesy załatwia się bezradną miną i
połamanym francuskim, z domieszką czaru:))Więc jeden przyniósł rybkę, drugi zawołał taxi takie co trzeba, trzeci nakarmił (czwarty wytarł buźkę, a piąty…? co zrobił piąty?:)) i znalazłyśmy się w kolejnym acz innym taxi i dwie godziny potem zaskoczyła nas bajkowa laguna migocząca w oddali.

Ach, nie tak prosto, z hotelem był cyrk na kołkach, he he, bo hotele to tu może trzy, klasy Amber Baltic, bo miejscowość to małe Międzyzdroje, a cholera spać to gdzie? No i tak, owszem, wynajmuje się villas i appartamentos, ale teraz jest pełnia sezonu i nic nie ma. Pukać można do domów i guzik.
Oczywiście po spięciu z Hanką, namurkowej rozpaczy, litrze potu co spłynął przygruchałam się do dziadka Araba w jakimś sklepie. Rzucił biznes i przy pomocy trzech innych pośredników-pomagierów wyruszyliśmy na poszukiwania,. W swojej rozpaczy o mały włos a zgodziłabym się na bardzo etniczne warunki - jak rzecze Hania - spania u marokańskiej rodziny na poddaszu z kiblem naprzeciw otwartej kuchni i arabskimi poduchami zamiast lóżka. Ale szczęście sprzyjało i trafił się nam pokój a la Maison privee, u pięknej i zamożnej Arabki, z łazienką i całym wielkim tarasem tylko dla nas.

Jest cudnie, jedzie się łodzią przez lagunę na potężne łachy piasku, które po paru godzinach pożera chciwie przypływ. Po jednym dniu plażowania zrobiłyśmy się jakieś ładniejsze, pomimo wciągania niekoszernej baraniny w zbyt dużych ilościach... A na krańcu laguny królują piaszczyste wydmy, za nimi zaś zatoka, jak w Varkali, pełno-oceaniczna, z huczącymi falami, groźna i cudowna.
Woda jest tak lodowata, że ja dziś nie odważyłam się wejść choć dziewczyny i owszem, Hanka ma skórę atlantyckiego żółwia.... No i tak, z jedzeniem totalna kicha, wypatrujemy sobie oczy by dojrzeć te owoce morza o których tyle w przewodniku; pewnie jeszcze pływają w morzu albo wyżarli je Marokańczycy, a dla nas została baranina.... niezły cyrk, na dodatek ta baranina i zupa-harira podawana na raz dwa trzy, wszystkim tak samo, bo menu to uwidzisz jedynie w lepszych knajpach, he he. No nie jest tak źle, jeszcze jest awokado, niezłe crepy, pyszne soki i figi na drzewach.

Tak naprawdę to w kółko porównujemy każdy odcinek drogi, każdego sandwicha, każdego Araba i każde gówno do tych tam, na indyjskim lądzie i prawie wszystko wypada gorzej, a tęsknota nakręca się spiralnie za Goa, za knajpkami tybetańskimi, za hindi itd. Ale to przeszkoda, od której trzeba się oderwać, inaczej każdy kraj będzie przesłonięty kotarą ...
Dziś na tyle, już mnie palce bolą od stukania, a oczy od rozjechania.

MAIL TWO
30 lipca
Ano, jesteśmy w niczego sobie kurorcie, ale by zasadzie kontrastu stało się zadość, idąc dziś rano na śniadanie w tymże kurorcie potknęłyśmy się niemal o co??? o kozie łby, oczywiście odpiłowane, leżące równiutko na ziemi obok równiutko obciętych koniczyn, och fu.... choć z drugiej strony, skoro się już zabija to lepiej wykorzystać wszystko, a poza tym, na szczęście crepy czekały na nas w parometrowym oddaleniu od głów i łbów. Ech.

Dziś by nie spalić skóry bardziej, zakryte rękawkami i szalami planujemy pojechać grand taxi do Sidi Adeb; gdzieś to jest całkiem blisko, ale niezupełnie wiemy z której strony Oualidiji. Może tam mniej marokańskich turystów, może laguna dalej błękitnieć się będzie cudnie i wdzięczyć w słońcu, ale w bardziej kameralnym otoczeniu?

Wczoraj znów baran podchodził mi po kolacji do gardła, tzn. kolacje są wyłącznie super etniczne, wyboru nie ma, jadłodajnie jak w izraelskim kibicu, danego dnia o danej porze wszyscy wciągają to samo. No i ok; ale po zupce harirze - sto procent sali -zapragnęłyśmy więcej i zamówiłyśmy barania koftę; i tu nas po raz pierwszy potraktowano źle, he he. Czekałyśmy najdłużej z wszystkich, poszłam się popieklić, ale niestety po angielsku, bo en francais absolutnie nie dam rady, po czym zapłaciłyśmy pewnie dwa razy tyle co inni. To już druga afera tego dnia była, pierwsza o łódkę powrotną i wtedy to pokrzyczałam brzydko o tym ja oni fuck the tourists in Morocco, ale w biały dzień i na pełnej plaży. W kwestii barana spasowałyśmy, porcja była w końcu wielka, poza tym juz kilka prywatnych rozrachunków widziałam w Casablance - wiec przeszłyśmy do roztrząsania kwestii skąd oni tak do nas, skoro zazwyczaj są łagodni i most helpful.
Teoria jest następująca: potraktowano nas gorzej niż Marokańczyków, gdyż w krajach postkolonialnych stopień znajomości języka kolonizatorów niejako decydował o miejscu w społeczeństwie, a tu jest na opak, marokańscy turyści z Marakeszu czy Tangeru mówią piękną i poprawną francuszczyzną, a my bąkamy coś trzy po trzy. Chyba tak, nawet w Indiach słaba angielszczyzna białego odejmuje mu nieco na białości:)))

A teraz kwestia podstawowa choć drażliwa: czy tu białe w kółko się puszczają czy co?
Tak na ulicy jest spokój, nikt nas nie zaczepia, nie gapi się natarczywie, po Indiach to czysty luz. Tak, połypują, ale wciąż pełni dobrych manier. Natomiast w Casablance znaleźli nam nocleg dwaj młodzi, ba, nieletni chłopcy w wieku Jaśminy, po czym już po uratowaniu naszych tyłków zagadali coś o spędzeniu czasu sur la plage ....tylko kogo?! mnie, w wieku ich mamusi! To samo wczoraj – my z baranem w brzuchu – a tu gówniarze to samo o sur la plage. Smarki zboczone!
Nic innego im się nie śni jak tylko odpłata za pomoc w seksie. A może jakieś legendy i mity tu krążą o inicjacji seksualnej z dojrzałą białą?! Czort jeden wie, ale o zgrozo babki to nieźle musiały się tu puszczać, makabra.

MAIL THREE
02 sierpnia
Ostatnio pisałam bodajże o byciu prześladowaną przez baraninę i młodych chłopców. Dziś wycofuję to pierwsze, drugie pozostaje bez zmian.
Szczęśliwie niespokojny duch wędrujących nóg zaprowadził nas wreszcie poza główną plażę i lagunę. I co się okazało, wystarczyło podreptać dalej, by na południowym krańcu Oualidiji spełniły się wszelkie rybne marzenia o rybach i krewetkach dopiero co wyciągniętych z morza....

Potwierdza to tylko pewne przypuszczenie: tutaj to nie ryba przychodzi do człowieka, a człowiek do ryby co wydaje się logiczne:))Albo też na wszystko jest stosowne w przestrzeni miejsce, jak fryzjerzy to hurtem, jak warsztaty to na jednej ulicy, jak ryby itp. to na jednym odcinku plaży, he he.
Zatem wczorajszy dzień zaczął się rybnie-wspaniale i tak też się toczył... Hania co prawda widząc ryby zbyt świeże i jeszcze nie dobite, kraby wielkie jak dwie złączone stopy białego i wrzucane żywe!!! na grilla, przypomniała sobie o swoim umiłowaniu czujących istot i nic z tej obfitości nie chce ruszyć... Mi trochę głupio, krabów mi szkoda, ale inne takie to chętnie wcinam.

Powędrowałyśmy dalej, poza wielkie zakole, gdzie rybacy wystawiają swoje małe kramiki, gdzie pod parasolem aranżują naprędce mini-knajpkę i gdzie każdemu z nich trzeba solennie obiecać, że w którymś momencie głód powróci i przyprowadzi nas do nich, a nie, broń Boże, do kolegi.
Wybrzeże jest przepiękne, woda lazurowa, zmierzwiona i humorzasta, poszarpana silnymi falami, tak cudownie nieposkromiona ... Rano jest odpływ, popołudniu przypływ, który cieszy surfujących chłopców i dzieciaki skaczące po falach, a zanim zejdziemy z plaży znów odpływ, czasem wśród tak gęstej mlecznej mgły, że trudno uwierzyć, że jesteśmy nad oceanem...

Południowe wybrzeże Oualidiji ma naprzemiennie długie ciągi złotej plaży i surowego, skalistego wybrzeża. Na szczycie skały, skąd widok dech zapiera zamówiłyśmy kolację, o rany, rybny tajin na wieczór. Na półce skalnej zawieszonej nad grotą rządzą się pół-legalnie dwaj sprytni Marokańczycy, monopolizując miejsce kompletnie. Jesz co rano zamówisz, do tego herbata miętowa kiedy tylko tam się zajrzy. Z tej skały łowią ryby, spuszczają butle na sznurze po słoną wodę i w oparach kifu śpią w malutkiej jaskini na szczycie. Ależ tam jest pięknie...
Kolacja zamówiona, idziemy dalej do grot zawieszonych nad oceanem, jak wyrzeźbionych ręką  Gaudiego, wielo-pokojowych, z okienkami w dal...
Dalej zaczyna się dzika plaża z campingiem tout gratuit, spore, bardzo etniczne osiedle wibrujące życiem jak jaki stwór, gdzie niestety sobie nie pomieszkamy... w oddali grób marabuta, islamskiego świętego z małą szkółką koraniczną, gdzie spotkałyśmy cudne dziewczyny, Wizzol i Sheimę, małolaty, które zburzyły doszczętnie wszystkie mylne wyobrażenia o stłamszeniu i nieśmiałości młodych muzułmanek....

Dziewczyny wspinając się po skalach gromko krzyczały do nas Come on, Viens ici i co tam jeszcze, a kupiły nas sobie na tyle, że spędziliśmy razem calutki dzień...poznając oczywiście ich maman i papa, oraz dwóch braci.
Rodzina wykształcona, miejska, z Casablanki, postawili wielki namiot na dzikiej plaży wyłożony w środku dywanami i poduszkami, a jak nas wciągnęli do środka nie mogliśmy przestać gadać...
A tak zupełnie poważnie, zrobiło to na mnie wrażenie. Córki wiedziały, że ich goście zostaną serdecznie przyjęci i nikomu przeszkadzać nie będą. A w tej rodzinie ta jedność zachwyca, naprawdę. Ojciec góruje, to widać, nadaje ton rozmowie, natomiast cala szóstka dwoi się i troi w rozśmieszaniu innych i żartach.... Wyją gromkim śmiechem ci nasi zahamowani muzułmanie....

Dziewczyny włóczyły się z nami do nocy, poszłyśmy razem na umówiony wcześniej tajin, a my z Hanią kaleczyłyśmy zawzięcie francuski. Ach, nakarmili nas, wreszcie, a jutro, uzbrojone w grabki, planujemy udać się z czwórką młodych na połowy małż w czasie porannego odpływu... Tego jeszcze nie grali.
Jak był baran, to w obfitości, jak owoce morza, to i żywe, i w morzu:))

MAIL FOUR
8 sierpnia
Dotarłyśmy do naszej rodzinki w porze połowów, kolo jedenastej, gdy ocean pozwala na wyrywanie sobie małych skarbów, odsłaniając skalne dno. Jasi nowe koleżanki, Wizzol i Sheima z grabkami w ręku czekały by zabrać się do dzieła. Hania skapitulowała, zabijać nie chciała, choć później konsumowała:)) Małe mule tulą się do siebie jak rodziny kurek w lesie, albo i gęściej, wyglądają
jak rozłożone wachlarze naskalnych kwiatów. I mi było trochę przykro wyrywać je morzu, ale zapełniłyśmy cale wiadro...

Soraya i Mohammed, starsi w rodzinie już czekali z prawdziwym przyjęciem, oprócz małż były sardynki i salady, karwas, czyli tutejsze opuncje figowe, które pokłują każdego, kto niewprawnie chce się dobrać do ich miąższu, i najlepsza jak dotąd miętowa herbata. Rendez-vous z rodzinką przemieniło się w całodzienny pobyt, o barwach słońca i lekkim moim zażenowaniu...

Ja to po prostu nie umiem poruszać się w meandrach arabskiej kultury i pewnie umieram z zażenowania wtedy, gdy ku temu powodu nie ma ... Mianowicie kolejny Mohammed, pan tata, obdarzył mnie specjalnymi względami, i choć było to na początku urocze, jako że wziął na siebie cały ciężar konwersacji po francusku podczas naszego bardzo długiego lunchu, wyskubując mi
oczywiście najlepsze kawałki na talerz - na szczęście nie prosto do dzióbka:))- uwagę skupił wyłącznie na mnie, a ja dzielnie wałczyłam o jej przekierowanie ... Poległam na polu tej bitwy sromotnie, ale ratowałyśmy sytuację jak mogłyśmy - Soraya i reszta też miały miny niepewne - więc nauczyłyśmy młodzież grać w Makao. Potem była długa cudna kąpiel, ostatnia w Oualidiji, kolejne
herbaty na plaży i w mieście ...happy birthday dla Jaśminy odśpiewane chyba w siedmiu językach...

Tak naprawdę rodzinka jest cudowna, mówią o sobie - intelektualiści, córki urocze, w stylu zakręconego reggae, grający na wszystkim na czym da się grać i wyśpiewujący do tego Led Zeppelin, o rany, uciekający z obowiązkowej education islamique...

Wiec po pożegnaniu podjęłyśmy próby zrozumienia, gdzie znajdują się spoiny ich liberalizmu i nowoczesności z twardą tradycją męskiej dominacji ... Nasz zachwyt się urealnił, bo jest też tak, że Mohammed się szarogęsi jak nieszczęście, on otacza opieką, ale i on wiedzie absolutny prym, a reszta rodziny, osób pięć, razi sobie z tym nie traktując go zbyt poważnie... co rozkaże, stanie się, ale jak mają dość, to go pacyfikują i już ...
Mama, Soraya, w jakimś bardziej intymnym momencie zauważyła, że ja traktuję Jaśminę bardziej jak małą przyjaciółkę i że ona też próbuje mieć taki związek, choć to wbrew tradycji, ale że jak są nakazy, to wtedy zapada milczenie...
Proces przemian, w jakim znajduje się ta kultura jest niesamowity, mężczyźni i starsi bracia żyjący w poczuciu władzy i też kobietki, małe i duże, które za ich plecami zmieniają wzory zastanych relacji...

Ale od trzech dni jesteśmy juz w Mieście Wiatrów, As Saouirze, dalej na południu, w stronę Agadiru.
Poopowiadam, bo jest piękne, ale chyba już nie dzisiaj.
No chyba że o tym jak wpadłyśmy, o szczycie naiwności, jak nas naganiacz przechwycił na dworcu, niemal się ucieszyłyśmy nie chcąc znów pół dnia szukać hotelu; monsieur właściciel przeprowadził transakcję hotelową super wprawnie, kurcze, do końca się nie połapałam, że on tylko udaje, że nie mówi ani po angielsku, ani po francusku, he he.
I dałyśmy się wrobić, za dobrą cenę, a i owszem, ale na tydzień z góry! Więc chwilowo droga zmieniła się w stabilizację assawirską:)) bo przecież nikt na świecie nie widział, by Arab oddał pieniądze ...

Ale miasteczko jest śliczne, biało-niebieskie, choć turystyczne, wciąż pełne klimatycznych zakamarków, z plażą na której świetne chłopaki dosiadają wiatr by ślizgać się po falach, na surfach i kite-ach, a wydmy przesypują się jak w klepsydrze.... cudnie.
Jasię wczoraj powaliła choroba podróżnych, z gorączką jak nie wiem, więc przymusowy długi pobyt został dobrze wykorzystany:)), ale dziś nasze pisklę fruwa ze straganu na stragan jak okaz zdrowia, choć boi się cokolwiek przełknąć.

JAŚMINA:

Niestety koszta Internetu poszły w górę, a jakość w dół, napiszę więc tylko kilka słów.

Moja choroba podróżnych ma się słabo, jakby kto pytał, dzisiaj nawet rzygałam na ulicy, może nie na środku ale zawsze ;)). Niestety nikt z miejscowych się tym nie zainteresował, nie wiem więc, jaka byłaby ich reakcja... pewnie opiekuńcza... albo wcisnęliby mi chusteczkę (jedną, niech się Wam nie wydaje, tu chusteczki są na sztuki) a potem kazali zapłacić.

Tymczasem naprawię trochę zszargany wizerunek marokańskiej kuchni, bo dzisiaj, zmęczone głodówką wynikającą z konieczności, poszłyśmy na panierowane, smażone w głębokim tłuszczu... rybki. Ale co to za ryby! Gorące, pachnące, złapane o poranku, sardynki, kalmarki, chyba nawet i krab się załapał, może i sola tam była? A licho wie. Ale cóż to była za przyjemność, raj na ziemi, lub też, jakby powiedziała Hania, przerwa w zemście Allacha. Bo Allach się na nas mści, co wyraża się w braku podstawowych produktów: wody w kranie, prądu w pokoju, koszernego jedzenia i pomidorów. Pomidory, śliwki, winogrona i cieciorka stanowią bowiem podstawę, środek i uzupełnienie diety naszej przyjaciółki.

MAIL FIVE
9 sierpnia

Jesteśmy wciąż w As Saouirze, gdzie plaża udaje pustynię. Hanka pierwszego dnia, w rozpaczy, że z kranu nic nie kapie, nawet woda, nazwala to miasto 'zemstą Allacha' i odtąd męczymy się strasznie by to odkręcić.

Nic nie jest zgodne z życzeniem ani nie pojawia się na życzenie, np. jak chcemy zjeść to jedzenia nie ma, restauracje zamykają, a jak nie chcemy to każda nora okazuje się jadłodajnią:))
Na szczęście, gdy człowiek powstrzyma się od koncertu życzeń to dzieją się rożne miłe rzeczy. Jasmina też próbuje na swoja rękę zdjąć z nas klątwę - chyba Hanki nie Allacha - raz się modli do Allacha, by zobaczyć czy działa szybciej i sprawniej niż inni bogowie, a raz próbuje udawać, że Nikt Wielki tu nie rządzi ...

Dziś przesiedziałyśmy pół dnia na pięknym dziedzińcu z portykami wokoło; uwielbiam te ich dziedzińce jeśli tylko nie są przypadkiem targiem rybnym czy mięsnym. Ech, jest tu coś dziwnego w powietrzu, stwierdziłyśmy z Hanią ...
Idąc arterią na wprost od naszego hotelu Bab Dukkala, w końcu główną, nie uniknie się krwawych rzeźnickich widoków, łącznie z piłowanymi racicami kózek, od których lepiej szybko odwrócić głowę... Wiem, że to to samo mięso, które my spożywamy, jednak zachodnia sterylność jest przynajmniej estetycznie łaskawa ...
To unaocznienie mięsa i krwistej mięsistości musi mieć jakiś wpływ na ludzi, a na pewno ma na atmosferę miejsca ... To, co naokoło nie jest już piękne w lekki sposób może też sprawia, że całość osadza się w rzeczywistości, a nie w sennych marzeniach?

Anyway, jak się minie te haki i stragany, należy się w As Saouirze zgubić. Inaczej - pozostaje niesmak lub niedosyt- jak na oazie stworzonej dla turystów. Suki są barwne i gwarne, jednak co trzeci twarz jest biała, w związku z tym co drugi Arab jest pazerny....

To takie nasze małe rozczarowanie, Maroko to już nie kraj hipisów, a dwutygodniowych turystów... Wyjątkowe są chwile zgubienia się w meandrujących zaułkach i te przestrzenie poza światem stworzonym według zachodnich wyobrażeń o idealnych wakacjach w Maroku... Wychodzi na to, że u przedproża Afryki trzeba raz jeszcze, inaczej, wymknąć się Zachodowi ...

Kończąc już, spytam Was: jakiej pogody spodziewalibyście się, bądź nie bądź, po Afryce...?
Bo dziś rozglądałyśmy się niecierpliwie za tym, co świecić powinno, cały niemal dzień w polarze i wśród lekkiej, jaskrawo białej mgły...

MAIL SIX
17 sierpnia
Zostawiłam Was gdzieś w As Saouirze, po drodze był Marrakesz, a od trzech dni jesteśmy w górach
Atlasu, w Imlil, stacji wyprawowej na najwyższą górę Afryki płn, Jabal Toubkal.

Zapętlę historię i zacznę od wieści bieżących. Do Imlil z Marakeszu na szczęście nie jest bardzo daleko, wyjechałyśmy rano wrzucając sobie na drogę galletes - naleśniki, na które ledwie co patrzeć możemy i byłyśmy tutaj koło drugiej. Uszczęśliwione, że uwolniłyśmy się z macek marakeskich naganiaczy, których codzienne natarcia i szturmy nawet mnie doprowadzały juz do pasji. Uwaga!
Nie jestem pewna czy nadal kocham dzieci i czy człowiek spotyka tego Innego w drodze, bo czasem, cholera, spotyka się tylko przeliczniki walut w ludzkiej skórze ...

Imlil to urocze górskie miasteczko - och, chciałabym dorzucić: gdyby tylko wykasować wszystkich Arabów, Berberów i tych, co krzyczą z daleka 'dobrze dobra' po polsku spodziewając się za to Bóg wie jakiej nagrody - przechwycił nas taki jeden i zamiast pójść do Auberge poszłyśmy kawałek do innej wsi i mieszkamy w Gite - takim niby pensjonacie; zaraz nie będzie prądu!!!!

MAIL SEVEN
21 sierpnia

Jak juz już się rozpisałam o Imlilu w Atlasie Wysokim, padł prąd; teraz jesteśmy w Fezie i jedne wrażenia pochłaniają drugie, ale wrócę do gór. Pochwycił nas po drodze kolejny Mohammed i zaciągnął do swojego 'gite', co jest niby górskim pensjonatem, za to ze stadkiem trudnych do zliczenia dzieci na głowie:))
Przez cały pięciodniowy pobyt był tak przymilny, że przechodziły nas dreszcze o co mu właściwie chodzi... Tym bardziej, że na pięknych górskich przełęczach wygłaszał przemowy o tym, jak długowieczni są Berberowie z tych rejonów (najstarszy człowiek w Ait Souka, ich wiosce - lat 126) - zgadnijcie tylko jak taki wiek osiągnąć?
Mais bien sur, przez cielesne uniesienia w ramionach Mohameda albo innego Berbera, wtedy siły witalne mogą się przenieść na taką białą wymoczkę jak ja:)))

Swoja drogą, podczas pierwszego tzw. trekkingu - przechadzka dla turystów obok muła, za mułem albo na mule:))- spotkałyśmy babusieńkę, która podobno liczyła sobie lat 107 i wspinała się do strumienia po wodę... Piękni są tutaj ci starsi ludzie, o jasnych cerach i przejrzystych, pogodnych oczach.

Trzeciego dnia zaczął się prawdziwy trekking, dziewczyny postanowiły wejść na Jabal Toubkal - metrów 4167 - więc jak na Jasi pierwsze w życiu podejście było bardzo wysoko:)) Pół dnia idzie się do schroniska w górach, na wysokości juz 3 tys. i nie wiem czy była to wysokość, czy zmęczenie, ale płakało mi się w środku i na zewnątrz, cichutko i z wielką ulgą. Schronisko jest ogromne i przestronne choć co prawda z wielu douchów tylko jeden był czynny; nasza Hanka polała się dzielnie zimną wodą i wytarła majtkami co były na zmianę:))
O czwartej dziewczyny poszły z naszym przewodnikiem, Ibrahimem, na Toubkal, po ciemku, z latarkami w ręku. Trzy i pół godziny ostrego  wspinania i szczyt zdobyty, dwie godziny w dół do schroniska ... a potem wykończone schodziły do Imlilu następne sześć godzin... Dumna byłam bardzo z Jaśminy, która hardego ducha nosi w środku:))
Na Toubkalu i w okolicy jest spora szansa spotkać sąsiada ze Szczecina, he he, bo Polaków tam jak nigdzie:)) Czyżbyśmy kochali góry tak bardzo? Ale miłe to spotkania, z fajnymi ludkami co to nawet wnieśli swoje plecaki sami - a nie na grzbiecie muła- więc myślę sobie, trzeba nasze Dziewczyny młode zapisać natychmiast do klubu wspinaczkowego – oglądałam, chłopaki jak malowane i na mułach się oszczędza:))

Ja zaś poszłam nie na Toubkal a na długi spacer na jakąś przełęcz, gdzie przez parę godzin dane mi było być zupełnie samej... poruszające to doświadczenie; dotknęło mnie mocno wrażenie zmienności tego co tak trwale – jak na tych pełnych grozy skalnych kolosach grało światło, rzeźbiąc coraz to nowe ich twarze... i paradoksalnie, stałość, regularność tego co na chwilę, samotnego pasterza co każdego dnia wypasa tam swoje wielkie stado, które rozsypuje się po zboczach jak toczące się koraliki, wichry i lekkie podmuchy wiatru, ciężkie chmury i jasne pasma światła, skały groźne i skały roziskrzone srebrem miki.. wszystko to jest i nie jest obecne, jest na chwilę i nie da się pochwycić, ale przecież  w naprzemienności trwa...

A Allach nas chyba trochę polubił:)) z Imlilu do Marakeszu i dalej, do Fezu miałyśmy drogę jak po maśle... Zesłał mi, wreszcie, interesujących rozmówców, jak np. profesora matematyki -islamistę; ja zachwycona jego francuskim i cierpliwością do mnie, on ucieszony, że nie biorę każdego muzułmanina  za krypto-terrorystę.
Powiem Wam więcej, jakoś tak im bliżej końca wyprawy, nasze drogi prowadzą w coraz ciekawsze miejsca; poza tym nie odganiamy się w desperackim napięciu od przyszłych mężów, ofert bycia czwartą żoną  i oddawania córki biznesmenowi w każdym zapadłym zaułku...

MAIL EIGHT
21 sierpnia
Nad głową jakieś dziewczę wyje mi 'habbibi' i 'habbibi', wtóruje dziewczę z cyber cafe, ale i tak w Fezie mamy luksusowo, nikt nas nie naciąga, nie kusi ani nie straszy na poły zdechłymi wężami jak na Jemmaa El-Fna w Marakeszu... Naprawdę nie rozumiem co sprawiło, że Peter Gabriel, Mick Jagger czy choćby Yves Saint Laurent właśnie tam kupili sobie domy....

Fez nas oczarował, ale jak wytrawny kochanek - poznany co prawda nocą, za dnia nie traci nic a nic na swojej klasie:)) Zaraz za wielką bramą mediny Ba Djeloud-   zaczęłyśmy polowanie na hotel;
wszystkie te wychwalane w Lonely Planet to po prostu mysie dziury za straszną kasę, z klopem dwa piętra niżej, ratunku!!!
W kraju tym najlepsza taktyka to chyba stanąć i NIC nie robić, nie dać się nerwom i tak sobie, ot, poczekać na środku ulicy. Oczywiście, pojawił się chłopak, co obserwował sytuację i zaprowadził nas - zaułkami, po północy - ile to zaufania trzeba:)) – do swojej cioci na nocleg. Historia brzmiała lekko nieprawdopodobnie, ale intuicja nie zawiodła. W drzwiach była ciocia- nie ciocia, a za drzwiami nie slumsy, ale ...  pałac, słowo daję....
Ciocia Rashida ma domek po Francuzach, który nie ustępuje niczym pałacowi El Bahia w Marakeszu...Ten riad jest z 1321 roku, uwierzycie? - z polichromią, mozaikami, witrażami, tak bajkowy, że budząc się rano miałam myśl, że znalazłam się w haremie, a Hanka - że jest w kościele i zaraz zabiją dzwony:))) Za połowę ceny hotelowej:))

Rashida ma w domu fontanny i stiuki warte miliony, gotuje zaś na jednym palniku na podłodze i w kucki, z rur woda ledwie kapie, a na rurze w kiblu można się bujać. Chodzi w wymiętej podomce po domu, z chustką a la Helga na głowie,  jest przy tym łagodna i delikatna, nocą zaś wyczarowuje na starym Singerze jedne z najpiękniejszych ażurowych sukni jakie widziałam. Dostałam od niej piękną serwetę i wreszcie nie mam oporów tulić jej dzieci i siedzieć z nimi długo po zmierzchu...

Rzeczywiście, ludzie Fezu są inni... pomagają nie wyciągając ręki po dirhamy, idąc starymi sukami pijemy herbatę to tu, to tam, i każdy doradza, zaprasza i nic od nas nie chce!! A doradził nam dziś kolejny Mohammed, antykwariusz, jak i za ile pojechać do Moulay Yakoub - to już jutro, Moulay i gorące źródła...
Gorące źródła jak tu jest 45 stopni?:))
Wyleczę sobie reumatyzm raz na zawsze:))

MAIL NINE
27 sierpnia
Gardło mi się ściska, że lada moment pora wracać. Akurat poczułyśmy się wszystkie włóczęgowsko i umiemy się ubawić koczując choćby w tak brzydkiej mieścinie jak Al Hoceima.
Wpadła właśnie Hanka, że chyba szykują się zamieszki i na ulicach niebezpiecznie! Haneczka zakręcona, centrum ogrodzili kordonem bo przyjechał tu król:)) co w każdym większym mieście ma swój pałac.

Ale po kolei. Z pięknego Fezu wybrałyśmy się do Moulay Idris, do gorących źródeł z głowami pełnymi oczekiwań jak tam świetnie będzie, zgodnie z tym, co twierdzili przekonywująco inni.
Ratunku!!! Dziękujmy cywilizacji za nasze prysznice, odkręcające się kurki, sprawne rury, i za poczucie intymności!
W Moulay jest kilka 'stacji', do źródeł typu 'jacuzzi' kolejka była straszna, więc w piekącym słońcu zeszłyśmy po stu stopniach na dół do 'piscine' co wzięłyśmy sobie, zgodnie z nazwą, za basen nie-koedukacyjny. No ok, nim kupiłyśmy bilety powstały, jak zwykle, wyobrażenia: basen, pod gołym niebem, sady pełne oliwek i daktyli, zrobimy sobie super piknik. A to, co zobaczyłyśmy, bliższe jest raczej któremuś z kręgów piekielnych Dantego!

Sadzawka z wrzącą wodą, rozumiem, zapach siarki, też, zadaszenie, niech będzie - w końcu to hammam a nie basen, ok, ale wokół tej sadzawki zbita masa ciał nawarstwiających się na siebie, przepychających, zewsząd machają gołe arabskie piersi, zwisają brzuchy, a cały ten tłuszcz i rozstępy podstawiane są koleżance do umycia... coś niesamowitego, taka szpetna, zaniedbana kobiecość skupiona w jednym miejscu.... Aż nas ścięło i tylko się zastanawiałyśmy co Jasmina na to... Na pewno nie zostanie lesbijką!
Szorowały się i pucowały, w sadzawce nie świeża woda a ścieki z pływającymi włosami łonowymi, ale Boże drogi, zauważyłyśmy to dopiero po wskoczeniu do niej.... i prysznica niet! na tysiąc kobiet jeden jedyny kranik w ubikacji, do którego przepycha się każda z wiadrem by się spłukać i ochłodzić; i my w desperacji też, byle szybciej uciec stamtąd....
Tak wyglądały nasze gorące źródła... Zapewniam, bardzo siarczane i na pewno świetne na choroby skóry:)))

Ale to ciekawe różnice kulturowe, one na ulicach zakryte po czubek nosa, byle nie pokazać kawałka łydki, my - eksponujące się. A w sytuacji 'prywatności' kobiet - one nieskrępowane, w pełni na luzie, traktują swoją cielesność inaczej, a my - jak się okazało, szczyt pruderii, każda w pełnym stroju kąpielowym i zawstydzona tym, że one się tak odkrywają ... O czym to świadczy? Inne poczucie intymności? Inne poczucie estetyki? akceptacji ciała?

MAIL TEN
27 sierpnia

Salam Alejkum albo Ojejkum.
Ze źródeł uciekałyśmy gdzie pieprz rośnie i to bardzo dosłownie:))
Pojechałyśmy do Al Hoceimy, w górach Rifu i nad Morzem Śródziemnym, gdzie czatowałyśmy na jakiś transport do następnego dnia - na szczęście w hoteliku. I stamtąd na koniec świata drogami, które dopiero zostaną wybudowane, do Cala Iris, spokojnej zatoczki nad morzem, gdzie tylko camping i bungalowy, sami Marokańczycy na wakacjach i my... Tym razem był to strzał w dziesiątkę choć okupiony długą podróżą.

Morze szalone, wcale nie tak spokojne jak na Cyprze, szalone na tyle, że pierwszego dnia parę osób się podtopiło, ale tylko trochę, bo sto marokańskich oczu wiecznie luki luka:)) Drugiego było spokojniej w zatoczce i ukapałyśmy się jak dzieciaki. Wieczorem wścibską głowę włożyła na nasz teren jaka Arabka - vous ne parlez pas francias? A no nie, ale za to polonais. A, to świetnie, na to ona, z przyjemnością pogadam sobie z wami po polsku.... Pani gadała z wielka przyjemnością bo ponad sześć godzin; studiowała w 90 latach we Wrocławiu farmację, jej mąż pediatrię gdzieś w Rosji. Obecnie tworzą tą wyższą klasę średnią w Maroku i prawdopodobnie w związku z tym i swa zamożną rodziną pochodzenia wszystko wiedzieli najlepiej i robili najlepiej- nawet polskiego karpia!!!
Druga znajomość dużo przyjemniejsza, pan recepcjonista, Ali okazał się mgr literatury angielskiej, mówił jak złoto, a na dodatek raniutko pokazał nam plantacje haszu; z tego przecież góry Rif słyną.

A potem prosto do Szefszuanu, błękitno-białego miasteczka w górach, mekki tych co zioła lubią ... I tu, przyznać się muszę do porażki. Albo może to spisek, jak twierdzi Hania. Spisek gangu od henny w Marakeszu z zielarzami z Rifu.
No chciałyśmy choć raz spróbować, pociągnąć sobie lufkę, całą trasę odmawiałyśmy, to choć raz, choć tutaj, na koniec podróży... Ubiłyśmy malutki deal, może na dwa jointy lub trzy, schowałyśmy się w hotelu, bo turystom oficjalnie nie wolno (choć to te okolice produkują 18 tysięcy ton tego czegoś rocznie!!!), Hanka skręcała i skręcała, kręcąc się przy tym i denerwując co z tego będzie, nabierała powietrza, zatykała nos, robiła skręty coraz mocniejsze, co chwilę pytałam: i co? czujesz coś? I nic, ja zasnęłam, Hanka też ukręciła sobie palce i nic, nic.... Wcisnęli nam chyba hennę, he he, albo zmiksowane ziółka z małą wkładką. I pomyśleć, że tyle miesięcy mieszkałam w Indiach ... Ale wstyd:))

A dziś dotarłyśmy do Tetouanu.
W powietrzu czuć już Europę. W środku trochę mnie ściska ... Nocujemy w ślicznym riadzie, mosiężne lampy, srebrne zdobne poduchy na tarasie; jutro rano chcemy czmychnąć na ostatnie dwa dni do Mdiq, plaży tuż poniżej Ceuty. A potem już, w czwartek rano na prom i do domu...
Tetouan kiedyś żył z piractwa... nikt dzisiaj by się tego nie domyślił. Za oknem internetowej kafejki takie balkony i okiennice jak w Sewilli, nie wiadomo czy to Hiszpania czy jaki inny kraj...

 

 

 
Copyright © 2008 Stowarzyszenie Kreatywni Dla Szczecina. Wszystkie prawa zastrzeżone.