Maile z podróży Romka Zańko do Azji 2009

Szczecin, 1 października

Piszecie do nas kiedy spotkanie?
Tak na szybkiego, poki emocje nie opdna, proponujemy (jeszcze bez zdjec, ale z dobra herbata).
Jutro(piatek) o 17.00 Pod sukniami.

j i r

juz jestesmy w domku
juz jestesmy w szczecinie

juz chcielibysmy sie spotkac z wami
jesli jest pomysl na szybkie spotkanko i gorace wrazenia to moze piatek sobota (jesli sa chetni)

to jeszcze nie koniec jeszcze pare dni i bede pisal obiecane relacje

boj o czapke trwa Pan Marek zaproponowal 27zl

gorace dzieki wszystkim ktorzy z nami byli i do uslyszenia i zobaczenia

od piatku jestem pod numer 513 153 064

Londyn, 29 września

Mamy do przejechania jeszcze kawalek Londynu. Nielatwo tu sie wydostac na autostrade.
No i kawalek drogi jeszcze przed nami. Chcielibysmy byc juz jutro w domu. Ale ze stopem nigdy nic nie wiadomo.
Nastepny list juz z domu. Chyba ze pomylimy drogi. Juz nam sie to zdarzalo.
j i r z misiami

Colombo, 27 września

22,22zl po raz pierwszy. dla mr.r

idziemy szukac naszego gejtu, moze tam tez bedzie komputer

a moze ktos wie.
jak niemam ojsterki w londynie to kupujac przejazdy na metro dostane ja zadarmo, czy jest jakas oplata?

Pytanko od Jonasza.
Czy ma ktos whitedwarfa to moze mi podac adresy do sklepow w londynie

20,20 za czapke po raz pierwszy!
Panie Marku a ma Pan tyle pieniedzy, jeszcze za papier Pan nie zaplacil

hej jest tam ktos.
moze ktos sie odezwie.
zrobilismy tu niezla kolejke do kompa, ale go nie oddamy, bo do rana juz go nieodzyskamy.
Moze ktos sie odezwie.
u was wczesnie i niedziela nik pewnie przy kompie niesiedzi.
Jonasz czyta i jakis ruch sie zaczol, jakis samolot przylecial, wiec co sie dzieje. No i personel pokladowycejlonskich lini, w takim ladnym sarii z pracy wychodzi.
kurcze nogi bola od tego internetu, dlugo tak niewytrzymam.
jonasz czyta i dlubie.
nuda, jeszcze 6 godzin

wyladowalismy w Colombo
tutaj dochodzi 22, a samolot mamy o 5 rano. Juz mamy dosyc, zaraz pojdziemy na stopa.
Przy kibelku jest darmowy internet, ale nie ma jak usiasc, taki na stojaka.
Musimy przejsc do hali tranzytow, jak tam bedzie internet i nie zasniemy to cos popiszemy.
Jesli bedziemy na silach to prosto z lotniska na droge do Dover, i do domku. A moze nocleg w Londynku?
j i r

A  dziadek Heniek mowi: "jak ci przypierdziele to polecisz", a polecialem bez jego pomocy. Powiedzial Jonasz po starcie. Moze dziadek dostalby prace na lotnisku? henio airlines!

18zl za czapke po raz drugi, dla anonima. Pan Marek probowal przebic, ale za kwote mniejsza niz dwa zlote. Przypominam minmalniemozna podbijac o 2 zl

Bongkok, 27 września

wsiadamy do autobusu na lotnisko
przesiadka na Cejlonie
i jutro o 14.00 Londyn
a potem stopem do domu
do zobaczenia

Bangkok, 25 września

zamiast pomoc mi w wyborze tatuazu jeszcze bardziej utrudniacie, zasypany jestem propozycjami. Gdzie ja to wszystko pomieszcze. Jonasz zadrecza mnie pomyslami; opowiada ze dziadek Heniu ma takie zdjecie z wojska (tablo sie nazywa, czy cus takiego) razem z kolegami z jego rocznika. Caly czas gada ze powinienem sobie taki wzor wytatuowac. no sam niewiem.

Jutro z rana kupujemy bilecik do domu, wyglada ze wracamy przez Londyn. Jeszcze dzisiaj wchodzily wplaty(za dwa dni bedzie wiadomo od kogo). Co troszku brakowalo udalo nam sie pozyczyc.

Odpuscilem troszke ostatnio pisanie, ale nadrobie juz z domu.

O kazachska czapke trwa zazarty boj. 18zl po raz pierwszy. Kto da wiecej?

Propozycja Jonaszowa do sklepu. Znalazl reprinty plakatow filmowych.
Pierwsze trzy czesci "Gwiezdnych wojen", widzialem tez "Przeminelo z wiatrem". Cena brutto 65zl.

Sa jeszcze ladne miejsca na swiecie. Mialem nie pisac, ale nie moge sie powstrzymac od krotkiego opisu. Do tych nielicznych nalezy miejsce w ktorym zamieszkalismy w Bankoku. Central Guest Huse tak sie nazywa.
Jak juz wspomnialem mieszkamy w norze. Ale jakiej. Juz takich nor sie nie robi.
Zaczne od pokoju. Pokoj wielkosci lozka, drzwi nie mozna otworzyc do konca, wyjsc i wejsc mozna tylko naczczo, po wiekszym posilku nie ma mowy o przecisnieciu sie. Plecaki musza lezec na lozku. Sciany z dykty, akustyka doskonala i slychac doskonale zycie sasiadow z lewej i prawej strony . Sciany zdobia rzadkie okazy grzyba i tworczosc poprzednich lokatorow. Wiekszosc czasu spedza sie tu w oczekiwniu. W oczekiwaniu na kibel i prysznic ktory jest jeden na pietro. I w oczekiwaniu na komputer, dwa na cala nore, ale za to bezplatne. Gdy wstaje rano budze Jacha:Wstawaj zajac komputer, zaraz zejda Japonczycy. Gdy juz siedze przy kompie, wysylam go do kolejki do kibelka. Na co on proboje sie wykrecic mowiac ze nie moze pilnowac kolejki bo mu sie sikac chce. Gdy juz wychodzi z kibelka krzyczy ze jest gotowy, ja biegne w strone kibelka on w strone komputera, gdy sie mijamy w polowie drogi mowi: Widzisz jak to dobrze miec dziecko. Oni podrozuja bez dzieci i musza dluzej czekac na komputer.
W norze najwiecej zamieszkuje Japonczykow, ktorzy ucza sie grac na jakis grzechotkach. A wiadomo jak ci za cos sie wezma to porzadnie.
Zempola od rana do nocy. Jak zabardzo im sie lekcja przeciagnie to wysylam Jonasz ktory ma kazu zeby sie do nich przylaczyl. Oprucz tego nora zamieszkiwana jest przez starego grubego amerykanina ktoremu najlepiej sie gada gdy usiadzie przy kompie do ktorego wszyscy czekaja. Wszyscy czekaja on se gada z jakas francuzka ktora siedzi obok. Oprucz tego przez sredniego amerykanina pochodzenia argentynskiego ktory opowiadal ze jak byl maly to jego rodzice mieli "takie wlosy"-tu pokazal gest jakim uzywaja wedkarze pokazujac jaka rybe zlowili. Od tego czasu uwazniej mu sie przygladam i zastanawiam sie kim byli jego rodzice? I oprucz tego jest jeszcze jedna postac.
Jedna z ciekawszych spotkanych na naszej wycieczce. Nie zamienilismy z nia ani slowa.
Dredy starannie zrobione do pasa, elementy bizuteri modnej trzydziesci lat temu, a moze dawniej. Chudzina w okularach. Niemowa. Facet nie mowi. Podrozuje po swiecie i nie moze sie dogadac. Pewnie mu nielatwo bylo w domu i skubany pomimo to zapakowal sie i nieprzejmujac sie ze tu bedzie jeszcze mniej latwo dogadac pojechal.  POJECHAL NA MAXA.
Prosze Panstwa; czapki z glow!. Usmiechniety i charczaco pokrzykujacy wypisuje pytania na karteczkach. Najczesciej konwersuje z nim amerykanin (ten co mial rodzicow o "takich wlosach"). Pisza prawdziwe "Dialogi", w calej norce nie ma juz kawalka wolnej kartki. Milo popatrzec jak rozmawiaja. Gdzie byli, gdzie beda. Jejku facet jest niesamowity, wyobrazcie go sobie jak musi sobie radzic ze wszystkimi cwaniakami azjatyckimi, albo z naburmuszonymi urzednikami na granicy.
Pokrzykuje pochrkuje i rekoma wymachuje. Niesamowity. I jest w nim jakas radosc. Usmiechniety, rano sie klania, zero zblazowania wielkich podroznikow. Sproboje jutro z nim pogadac. Tylko co ja mu powiem?
Dobranoc. Tutaj juz po trzej. Na ulicach jeszcze impreza. Chodziaz pamiatkarskie handikraftowe sklepy zamkneli zgodzine temu. To jeszcze muzyka, stragany z zarciem kopca, piwko sie leje, tajki skladaja propozycje rozne. Sodoma i Gomoria. Calkiem milo.

PS
Zostaly nam dwa misie i jedna mala zeberka.
Chyba sie nie pogniewacie jak te dwa miski izeberka wroca z nami.
Tak sobie postanowilismy, ze taka pamiatke bysmy chcieli.
No i jakby ktos chcial to zawsze bedzie mozna sobie zrobic zdjecie z misiem.
a zeberka, bardzo chcialem mic kucyka, ale...

24 września

Z duza przyjemnosicia przedsawiamy osoby ktore  wziely udzial w zrzucie niewiadomopoco.

Pieknie wszystkim dziekujemy.
Szukamy polaczenia. Jeszcze brakuje na drugi bilet. Najwyzej Jonasz poleci do Berlina, ja zawroce ladem.

Licytacja.
10zl po raz pierwszy. Panu Mareczkowi zamazyla sie czapka.
Od teraz niema przebijania o grosze. Minimum 2 zl. Nienadaze z pisaniem.

Jestesmy tutaj w turystycznej dzielnicy. Na kazdym kroku zaklady produkujace tatuaze.
Sam juz niewiem co mam sobie zrobic. Czy moze chryzantemy zlociste w krysztalowym wazonie, ktore stojac na fortepianie koja smutek i lzy.
Kusi mnie tez jelen na rykowisku na posladku. Zachod slonca tez bylby fajny. Jonasz namawia mnie na rozklad jazdy autobusow z Lowicza do Kutna, albo wykaz mszy sw w  parafi(tylko niewiem ktorej), albo rocznik statystyczny ze szczegolnym uwzglednieniem produkcji ziemniaka w Polsce(patriotyczny akcent), gazetke z tesco. Pomozcie prosze sam juz niewiem. Jeszcze przyjdzie nam tu siedziec i zamiast kupic bilety wytatujemy sie od stop do glow.

Z duza przyjemnosicia przedsawiamy osoby ktore  wziely udzial w zrzucie niewiadomopoco. Serdecznie dziekujemy.( Moglem kogos pominac, po powrocie jeszcze raz na spokojnie przesledze historie konta)

Jaroslaw Kleczek
Ala Mucha
Mateusz Przygodzki
Pawel Nowak
Krzysztof Kaczmarek
wplata anonimowa
Slawomir Bagiski
Pawel Aleksander Klimek
Marzena i Darek Klukiewicz
wplata anonimowa
Teresa Zanko
Piotr Muszynski
Dorota Kasperska
Wanda Kasperska
Marzena Wiecko
Krzysztof Szymon Makara
Piotr Kopszak
Krzysiek Zurawski
Tomasz Wolny
Jakub Woyke
Zbyszek Uciechowski
Daniel Duda
Gosia Mackiewicz Whitmore
Wojciech Ilowiecki
Marta Poszumska
Danusia i Waldek Wojciechowscy
Rozynki, Kuba i Cinek
anonim
Anna Leonowicz
Barbara i Ludwik Grzenkowicz

Bangkok, 22 września

Dotarlismy do bankoku.
jestesmy wzruszeni, za 3 dolary znalezlismy prawdziwa nore do spania.
Po 14 godzinach jazdy idziemy spac. jutro rano ruszamy poszukiwac biletow do domu. Jesli ktos jeszcze chcialby sie dorzucic, to juz ostatni dzwonek.
Za czapke kazachska jest: 9,90zl PO RAZ PIERWSZY. (Tylko ktos sie
niepodpisal) Panie Marku zostal Pan prawie dziesieciokrotnie przelicytowany. Jak sie Pan nie postara to ze szpanowania przed
dziewczynami: nici.

Jestesmy troszke chyba spragnieni do domu. A tu rano spotkalo cos co niewiemy jak to zinterpretowac. Kupujac na ulicy smazone na glebokim oleju placki, sprzedawca pakujac je nam wyrwal kartke z ksiazki i zawinol w nie placuszki. Gdy zglodnielismy i rozwinelismy owe placuszki, okazalo sie ze kartka pochodzi ze szkolnej ksiazki do angielskiego. I teraz nie wiemy czy to znak zeby wracac szybko do szkoly, czy tez pomysl jak wykorzystac nowe podreczniki? Ale zeby nie bylo ze Jonasz sie nie uczy rozwiazal wszystkie zadania, tylko sie przytym wytluscil.

ZOSTALY JUZ TYLKO DWA MISIE.

22 września

Niewiadomoczemu dostalismy wize dzisiaj i to bezplatnie. Chociaz ekspres mial kosztowac od sztuki 10 dol. I jeszcze nam dali wize na dwa miesiace chociaz bezplatne sa tylko do 14 dni. Pan w okienku wreczyl nam paszporty nic niemowiac (choc bylismy nastawieni na ciezkie negocjacje) I fajnie. Rano mamy autobus do Bankoku w ktorym mamy byc planowo okolo 22.00.
Dziekujemy wszystkim za wplaty. Mamy uzbierane okolo 1500 zl tj jeden bilet.
Pan Marek rzucil sie jak oszlaly w boj o kazachska czapke i zaproponowal 1zl.
Jesli komputer pozwoli to napisze dzisiaj pare slow o Krolestwie Kambodzanskim(zawiesza sie co chwile).

Phnom Penh, 20 września

Nie wiemy czy smiac sie czy plakac.
Jestesmy z powrotem w Phnom Penh.
Juz bylismy po stronie tajlanckiej, juz nas dzielilo pare godzin od Bankoku w ktorym mielismy nocowac. A tu okazalo sie ze na tej granicy wizy nie daja i trzeba zawrocic do stolicy Kambodzy.  Slyszelismy o tej sytuacji wiec wczesniej dowiadywalismy sie. We wszystkich biurach turystucznych zapewniano nas ze sytuacja sie zmienila od niedawna i ze spokojnie mozemy przejechac granice, gdzie zalatwimy wize. Na granicy pan mial jakas dziwna liste 37 krajow ktore moga przejechac. Np. bez problemu mogli przejechac obywatele Portugali i Niemiec, natomiast Polacy i Brytyjczycy wize musza miec wczesniej zalatwiona.
Jonasz zalamany,"ladne mam imieniny"(wlasnie wczoraj obchodzil).
Zeby szybko zawrocic musielismy pojechac taksowka 400km, za 25dol gdyz juz tego dnia nie bylo autobusow.
Jest szansa ze dzisiaj dostaniemy wizy, choc chcieli nam dac za trzy dni. Jesli pojedziemy drozszym autobusem to jutro w nocy jestesmy w Bankoku. Teraz sie naradzamy czy oszczedzac na kasie i jechac stopem, czy oszczedzac na bezcennym czasie i jechac autobusem, (bilet do bankoku dla nas dwoch 30 dol).
Kolo 16 miejscowego czasu mamy dostac wizy. Wtedy zobaczymy.

Phnom Penh, 19 września

Przesiadlismy sie na autobusy, i za chwile jedziemy w strone Ankorwat i granicy z Tajlandia.

Dostalismy listy od trzech osob ktore wlaczyly sie w niewiadomopoco zrzutke.
Wplacaja tez osoby ktore juz wczesniej wplacily. Tak jak pisalem wczoraj niechcielibysmy by caly ciezar braly na siebie pojedyncze osoby, fajnie jakby wiecej osob wlaczylo sie malymi kwotami. Wszystkim dziekujemy.
Danusia przypomniala zabawe sprzed 2 lat, gdy jechalismy przez Syberie i Jonasz meczyl mnie o kawaly. Wtedy wiele osob pisalo je dla niego.

Co do pamiatek. To wczoraj znalezlismy rzecz niezwykla. KAZACHSKA CZAPKE. Lezala sobie jagdyby nigdy nic na ulicy. Czerwona, welniana z pomponem i zrobionymi z guzikow oczkami. Dokladnie rozjezdzona przez motory i samochody w doskonalym stanie. Gdy ja podnieslismy wyszedl z niej karaluch z taka obrazona mina jagby mowil:""Taki fajny domek mialem."
Takie skarby tu mozna znalesc. Wystarczy wybrac sie na wycieczke.
Czapka jak marzenie. Panowie  w takiej czapce kazda kobieta zawami sie obejrzy. Cena umowna. Proponujemy licytacje.

Phnom Penh, 18 września

Na nasz prosbe o pomoc odpowiedzialo okolo 10 osob( dokladne dane bede mial za dwa dni). Wiekszosc z tych osob od lat aktywnie uczestniczy w naszych wycieczkach. Sa dwie osoby, ktore po raz pierwszy sie wlaczyly. Wszystkim dziekujemy.

Jak pisalem mamy okolo 300 adresow, wiele listow posylane jest do kolejnych osob, publikowane sa na najrozniejszych stronach.
Ciezar pomocy od lat spoczywa na tych samych osobach, pomijajac tych co dolaczyli do nas w tym roku, wiele osob od czterech lat jezdzi z nami na gape.
I niebyloby problemu z powrotem do Polski, z duza przyjemnoscia powrocilibysmy ladem. Niestety niejasna sytuacja w szkole do ktorej Jonasz idzie po raz pierwszy, zmusza nas do szybszego stawienia sie w niej.
Dlatego zwracam sie do osob ktore sa z nami od paru lat i jeszcze wczesniej nie wlaczyly sie w podrozowanie. Prosze was o mala wycieczke do Citibanku, pare minut przy okienku, i pare zlotych ( w miare waszych mozliwosci: 5, 10, 15zl). Wydawalo sie nam ze mozemy przy takiej masowosci malymi kwotami zapewnic powrot. Po prostu glupio korzystac z pomocy tych samych osob od lat wplacajacych wieksze kwoty.
Czas jest juz jest wazny, gdyz pewnie kolo poniedzialku, wtorku dotrzemy do Bankoku i mozna by bylo juz wracac.
Czesc osob chetnie by otrzymala jakas pamiatke wiec dla wszystkich ktorzy by chcieli mozemy przywizc kamyk z Jeleniej Gory, tzn Jasnej Gory, tzn swietej gory, albo kawalek papierka od zupki chinskiej zjedzonej w Chinach lub kawlek koszulki Joasza wysmarowanej egzoticznie. Mozemy pociac jego portki slicznie wysfinione, a moze kawalek mojego sandala?

Gdyby ktos chcial cos zakupic (musi byc szybka deklaracja bo jedziemy szybko dalej) to proponujemy:
-zegarki z krolewska rodzina lub premierem w wojskowej czapce, wersja damska znacznie mniejsza z krolowa matka. Wszystkie pieknie pozlacane, wszystkie wysokiej jakosci (na pewno wytrzymaja pare dni). Cena promocyjna 94zl Niestety to wymaga blyskawicznej odpowiedzi. Jesli  ktos sie zglosi to sprobujemy je jeszcze odnalesc(przez trzy dni tu jest festiwal i wiele miejsc jest zamkniete).
- hamaki w kolorach zielonym, niebiskim i czerwonym. Cena detaliczna 70zl
- posiadamy rowniez piekne chustki. kwadratowe z nadrukiem z Wilkiem i Zajacem. Wilk nawet podobny jest do wilka. Takowa chustka sluzyc moze do wycierania nochala, lub mozna ja powiesic w kuchni jako makatke -wrazenie na gosciach murowane. Cena netto 55zl.
W ubieglych latach niektorzy zamowili szale: welniane, jedwabne i bawelniane chustki. Jest z tym pewna trudnosc, gdyz wymaga to umuwienia sie co do kolorow wielkosci i wzorow, a my nigdzie nie stajemy na dluzej, i jeszcze roznica czasu utrudnia korespondencje,.
No, ale zawsze mozna sprobowac.

Phnom Penh, 18 września

Za nami kraina wujaszka Ho Chi Minha ktory usmiecha sie z wielkich plakatow, czule pozdrawia, przytula dzieci, umacnia zolnierzy, wspiera wszystkich ktorzy pracuja dla wspolngo dobra i socjalistycznej ojczyzny. Szczegolnie polnoc jest gesto przyozdobiona slodkim wujaszkiem. Ale jesli chcielibyscie go spotkac wcale nie musicie jechac na polnoc, nawet do Wietnamu nie musicie jechac. Wujaszek Ho zawsze byl sprytny(wielokrotnie umykal pogoniom, wychodzil z roznych opresji, zmienial tozsamosc, przebieral siei), tym razem tak nas umilowal by byc znami w kazdym zakatku swiata, wskoczyl na szyldy popularnego gastronomicznego przedsiebiorstwa i przybral nowy partyjny pseudonim. Tak, tak wczoraj Ho Chi Minh- dzisiaj KFC. I jak zawsze jest taki dobry.
No i Sajgonki! Jedne sa bardzo smaczne inne sa bardzo ladne.
Oposcilismy goscinny Sajgon i jeszcze bardziej goscinny dom Renaty i Macieja.
Do zakonczenia wizy pozostal nam jeden dzien wiec do granicy z Kambodza udalismy sie autobusem. Juz zblizajac sie w okolice granicy ze z delta Mekongu (ktora mielismy udac sie do Kambodzy) to nie przelewki. Mniejsze i wieksze rzeczki panowaly w krajobrazie, atobus przejezdzal mostem i plynol promem niejedna rzeke. W przygranicznym miasteczku Chao Doc poczulismy sie jak w domu, no moze naszym pszyszlym domu. Tu mielismy flating market, my juz niedlugo w Szczecinie  tez bedziemy sie bujac w plywajacych ogrodach. Informacja o naszej lodzi byla tradycyjna, czyli nie zawiele sie dowiedzielismy.
Oprocz tego ze wybralismy wariant "slow"" czyli najtanszy i ze kambodzanskie wizy wyrobimy gdzies na wodnym posterunku i tam sie przesiadziemy w inna lodz, wszystkie inne informacje bylu metne i niejasne, czyli wszystko bylo w porzadku.
Podluzna ludz, zadaszona, z krzeslami ustawionymi jak w trawaju, dluga na 6m, kierowana przez kapitana kierownica ktora wczesniej sluzyla w jakims azjatyckim starze zabrala nas i 6 brytyjskich turystow. Ale bym zapomnial! Na rufie (uzywajac fachowej terminologi) stala urocza budka zwana:kibelkiem(uzywajac wachowej terminologi). Mala , slodka, niebieska. Ktos przez roztargnienie zapomnial wyciac serduszka, ale pstawil piekna muszle kolyszaca sie w rytmie fal. Niezapomniane chwile slodki szum i piekne widoki przez szpary owej budki. Az chcialo sie czekac tam na zachod slonca.
Juz od poczatku podpadlismy bo krecac sie po naszej wodnej taksowce to do przodu to do tylu i zamieniajac sie miejscami psulismy jakis"balans". W ten sposob w zyciwym dorobku rzeczy ktore zepsulem moge dopisac : balans. "Wszystko zepsujesz, nawet balans".

Nie sposob jednak bylo sie niekrecic pomijajac tradycyjne wytlumaczenie; robaki i nowoczesne; ADHD, tym razem do krecenia zmuszaly nas widoki. Domy wysoko na palach i calkiem niskie do ktorych wchodzilo sie prosto z lodzi, porzadnie zbudowane i sklecone z kawalkow blachy, niekiedy tylko na malych platformach rozciagniete plandeki dawaly schronienie od slonca i deszczu, a rozwieszony hamak kolysal spiacego tubylca. Wielkie statki i barki, male lodki i czolenka z wyjacymi silnikami i popychane dziarsko wioslami. Mlodzi chlopcy(na wagary), rybacy(do pracy), matki z dziecmi ( wiozly je do szkoly), staruszki w tradycyjnych stozkowych slomianych kapeluszach ( wracaly z kolka rozancowego) wszyscy dziarsko wywijali wioslami.
Wietnamska czesc naszej rzecznej drogi wiodla przez rolne uprawy.
Dziwne rosliny ktore widzielismy wczesniej na targach porastaly brzegi, hodowcy dogladali je brodzac po pas, po szyje. Ustawione siatkowe zagrody zamieszkiwaly najrozniejsze mieczaki. Widok naszej taksowki odrywal taplajacych sie w pracy rolnikow i wystajace z wody glowy sledzily nasza podroz  z zaciekawieniem. Wielkie czarne powolne bawoly w namaczaly swe cielska w towarzystwie brodzacych bielutkich smuklych ibisow i wcale ich melancholijnej zadumie nieprzeszkadzaly golusienkie maluchy z wrzaskiem sie taplajacyce, gdy ich mama wlasnie urzadzala pranie.Tylko kury przejawialy wstret do wody i z cyrkowa zrecznoscia ja omijaly spacerujac po niewielkich kepach suchego ladu.
Kurka wodna!
Raz wyplywalismy na otwarte wody rozlewiska, tak ze z trudem bylo widac drugi brzeg innym razem ludz sunela kanalami utworzonymi przez wystajace z wody drzewa, domy i zagrody dla kaczek.
I tak plynelismy sobie w gore Mekonku jak niegdys kapitan Willard i tylko nikt do nas niestrzelal nie liczac silnika ktory halasowal jak karabin maszynowy i dzieciakow ktore nawolujac tradycyjnym azjatyckim:
"hellolhellolhellol" posylaly za nami kamienie. Zastanawialem czy nie wyslac im jednego z naszych/waszych miskow, ale nie wiedzac czy potrafia plywac, zrezygnowalem z tej wymiany. Troche szkoda. Moze to by byla piekna wojna na misie. Moze bysmy byli prekursorami nowego sposobu prowadzenia wojen. Wyobrazacie sobie armie obrzucajace sie pluszakami. Mimo wszystko dobrze ze juz niema Armi Czerwonej, bo gdyby ci uzywali swych koszmarnych socjalistycznych zabawek, jakis miedzynarodowy trybunal musial by je zakazac jako bron niehumanitarna.
Na co amerykanie odpowiedzieli by lalka Barbi. Stop. Nie bedziemy zaczynac. Kto misiem wojuje... jeszcze zycie nam mile.
Plynelismy i plynelismy i rozbolaly nas siedzenia od twardych siedzen.
musielismy juz dlugo plynac bo wskali bolacych siedzen osiagnelismy
poziom: wysoki i wszystkie zapasy przygotowane przez Renate znikly w naszych zaladkach, a Jonasz z 70 razy powtorzyl:"Daleko jeszcze?". Gdy nagle pociemnialo niebo i zaczol lac deszcz. Wielkie lansko przepedzilo male lodki do domow. A my plynelismy nie wiadomo jak do przodu, choc momentami nic nie bylo widac na pare metrow, fale zaczely nami kolysac a z dziurawego dachu lala sie na nas woda.  Woda pod nami, nad nami i wokolo nas. Nasz "Czas apokalipsy" zakonczyl sie na granicznym posterunku. W strugach deszczu waska chybotliwa kladka z plecakami przeskoczylismy do wybudowanego na wodzie posterunku, gdzieprzeczekalismy monsunowy deszcz i  dostalismy kolejna wlepke do paszportu. Tym razem: KINGDOM OF CAMBODIA. Kambodzanska lodka powiozla nas dalej w gore rzeki. Brzegi bardziej dzikie, w wioskach przy brzegach stada bialych garbatych krow ktorych w Wietnamie nie widzielismy. Tu wystepuja masowo. Wystepuja w tradycyjnym krowim repertuarze mucza, patrza swymi wielkimi krowymi oczami i produkuja opal na chlodne dni. Nad dzungla zloca sie wiezyczki buddyjskich swiatyn.

ahoj
Jonasz i Romek  z misiami niedoszlymi pociskami

Sajgon, 14 września

Jadac do danego kraju zawsze solidnie sie przygotowujemy, zawsze zbieramy powaznie informacje na jego temat. Nie inaczej bylo z Wietamem. Przed laty bedac w stolicy, stolicy Polski, Warszawie.
Zdarzylo mi sie zglodniec. Zreszta w niejednej stolicy to mi sie przydazylo. Wraz z kolega Piotrem (tym samym co na nasze wycieczki dostarcza nam przeterminowne slodycze) udalismy sie do najwiekszego "wietnamczyka" w stolicy mieszczacego sie na pl.Zbawiciela.
Spodziewalismy sie po "wietnamczyku" zaspokojenia naszego glodu.
Niezawiedlismy sie, choc bar okazal sie nieczynny tego dnia, choc byl czynny tzn drzwi byly otwarte znaczy niezamkniete. Stoly zamiast dzwigac talerze z potrawami uginaly sie pod kartonami z ktorych to byli kelnerzy i byle kelnerki wyciagaly i rozwijaly ze slomy i umieszczli na scianach dziela sztuki. Dziela pozornie wygladaly jak ze straganu z pamiatkami w nadmorskiej miejscowosci, ale nasze fachowe oko rozpoznalo ze pochodza z wietnamskiej hurtowni dziel sztuki. Do dzis zachodzace slonce na obrazie wietnamskiego pejzarzysty nie zaszlo w mej pamieci, do dzis serce zywiej bije gdy przypomne sobie dziwczyne przy studni pieknie slomkami wyklejona na makatce. Wernisaz.
Trafilismy na wernsiaz wietnamskiej sztuki. I pomimo ze wietnamczycy sa nie wysocy trzeba ich podziwiac za sztuke wysoka. Krotkie nasze wyjasnienie "ze robie w kultrze, a kolega w sztuce", pozwolilo nam wziazc udzial w tym donioslm wydarzeniu. Kultularnie zajelismy miejsce blisko bufetu. Tu nalezy podkreslic ze Wietnamczycy o kulture dbaja.
Czym dali wyraz z nieprzebrana iloscia nasmazonych sajgonek i dzbanami piwa. Jako ze jestesmy kulinarni tzn kulturalni, nie moglismy zasmucic tak kulturalnych gospodarzy i aktywnie wzielismy udzial w wernisazu.
Byc moze nawet bylismy najaktywniejsi i najkulturalniejsi. Nie wszyscy sa jednak tak kultularni i nie potrafia sie zachowac, i gdy tak kultularnie spedzalismy czas jakis niekultularny typ z ministerstwa kultury zaczol nam przeszkadzac i do mikrofonu zaczol sie zwierzac:
"ze on, ze on zawsze, ze on ceni, ze go taka szuka zawsze". Na szczescie po nim mikrofon przejol ambasador i w krotkich slowach uspokojil nas ze" na ostatim zjezdzie partia potwierdzila wazna zadania artysty w naszym kraju".  Bardzo. Badzo mi sie ten kraj sie spodobal.
Drugi  kontakt z Wietnamem to gdy pobieralem lekcje wietnamskiego.
W Szczecinie znajduje sie budka w ktorej sprzedaje sie wegetarianskie jedzenie. W budce pracuje Pani. Pani pochodzi z Wietnamu.
-Danie dnia poprosze.
-Baldzodobla. Baldzodobla. - po dluzej chwili dodaje- Co podac?

-Jest zupa curry?
-Baldzodobla
-To poprosze
-Nie ma.

-Ile place
-Baldzodobla.
Tak nauczylem sie wietnamskiego. Jeszcze nie do konca wiem kiedy ktos oznajmia a kiedy pyta Czy pytanie to jest gdy ktos mowi:"Baldzodobla", czy bardziej "Baldzodobla"

Tak wiele wiedzac o Wietnamie i doskonale znajac jezyk znalezlismy sie ...gdzie? W Wietnamie? Baldzodobla!
Wietnam przejechalismy z gory na dol. Oczywiscie stopem. Jako ze samochodow jest tu nie wiele,zwlaszcza na polnocy (od chinskej granicy do Hanoi)szlo nam kiepsko. Ale pozniej coraz lepiej dawalismy sobie rad. Wiekszosc miejsca na drogach zajmuja motory. I motory zajmuja sie praktycznie wszystkim. Sluza za taksowki ktrore podobno nazywa sie "przytul sie", jako ciezarwki, mozna przewiezc beczki, drabine, stado kaczkek, palme, wielkie bryly lodu, drzwi, bele mterialu, wielodzietna rodzine, trzy swinie, slyszano o takich co nawet przewozili tescowa.
Motor sluzy do randkowania. Tak wiec jadac rozklekotanymi ciezarowkami, mazylo nam sie pomknac na takim motorku. I jak mowi ludowa madrosc:"Mazysz i masz" Gdy wedrowalismy przez niewielka miejscowosc zatrzymal sie mloda Wietnamka i zaproponowala ze podwiezie nas do glownej drogi. Dziewczyno nie dasz mi rady -mysle sobie. Ale odpedzac niemam sumienia skoro dziewczyna chce tak pomoc. Po chwili zatrzymal sie pomocny dziadek. I gdy pomocni naradzali sie gdzie nas zawiesc, ja staralem sie przypomniec jak nazywaly sie te motorowe taksowki. Czy to bylo "chwyc mnie mocno" czy "nie puszczczaj sie mnie". E, z taka kierowczynia, na pewno sobie poradze. Zakladam plecak by zajac miejsce, a tu...  miejsce moje juz zajete. Jonasz wepchal sie. Probuje tlumaczyc ze bezpieczniej jak pojedzie z kims starszym, bardziej statecznym, bardziej doswiadczonym. Tato nie jestem taki maly, dam sobie rade. "Ale moje miejsce...?!"

Gdy minelismy Hanoi, przypomnielisy sobie ze wyjezdzajac ze Szczecina naskrobalismy na kartce: HANOI. Co musielsmy natlumaczyc sie gdzie ta Hanoia jest, i z powodu iz od tlumaczenia rozbolaly nas jezory, za Lublinem umiescilismy owa kartke w smietniku. Ale skoro zobaczylismy naznaku drogowym taki sam napis jaki widnil na naszej s.p. kartce, zapragnelismy uczcic ten piekny zbieg okolicznosci. Wygrzebalismy ostatnie przeterminowane slodycze i udalismy sie nad poludniowochinskie morze, by w egzoticznych okolicznosciach swietowac.
Okolicznosci wydawaly sie sprzyjajace. Smutek tropikow czyli opuszczona powkacyjna nadmorska wioska. Opustoszale restaracje z dziurawymi slomianymi dachami, w ktorych poskladane w wieze plastikowe meble szykowly sie do zimowego odpocznku, piekna won oleju do smazenia ryb, a z tym jak juz starozytni zauwazyli ze im starszy tym lepszy. To sfora psow popedzi, to tlusty szczur przebiegnie. Jakas zablokana para w blasku ksiezyca smutno rozmawia. Ona lzy w oczach, bo albo on ja, albo ona jego zostawiala (jeszcze tak dobrze nieznam wietnamskiego)i tak jej bylo smutno. On zdaje sie powtarzal:Baldzodobla. Wydawalo sie ze lepszych okolicznosci do uroczystego spozycia nie znajdziemy. Juz zupka chinska dymi, juz napoje nabyte, juz zaczynamy szelescic papierkami od slodyczy... a tu sfora burkow wokol nas taniec z ujadaniem rozpoczela. Juz burki przegnane, juz gratuacje sobie zlozylismy, juz reka siega do plecaka... a tu mlodziez po lekcje angielskiego przyszla. GOOD BYE na pierwsza lekcje wystarczy, nie wolno przesadzac z iloscia materialu, bo uczniowie moga sie zniechecic. Wreszcie sami, zaraz imprezke zaczniemy, wreszczie beda wytsknione slodycze... a tu pan, pan co po nocy spac niemoze, pogadalby sobie, zaprzyjaznil by sie. Blagam, nie dzisiaj, przyjdz jutro, jutro slyszysz! Jutro sie pobawimy. Dzis chcemy byc sami, jeden raz, ten jeden raz. Wiesz, zrozum jestesmy zmeczeni, w ciagu ostatnich paru dni zrobilismy pare kilometrow. Prosze! Nic nie pomaga. Dobra Jachu, udajemy ze go niema. Tubylec tak pragnol zaprzyjaznic sie z nami ze kucnol przy nas i caly czas nawija. W koncu gdy popiul z jego papierosa wpadl do zupy niewytrzymuje, biore pragnacego przyjazni za ramie i odprowadzam pare metrow dalej. W nim pragnienie bylo jednak tak ogrone ze zaraz powrocil. Wiec pomylalem ze zle akcetuje, wiec mocnieszy akcent polozylem na jego ramie. Ale pomio akcentowania mocniejszego facet w kolko powracal. Do cholery, to jakis bumerang.
Czy mysmy sie nie rozpedzili i do Australi nie dojechli, ciekawe jak my stad teraz wrocimy. Jonasz widzac jak przyjaciel podskakuje za kazdym razem gdy go wyprowadzam, podskakuje i krzyczy: Tato, Tato zrob jak Obeliks z rzymianami! Naryswalem na ziemi kreche i wytumaczylem mu ze nie wolno mu jej przekroczyc.  I tak uczcilismy nasze dotarcie do Wietnamu. Romanticznie i egzoticznie. Z rozlanym piwem (podczas wyprowadzaniem przyjaciela) ujadajacymi psami, przygladajcemu sie nam za kreski przyjacielowi( caly czas musialem go pilnowac, bo wkazywal stala aktywnosc do zlamania granicy) iz kasajcymi komarami. Warto bylo tyle jechac niwiadomopoco.

Sajgon, 13 września

Nie tylko rozklekotane ciezarowk, wytrzasajace brzuszyska na wybojistych drogach, nie tylko pyl i kurz oblepiajacy cialo w upalym sloncu w ktorym brak kawalka cienia, plecaki wbijajace sie w spalone ramiona, rozwalajacy glowe ryk motrowch klaksonow. Nie tylko marzenia o zjedzeniu kawalka chleba z serem. Nie tylko. Wycieczka to nie tylko ciezkie chwile.  Czasmi mozna trafic do .... "Niebo" mruczal Jonasz wypchanymi ustami. Dom Renaty, Macieja, Oli i Szymona. Polski (a nawet szczecinski)dom na koncu swiata, a nawet w Sajgonie. To tu poczulismy przedsmak nieba. Kakalo, swieza buleczka (to ona wypychala buzie
Jonasza) z serem, jajecznica na masle. I wygodne spanko.  Kawalek nieba miesci sie w Sajgonie.

Chyba jestem wstrentnym materialista, bo od razu lepiej sie czuje!
powiedzial Jonasz gdy zobczyl pierwszy list  z deklaracja wplaty na na nasz bilet do domu.
Siedem osob zglosilo sie na nasz apel, dwie juz nawet wplacily.
Wiekszosc to te same osoby, co w latach ubieglych.

Szanowni Panstwo! Wielebne grono sledzacych niewidomopoco  wycieczke nasza. Wspoltowarzysze podrozy.
Zmuszeni jestesmy, jeszcze raz was poprosic o aktywniejszy udzial w naszej wycieczce i odjecie sobie od ust dwoch, no moze trzech piw i wybranie sie do najblizszego odzialu citibanku. Szczegolnie na taka wycieczke namawiamy tych ktorzy jeszcze tam nie byli. Kazda kwota (okolo trzysta osob odbiera nasze listy) nawet najmniejsza jest wazna.
Co roku slyszymy:"Chcialam/em wplacic, ale myslalem/am ze wy jeszcze jestescie w drodze i jeszcze zdaze, ale w takim razie zapraszam na piwko." Jest okazja zeby przelac to piwko teraz, czyli wziazc udzial w zrzucie NIEWIAOMOPOCO.

Mama Jonasza niewiezac w mozliwosc powrotu lotniczego zrozpaczona
wzywa: "wracajcie ladem!".  Jonasz: "Do Australi mamy juz calkiem blisko." Powrot ladem zajela by ze trzy tygodnie (najdluzej wyrobiene
wiz) wiec ze wzgledu na slabe poczucie humoru szkoly, raczej odpada.
Pojutrze ruszamy z Sajgonu. Przez Kambodze do Bankoku.

Lao cai, 6 września

No to my sa juz w Wietnamie. Wlasnie przekroczylismy granice, i rozpoczynamy nasza droge na poludnie do Sajgonu.

Trzy osoby zadeklarowaly chec dorzucenia sie do biletu. Agnieszka Tomaszewska jakis czas temu juz wsparla nasza wycieczke. Dopiero teraz doszla do nas ta informacja. Dziekujemy.

Im bardziej jedziemy na poludnie tym wszelkie robaki i te biegajace i latajace i pelzajace. Sa coraz wieksze. Jonasz uwaza ze wszystkie komary i muchy specjalnie sie naniego uwziely, stale podskakuje i wywija konczynami i pokrzykuje:"aj aj". Miejscowi biora to za tance i z uznaniem kiwaja glowami i bija brawo. Postanowilismy ze niepojedziemy na Anktartyde. Tam na calkowitym poludniu, insekty maja napewno monstrualne wielkosci. Ale moze to by byla frajda zdzielic w lep takiego komara wielkosci krowy? Jeszcze pomyslimy. Tylko skad zalatwic taka wielka gazete? Roztanczony Jonasz i Romek z podrozy.

Kunming, 4 września

Jonasz jeszcze spi, (i niestety moze przespac caly dzien) ja niestety ze zmeczenia nie pospalem i wybralem sie na spacer. Na placu przed hotelem manewry. Armia staruszkow szykuje sie do wojny. Przy muzyce z przenosnego magnetofonu pod przywodctwem starszego ranga staruszka walczy z jakims niewidzialnym wrogiem. Wywijaja konczynami, robia uniki, zadaja ciosy. Po pewnym czasie wrog musial zatakowac wieksza sila, bo staruszkowie siegneli po orez. Mieczo szpady z uwiazanymi u rekojesici czerwonymi szarfami, groznie polyskuja i tna powietrze. O Pani w drugim szeregu, za szybko i nierowno wywija. Prosze trzymac tempo z reszta odzialu. A Pan czemu sie tak kolysze na jednej nodze, zaraz sie Pan wywroci. Proszem Pana! Niech Pan uwaza, zaraz oko sobie Pan wybije. Ostatnie dni wymagaja troszke dluzszego opisu. Nie mamy sily i czasu. Najwyzej po powrocie umiescimy maly opis.

Dzis tylko wspomne o jednej z trudnosci. Wiadomo trzeba sie jakos dogadac. Kierowcom zdarza sie wpasc na pomysl zadzwonic do kogos, o kim mysla ze mowi po angielsku. Zwykle po glosie rozpoznaje mlode ladne dziewczyny. Pewnie kiedys na randce powiedzily ze znaja angielski i teraz kierowca chce je wykorzystac. Po dwoch grzecznosciowych zdaniach piekne chinki przechodza na chinski. Czasami przetykaja angielskie slowa z chinskimi. Zadaje pytanie dokad jedzie kierowca. Zaczynaja grzecznosciowe formulki od poczatku. Nie wylaczony silnik halasuje. Do kierowcy podchodzi jakis przechodzien i gadaja krzyczac do siebie. Piekna tlumaczka pieknie sie powtarza. Prosze Jonasza zeby pomogl, ale ten sie hichra. Konczymy rozmowe, pdaje telefon kierowcy, ten chwile cos tlumaczy tlumaczce i znow dostaje telefon. Powtarzamy te same zwroty, coraz glosnie, nie to nie jest zdenerwowanie, wogole nie jestem zdenerwowany, jestem spokojny. Jeszcze nigdy misie tak milo nierozmawialo z tak mila dziewczyna. Chyba poprosze ja o numer telefonu. Gdy wylapuje slowa ktore rozumiem i maga cos wyjasnic "yyy drajwer..." pada cos co daje wiele mozliwosci interpretacji. Cos co moze byc " tu auers"(przypomina to cos dwie godziny), lub "drajwer tauer"(kierowca wieza?). Jonasz krzyczy;"Power! na pewno chodzi jej o: power." I bez tego wiem ze kierowca ma power. Po namysle Jonasz dodaje; "Nie to bardziej brzmi na : Kramer. Kierowca to Kramer i zbiegl z wiezienia." Bardzo smieszne - Jonasz dostaje w ucho. nastepnym razem Ty rozmawisz. Teraz jak Chinczyk wyciaga telefon od razu uciekam z krzykiem. Ale Jonasz tez niema latwo. Stale dostaje ciastka i bulki (takie dmuchane plastikowe) nie moze juz nanie patrzec. Nie wiadomo co z nimi robic. Do jedzenia sie nie nadaja, przynajmniej nie w takich ilosciach. Gdy dostaje kolejne bulki, ze lzami w oczach, cedzi przez zeby blagalnie: "ZIEMNIAKA!!!".

Czas goni nas nieublaganie. Wlasciwie go nie mamy. Kasy zostalo na jakies dwa dni zycia w miescie. Jutro gnamy dalej, jesli Jonasz sie obudzi. Szkoda nam troche. Bo pomimo ze na wiejskich drogach ktore pomylilismi, bylo ciezko bylo tez niesamowicie. Pobladzilibysmy sobie jeszcze troche, ale Mama niepozwala i grozi nam szkola. Szkoda, mamy nadzieje pomylic w zyciu jeszcze nie jedna droge, jeszcze troche pobladzic i ladnie sie zgubic. Czego i wam zyczymy.

Jak tu teraz wrocic. Po naradach stwierdzilismy ze trzeba dostac sie jak najszybciej tam gdzie sa najtansze bilety lotnicze w okolicy czyli do Bankoku. Gnamy przez Wietnam( maly przystanek w Sajgonie) wiza wietnamska konczy sie nam 16 tego. Dalej przez Kambodze (wize mozna dostac na granicy), planujemy Kambodze przeskoczyc w 3 dni. I Tajlandia. W zwiazku z tempem jakie musimy sobie narzucac i brakiem kasy by wjezdzac do miast, cos wiecej bedziemy mogli napisac w Sajgonie. Czasami na jakiejs stacji benzynowej znajdujemy internet to bedziemy podawac gdzie jestesmy.

Nadszla chwila gdy musimy poprosic was o pomoc w zakupie biletu. Tak jak w ubieglych latach robimy zrzutke. Jesli ktos moze, jesli ktos sie deklarowal to juz pomalu mozna. Moze nie koniecznie dzis wplacajcie, lecz jesli ktos moze to niech napisze mejla. A moze znalazlby sie sponsor na bilety z Wietnamu? My do jutra (wasza piata rano) bedziemy miec dostep do internetu. Z gory za wszelka pomoc: sje sje (jak widzicie w chinskim robie ogromne postepy)! Jonasz i Romek cudownie zagubieni z misiami

Kunming, 3 września

Niewiadomoniewiadomopoco masz swoje niewiwiadomopoco krzyczal Jonasz. Zdarzalo sie uslyszec nam blyskotliwe pytania typu : Co jedliscie najlepszego? Ktory kraj byl najfajniejszy? Co wam najbardziej sie podobalo? Jesli ktos prowadzi rankingi, to moze sobie umiescic w nich w rubryce najciezych dni; te nasze ostatnie. Ale niezalujemy. W skrocie: pomylilismy drogi i jechalismy taka prowincja, niemam sily pisac.

Dotarlismy do Kunmingu. Jedniodniowy odpoczynek i gnamy dalej. "Malo czasu.Kruca bomba" Sproboje jutro cos skrobnac.

Lanzhou, 28 sierpnia

Kaszgar pare tygodni po zamieszkach z jednej stony sprawia wrazenia spokojnego i milego dla przybyszow miasta. Z drugiej strony wojsko i policja na ulicach, internet i telefony miedzynarodowe calkowicie odciete, podobno maja wlaczyc w pazdzierniku. Mozna dzwonic po kraju wiec sobie podzwonilismy. Do polskiej ambasady w Pekinie. Bardzo mila pani konsul Blanka Golebiowska obiecala zadzwonic do mamy i chlopakow ze strony podroznik.szczecin.pl i powiadomic o naszych planach, jednoczesnie wypytala o sytuacje w Turkiestanie. Dziesiecio osobowe patrole wojska w helmach, maskach z tarczami i pelnym uzbrojeniu maszeruja ulicami. Przy probie robienia zdjec zaraz je kasuja. Ulicami jezdza w kolumnach po trzy okratowane ciezarowki pelne wojska z wymierzonymi karabinami, jednoczesnie udekorowane czerwonymi transparentami z podnioslymi napisami po chinsku i ujgursku (arabskim alfabetem). Jadac autobusem za miasto co pare kilometrow autobus jest zatrzymywany i ujgurscy mezczyzni musza wychodzic do kontroli, hanowie zwykle sa niesprawdzani. Szczegolnie niemily widok sprawil patrol zlozony z mlodziencow okolo szesnastoletnich (ochotnikow?) w niekompletnym umundurowaniu i z bejzbolami lub kijami zamiast broni.
Oczywiscie sami hanowie. Turystow w miesie spotkalismy paru i nawet zadnych Pakistanczykow, ktorzy zwykle tlumnie nawiedzaja to miasto z racji niewielkiej odleglosci od granicy i mozliwosci uzywania tego czego uzyc u siebie niemoga. Przemili Ujgurowie i sympatyczni Hanowie zyja kolo siebie. Raz przydazylo mi sie w budkach z chinskim jedzeniem zapytac o makaron ujgurskim zwrotem, kucharz i klienci zaczeli pokazywac z okrzykami oburzenia w strone starego miasta gdzie zyja Ujgurowie. Stare miasto pomalu zanika. Chinczycy buduja i buduja.
Rozbieraja i buduja nowe celowo, czy dlatego ze tak po prostu maja i podobnie buduja sie w calych Chinach? Znikaja stare mury. Zostaly juz tylko dwa kawalki. Inne mielismy wybrazenie murow obronnych. Wielkie sa i szerokie rzeczywiscie. Ale jakie one tam murowane. Tak jak wiekszosc budowli w tym regionie ulepione sa po prostu z gliny niewypalonej. Regionalne zabytki sprawiaja zmartwienie archeologom, za to radosc ekologom, gdyz po latach nie zostaje po nich zaden slad.
Widzac wiele krajow muzulmanskich nadziwic sie niemoglismy wyemacypowaniu Ujgurek. Samodzielnie przemierzaja miasto motorami, prowadza taksowki, ryksze i wozki ciagniete przez osiolki smiele okladajac je rozga.

Na dzisiaj to koniec. Niedajemy rady. Jonasz chce spac, i ja tez. Dzis caly dzien lal deszcz. O zgrozo. Jesli jutro tak bedzie to niewiadomo co mamy robic. Jesli bedzie pogoda to ruszamy. By nadrobic stracony czas i niewydawac kasy ktorej juz nie mamy postaramy sie zatrzymac dopiero w Wietnamie.Trasa przednami znacznie krotsza, ale moze byc trudniejsza bo przez gesto zaludnione rejony i co chwila jakies wieksze miasta. Poprzednia noc w hotelu niewyspalismy sie specjalnie.
Jonasz wszedl do lozka i powiedzial: Ale tu wygodnie, nie zasne, chyba wezme spiwor i pojde na ulice.

Tu w Lanzhu tez sa muzulmanie tylko nie Ujgurowie tylko rdzenni Chinczycy, jeszcze jedna paromilionowa mniejszosc.

Lanzhou, 28 sierpnia

Jesli myslicie ze sie obijalismy przez ostatnie dni, to sie mylicie.
Grubo sie mylicie.
Ale od poczatku, jesli sil mi starczy.
Cofnijmy sie o pare dni.
Turugart. Przymusowy odpoczynek na przejsciu granicznym. Szutrowa droga. koszary, budka wartownicza, szlaban, stacja meterologiczna, budynek firmy budujacej droge, dwie budy zwane hotelikami a w nich
sklep- jeden pokoj zamykany na klucz przez pania sklepowa, pare budynkow w trakcie rozbiorki, po jednej stronie drogi wysokie gory, po drugiej dolina z wijaca sie rzeczka, pasacymi sie oslami i owcami i w oddali stojace jurty. W takim to miejscu ladnym nas zatrzymano. Tzn.
pozwolono nam chodzic po calej wiosce i na wycieczki nad rzeczke na ktorej to z Jonaszem postawilismy tame. Wracajac do rzeczy. Sobota.
Szykujemy sniadanie. Juz mamy wrzatkiem potraktowac chinska zupke. Gdy do stolowego w hoteliku wpadaja nasi pogranicznicy. Z entuzjazmem cos wykrzykuja. Wyraznie slysze "meryd", ale pewnie znow mi sie cos wydaje, tyle razy juz myslalem ze rozumiem jakies slowo a potem okazywalo sie ze o calkiem co innego chodzilo. A moze chodzi im oto ze mnie wypuszcza jak slub wezme z corka wodza.  Przypominalem sobie ze w szkole mowili o tego typu praktykach w innej czesci swiata, a nie Chinach ludowych. Jonasz jednak tez uslyszal to slowo. Mowie mu ze na pewno cos przekrecili. Na co on wziol jednego wojaka pod reke i przytulil sie do niego jak panna mloda do pana mlodego na slubnym zdjeciu. Yes! Yes! ucieszyli sie wojacy i nie dajac nam zjesc sniadania zabrali nas ze soba.  Jak sie okazalo byla to grupa ni mniej ni wiecej tylko stawiajaca brame. Zabrali sie za to bardzo profesjonalnie, gdyz wykorzystali do tego graniczny szlaban przed ktory wytachali jakies ciezkie, obdrapane biurko, na ktorym postawili dwa kieliszki zwiazane ze soba czerwona tasemka, po czym napelnili je wodka. Tzn. kieliszki napelnili, szkoda ze nie biurko. Po jakims czasie na drodze od stron Chin zaczelo sie jakies zamieszanie. Po chwili rozpoznalismy orszak weselny.  W towarzystwie cywilow i wojskowych, czterech lokalnych lowiczanek, druzby(druzba w kirgiskim
kolpaku- co swiadczylo ze to integracyjna impreza hanow i tubylcow) i dwoch akordeonistow w akompaniamecie wrzaskow i huku petard zblizala sie do nas para mloda. Para mloda posadzona na parze rumakow, ktorym to nieposkopiono ozdob. Szczegulnie slicznie wygladala wielka czerwona kokarda za ktora chowal sie caly konski leb. Para mloda skladala sie z panny mlodej ktora byla drobna (jak na chinke przystalo) chinka i pana mlodego oficera dzielnego. Gdy zblizyli sie na odleglosc z ktorej wyraznie bylo widac dume na konskich pyskach jakby to one byly bohaterami dzisiejszej uroczystosci, a z ich pyskow wyraznie dalo sie poczuc owies,  nasi "bramkarze" zwarli szeregi. Z orszaku  wystapilo dwoch obwiazanych w pasie czerwonymi szarfami mistrzow ceremoni.
Grubszy w polowym mundurze i cienszy w wyjsciowym. Ten w wyjsciowym jak sie puzniej okaze byl bardziej wyjsciowy. Chwila pogawedki miedzy orszakiem a bramkarzami, oczywiscie po chinsku, czyli pokrzykiwania.
Przepasani szarfami czestuja wodeczka i rozdaja czrwone torebeczki ze slodyczami. Rozdaja? Rzucaja, a tlumek rozpycha sie by je zdobyc. Para mloda wychyla z obwiazanych kieliszkow wodeczke i wydawlo sie ze orszak ruszy dalej. Ale nie rusza. Brama zamknieta. Grubszy w szarfie drze sie niemilosiernie, mlodzi miny maja niewyrazne, "kon do taktu zamiata ogonem", orszak rusza, "bramka" na nich, grubszy rozdaje razy konkretnie, sa pierwsi poturbowani. Glowny atak skoncentrowal sie na biurku stojacym przed szlabanem. Po chwili biurko wywalone zostalo, a zniego na droge wysypaly sie jakies papierzyska i smieci. Korzystajac z zamieszania przeprowadzono bokiem konie na ktorych spoczywala para mloda. Jednak nie dano im tak dlugo siedziec. Sciagnieto ich z tych koni. A panne wsadzono na pana. Pan do osilkow nienalezal, wiec gdy panna go dosiadla wykrzywil sie okrutnie(chyba niezaczol zalowac swojej decyzji?-niektorym przychodzi to nadzwyczaj wczesnie), ruszyl krokiem kaczki z panna na plecach. Grubszy juz piesci niezalowal i rozdawl razy, na lewo i prawo, a koniki obdarowal siarczystym kopniakiem. Scenami batalistycznymi weselnicy sie jeszcze nienasycili, i gdy mlody pan dotachal pania mloda pod brame, tym razem brame koszar, rowniez zamknieta. Duch bojowy wszedl w serca narodu i bojka stala sie bojka powszechna. Przyznam ze i mnie dotknela ochota poklepania kogos, tylko nieznajomosc regul wyboru kandydata na klepanego powstrzymala mnie od aktywnego weselenia sie. Jonasz zaobserwowal ze najbardziej poszkodowany byl akordeonista, ktorym zajol sie juz nam dobrze znany grubszy. Mnie wydawalo sie ze to pan mlody najbardziej cierpi, bo pod panna mloda miny takie robil jak by to na niego wszystkie razy spadaly. Wszystko co dobre sie kiedys konczy i brama puscila. Dziedziniec koszar wyscielony czerwonym dywanem, po obu stronach trzy rzedy law. W pierwszych rzedach siadaja warzniejsi, w dalszych mniej warzni. Na lawach poukladane papierosy(luzem, bez paczek), cukierki, pestki slonecznika, orzeszki.
Dwa pierwsze rzedy ladnie na talerzykach, trzeci jeszcze ladniej wprost na lawie. Ktos chce nas usunac z uroczystosci. Ale ten wyjsciowy w wyjsciowym mundurze pozwala nam zostac i wskazuje nam miejsce w drugim rzedzie. I tak zostalem drugorzednym Romkiem, choc uwazam ze Jonasz jest pierwszorzedny. Po tym wszystkim postawiono mlodych na srodku i zaczely sie przemowienia wszystkich waznych. Bylo to ten sam stopien atrakcyjnosci co powitania biskupa ktory odwiedzil parafie. Gdy juz zanudzono wszystkich skutecznie przemowami, a pestki slonecznika i papierki od cukierkow utworzyly nowa warstwe kobierca.
Nowozency wsiedli w samochod i odjechali w swoje szczescie. Szczesc Boze Mlodej Parze. My jeszcze poszarpalismy sie z durnymwojskowym ktory zapragnol chronic tajemnic militarnych przez wykasowanie naszych weselnych zdjec. Na szczescie robiac zdjecia, skonczyla sie karta i ogladal tylko ta nowa, a i na tej niezauwazyl filmu. Niestety to jest ta karta z ktorej znikly zdjecia.

Gospodarz hoteliku mlody Kirgiz karmil nas i pojil niechcac za to pieniedzy. A ze w stolowym znajdowal sie rowniez telewizor, czesto rowniez znajdowal sie tam Jonasz. Bogata propozycja programowa budzila obawe ze Jonasz zapragnie zostac w tym pieknym miejscu na dluzej.
Regionalna TV nadawala programy po ujgursku z chinskimi napisami(glownie folklorystyczne programy), jednak Jacha najbardziej zainteresowaly reklamy i film slawiacy mlodych  chinskich komunistow w ciezkich wojennych czasach. Film ten nie tylko poruszyl Jonasza. Obok niego siedzialy trzy miejscowe panie w chustach ktore przyszy na telewizje. I gdy serialowy bohater pokonal pieciu naraz burzuazyjnych oprychuw okrzyki podziwu rozeszly sie po izbie, a jek zalu gdy bohater zdradziecko zostal zamordowany. Po serialu jakis krewny gospodarza dopadl pilota i zaczol uprawiac skoki po kanalach. Jonasz mu pozazdroscil i gdy pilot spoczolna na chwile na stole, sprawnie go przejol i sam zaczol skakac niegorzej niz poprzednik. I tak do obiadu, pilot przechodzil z rak do rak. Na stole pojawila sie potrawa ni to zupa ni niezupa. Danie jednogarkowe, z miesem makaronem i ziemniakami.
Gdy rodzina i znajomi gospodarza zaczela jesc;"Jestescie u Cioci Krysi! Wszyscy!" wykrzyknol Jonasz. Ciocia Krysia dba by Jonasz podczas jedzenia niezbyt paszcza halasowal. Nasi wspolbiesiadnicy siorbali i mlaskali koncertowo, jak to maja w zwyczaju mieszkancy tej czesci swiata.
Nastepnego poranka ze stolowego dolatywal zapach. Troche slodki troche cos przypalonego. Na piecyku opalanym smieciami, patykami i czym sie tylko da, w garze bulgotala bialoprzezroczysta papka. Nalano nam do miseczek. Pierwszy raz nam tu cos tak bardzo smakowalo. Lekko slodka papke wyczyscilismy dokonca. Po uczcie gospodarz widzac nasze uznanie pokazal nam skladniki; barania slonine i make. I tak poznalismy nowo regionalna potrawe szala mat.

W poniedzialek na granicy zaczal sie ruch. Ujgurski autobus przez dwie godziny byl rewidowany. Ale tez pojawily sie busy z turystami.
Rozpoczelismy negocjacje z chinskimi pilotami. Niektorzy zolnierze bardzo utrudniali chcac bysmy dzwonili do Kaszgaru po nowa firme, lub nie chcieli bysmy sie targowali z firma turystyczna. I tak w koncu stanelo na 60 E i po godzinie jazdy dojechalismy na wlasciwe przejcie graniczne, apotem do Kaszgaru. Ale to juz inna historia.

27 sierpnia
Jestesmy potwornie wykonczeni, ale udalo sie. udalo sie przejechac przez kawal Chin autostopem wyrwac z granicy kirgizko chinskiej tak jak pisalem w calej krainie ujgorow jest wylaczony internet i miedzynarodowe telefony, wojsko na ulicach, po prostu stan wojenny. sprobowalismy dostac sie do Tybetu. niestety wpadlismy na posterunku dzien drogi od Kaszgaru. Poczatkowo zalamka. Przeliczylismy ze mam 60 euro, i ze to ledwo starczy na dojazd pociagami do granicy z Wietnamem. Do tej pory wszyscy uwazali ze w Chinach autostop nie dziala. I nam tak to sie udzielilo.Postanowilismy jechac pociagami dokad sie da. Pierwszy etap tylko Urumczi, tylko trzydziesci pare godzin jazdy. Na dworcu okazalo sie ze bilety mozna kupic na pociag za dwa dni. Idziemy na stopa- zadecydowal Jonasz. Ku mojemu zdziwieniu bo wczesniej preferowal pociag. I tak po paru ciezkich dniach i jednoczesnie niesamowitych dotarlismy do Lanzhou.Dokladnie kierowca wysadzil nas przy tej kafejce. Pewnie jedna noc odpoczniemy i jutro ruszamy dalej. Z tad juz prosto na poludnie i tylko jakies 1500 km. Trwa narda czy pociagiem czy stopem. Jonasz boji sie o koncowke kasy i woli jechac stopem. Ja boje sie ze Jonasz jest za bardzo zmeczony i wole dla niego pociag, a przeciez w chinskich pociagach (typu twarde siedzenie) tez jest wesolo. Mama Jonasza kaze nam wracac. Jedynym rozwiazaniem z powrotem jest chyba napieranie do przodu przez Wietnam i Kambodze do Tajlandii, gdzie sa tansze bilety do Europy. Wyglada na to ze pewnie bedziemy tak jak w Japoni dwa lata temu prosic was o pomoc w zakupie biletu, czyli o jakas mala zrzutke. Realnie mozemy byc gdzoes kolo 16 wrzesnia w ojczyznie. dzieki za podanie nawigacj w Tybecie niestety , tym razem nie wyszlo. Jest coraz wiecej propozycji do listy przebojow. Jak sie domyslacie mamy wiele do opisania. Niewiem kiedy to wszystko opowiemy. Scigamy sie z czasem i przestrzenia. Moze dzis wieczorem. Napewno damy znac co do dalszej trasy. Dostajemy prosby z dolaczeniem nowych adresow do listy wysylkowej. pszepraszamy, ale nie damy rady, kazdy adres to pare minut siedzenia przy kompie, cos sie krzaczy. Dzis rano spotkalo nas nieszczescie. Wyglada na to ze stracilismy zdjecia i filmy od przeleczy Turugardzkiej do dzis. Przegladajac zdjecia nagle nam nam zaczol pojawiac sie komunikat ze sa niezidentykowane, i po chwili wszystko znikly.Albo aparat, albo karta. Pamietajac podobna historie w Mongolii, nic z nia nierobilismy moze w Polsce cos sieodzyska. Bardzo boli bo byly tam zdjecia ukryte przed policja z przeleczy Turugardzkiej i robione z ukrycia zdjecia wojska na ulicach Kaszgaru. Idziemy cos zjesc, odpoczac i i zastanowic sie co dalej. Wczoraj dopadlo nas przerazliwa ochota na zjedzenie czegos normalnego. Jedziemy samochodem i Jonasz wymienia rozne potrawy. "O. Matko Boska" szepnolem skrecajac sie. "Co? Matke Boska bys zjadl?", "Byle nasza polska, czestochowska z ziemniakami w kapuscie. Do wieczora.

Turugart, 17 sierpnia

Korzystajac ze przekabacony pracownik stacji metorologicznej ktory nas wpuscil na kompa gdzies sobie polazl skrobiemy pare wspomnien z Kirgizji.

Odpoczywajac u Czeczena Ismaela niedaleko Biszkieku. Odpoczywalismy czynnie. Odwiedzilismy go na farmie. Akurat trwala akcja zniwna.
Kombajn kosil, a my przesypywalismy owies do stodoly. Podczas aktywnego odpoczynku odwiedzil nas sep. Ismael lubi zwierzeta i trzyma na swej fermie wilka, szakala, sfore psow, a rok temu zakupil sepa, albo orlosepa (padla tez nazwa gryf). Sep nielata, ale tez do milutkich nienalezy. Jonasz zapragnol poznac blizej wielkie ptaszysko.
Wziol kawal kija i malymi kroczkami zblizal sie do niego. Gdy juz byl w odleglosci 2 m sep podniosl glowe, przyjzal sie Jonaszowi i rospostarl skrzydla. Jonasz odwrocil sie, wydal okrzyk i ruszyl przed siebie biegiem, zatrzymal sie dopiero za stodola. Po czym zdaleka wydal oswiadczenie ze sep jest wsciekly i chcial go zamordowac. Ale on sie dzielnie bronil i sep podle stchorzyl. A wogole to walczy nie po rycersku bo z zaskoczenia. I tu rozegrala sie krwawa jadka. Przez godzine Jonasz stal za rogiem stodoly wymachiwal dzielnie kijem i rzucal obelgami i strasznymi grozbami miotal. Polecialy obelgi tak wyrafinowane ze nawet na najdluszej szkolnej przerwie rzadko takie padaja. Sep sie dowiedzial ze kradnie kropki z biedronki i ze oslim sutkiem pachnie(tu klasykiem sztycha zadal- kto wie skad pochodzi ta obelga), ze zostanie oblozony ekskomunika. Jonaszowy jezyk ciol i kul, rezal i strzelal bez pardonu. Wyrwe tobie wszystkie piora, w miazge cie obroce, nawet nieproboj blagac o litosc. Ani chwili nie dawal przeciwnikowi by odetchnol. Jonasz sie nieoszczedzal, dal z siebie wszystko i przez dwa dni mial chrypke. Przeciwnik stanol jak wryty, mestwo i odwaga Jonaszowe sprawilo ze nawet niedrgnol tylko glowe umieszczono na lysej szyji wywijal z przestrach we wszystkich kierunkach. Nikt wczesniej niewidzial tak zasepionego sepa.
Pszestraszony musial pewnie pojsc do weterynarza na psychoterapie. To nie wszyscy poszkodowani w tej potyczce. Robotnicy ktorzy mieli przesypywac owies lezeli ze smiechu. "Jestem Papkin lew polnocy, strzelec djabli, rebacz boski".

Podrozowanie stopem po Kirgizji nalezy do ciekawszych, acz nie najlatwiejszych. Przyjelo sie w tym kraju ze kazdy chce byc taksowkarzem. Wiec gdy tylko zblizamy sie do drogi zaraz zatrzymuja sie samochody, a kierowcy oferuja uslugi transportowe. Na nasze oswiadczenie majatkowe iz pieniedzy nie posiadamy, zwykle sa dwa typy reakcji. Jeden to kierowca ma mine jakby sie smiertelnie obrazil, trzaska drzwiami, i przerazony ucieka. Drugi rodzaj reakcji to "yyyy"
przeciagle, zwykle przechodzoce w "eee" stekajace. Przy czym mine maja jakby dopadlo ich jakies straszne nieszczescie, lub naczyciel wywolal ich nieprzygotowanych do tablicy. Z zalu i obawy by niestala im sie jakowas krzywda od takiego intensywnego myslenia i intesywnego "eee"
zyczymy im milego dnia i zatrzymujemy kolejne samochody.   Trudnosci w stopowaniu nienalezy upatrywac w jakiejs pazernosci kirgizow, jedynie w tym ze nie wyobrazaja sobie ze mozna robic sobie wycieczki bez dienieg w kieszeni. Po za ta taksowkarska przypadloscia naleza do milych i uczynnych ludzi.
Przy drodze, juz w gorach zatrzymywalismy samochody ktore przejezdzaly raz na godzine. W oddali jakas wioska, krowa, dwa barakowozy mieszkalne wokol ktorych krzataja sie ludzie, czasami jakis Kirgiz na koniu przejedzie, a samochodow niema. Po pewnym czasie udrek wyczekiwania jakiejs maszyny jedzie w nasza strone... dwoje malych chlopcow na osiolku. Zatrzymali sie i ze zdumieniem nam sie przyglodaja, my im przygladamy sie.  Dwie umorusane buzki i male swidrujace oczka, reka co chwile musi walczyc z glutami ktore zlosliwie wylatuja z nosa. Pamiatkowe zdjecie podroznikow (nasi jezdzcy to zapewne wielcy podroznicy, wybrali sie na wyprawe do sasiedniej wioski i pewnie nic mamie nie powiedzieli) i juz mieli odjezdzac, gdy krzyknolem: Jonasz! Misie! Predko wyciagaj z plecaka.
Po chwili wielcy -mali podroznicy poklusowali na swym osiolku z dwoma bialymi misiami w reku.  Dlugo to one biale niebeda. Skwitowal Jonasz i wrocilismy do wypatrywania samochodow. Jednak nie bylo nam dane dlugo wypatryawc. Z pobliskiego barakowozu podszedl mezczyzna: Czaj budu pic? Bedziemy. Co tam czaj. W barakowozie pani gospodyni piekla chleb. Piekarnik elektryczny to blaszane pudlo, uruchomiala go laczac dwa kabelki ze soba. I z tego piekarnika wyciagala cieplutkie, pachnace i chrupiace bochenki chleba. Lamalismy wielkie kawalki i maczalismy w dzemie porzeczkowym wlasnej roboty. I co z tego ze samochody nie jezdza, niech se niejezdza.
W koncu jednak przyjechal zil typu wojskowa sanitarka. Drzwi na drut, szyby niekoniecznie wcalosci, obok kierowcy (tam gdzie jest w tego typu samochodach taka wewnetrzna jakby maska gdzie kierowca co chwile ja podnosi i dolewa do silnika jakies plyny) lezy poloczona kablami z radiem kolumna ze starego adepteru. Ladne auto. Gdy zajrzelismy do srodka spodobalo nam sie jeszcze bardziej. Pelno w nim bylo roznych gratow, butelek, baniakow, workow. Wszystko typu: NIEWIADOMOPOCO. No to jak by nam mialo sie nie podobac. Znaczy wdobrym kierunku jedziemy.
Jeszcze tylko strzemienego przed startem "Rosyjskaja marka" z plastikowych kubkow jak do mycia zebow i w droge. Strzemienny bardzo mi sie przydal ( Jonasz byl poszkodowany gdyz jechal bez znieczulenia). Stara ryba zmieszana ze swieza, zgnile owoce, jakis kwas wymienialismy to co trafialo w nasze nozdrza. Delikatny ale wyrazny aromat toffi -zakonczyl wyliczanke Jachu. Samochod okazal sie objazdowym sklepem. Zatrzymywal sie przy jurtach, szofer czytal cos w swojim notesie, po czym wygrzebywal karton pomidorow, wiadro, worek cukru i zanosil do swych odbiorcow. Ciekawe w jaki sposob kliienci skladali zamowienia? Czy to sa te ostatnio modne zakupy przez internet?
W gorach gdy przywialo, konkretny chlodzik nas dotknol. Wyjezdzajac z Ojczyzny zabralismy ze soba czapke typu uszatka, uwazajac ze w Kazachstanie zadamy szyku. Bedac jeszcze w Warszawie u Piotrka zlupilismy mu magazyn ze slodyczami(tradycyjnie przeterminowanymi) i zabralismy mu ..."To moja ulubiona zimowa czapka" zajeczal Piotrek, ale bylo juz za puzno. Posiadlismy dwie wspaniale "kazachskie czapki"
w celu trzymania fasonu, a kto wie i w nadzieji ze moze jakas pieknosc miejscowa zyczliwym okiem na nas spojrzy. Jak przywialo, to przeszla nam ochota na szpanowanie. Szybko wyciagnelismy nasze czapy z plecaka, by jeszcze szybciej wciagnac je na nasz lby. Niestety urodziwych dziewczyn w okolicy niebylo, o zgrozo zadnych dziewczyn w okolicy nie bylo. Tylko owce nam sie dziwnie przygladaly. Na szczescie zaniedlugo do swej jurty zaprosil nas Kirgiz na kumys. Przyznac musze ze kirgiski od mongolskiego jest smaczniejszy bo wedzony. Czy pisalem ze w Kazachstanie wielblodzie mleko pilismy? Ale nie zawiele, bo podobno kto pierwszy raz pije i umiaru niema ten po stepie szybko biega.
Na kirgiskiej granicy dowiedzielismy sie ze chinczycy indywidualnych innostrancow nie puskaja, i ze trzeba nam zalatwiac kosztowna wycieczke w odleglym pare godzin jazdy Narynie, lub objezdzac ponad 1300 km na drugie przejscie. Zalamalismy sie, zwlaszcza Jonasz ktorego przerazala perspektywa lapania stopa przez 1300km w krainie taksowkarzy. W zabranej z Polski gazecie o zmarlym prof. Kolakowskim przeczytalem ze mowil ze "nie ma granic ktore czlowiek by nie przekroczyl, czy nie mogl przekroczyc" nie pamietam dokladnie, cytat z glowy. Niewiem czy o to chodzilo profesorowi, ale zinspirowani zaczelismy przekonywac komendanta by nas puscil.
Ja was moge wypuscic. Zamkne wam wize i powrotu nie macie. Za osiem kilometrow jest chinska granica tam was nie wpuszcza i bedziecie siedziec w gorach. Pamietajcie tam jest Komunizm diengow niebiora.
Do pierwszego szlabanu na samej gorze dowiozla nas Olga, rosyjska pilotka wycieczek, tam odbierala grupe Hiszpanow. Postanowila pogadac z pilotem ze strony chinskiej zeby nas zabrali. Potworne zamieszanie wycieczki z roznych stron przesiadaja sie z chinskich busow do kirgiskich. Olga i inni piloci proboja nam pomoc, nerwowa straszna, rozmowy po rosysjsku i angielsku. Nagle z angielskiej wycieczki wysiada starsza Pani, mowi ze jest z Niemiec ale przyjechala z angielska wycieczka...Olga pokazuje nas chinskiej pilotce, Pani ze bardzo lubi Polakow i .... Inni piloci tez cos probuja nam pomoc. Pani taka szczesliwa ze tu, w takim miejscu spotkala Polakow. Chinka kreci glowa, Pani wrecza Jonaszowi czekolade. Olga mowi ze chinska pilotka nie chce pomoc. Wszyscy rosyjscy piloci bardzo nas pszepraszaja. Pani wrecza mi taka malutka buteleczke wodki. Chyba sie upije. Autobusy odjezdzaja, a dwoje przedstawicieli takiego wspanialego narodu wedruje z plecakaami w dol. Ciekawe co powiedza Chinczycy? Chinczykom oczy sie zakroglily. Skad sie tu wzieliscie? Pieszo. Z tamtad. Pokazujemy w gore.

Jeszcze dwa male obrazki z pieknego Kirgistanu. Po nocy spedzonej przy drodze biegnacej wzdluz jeziora Issy-kul sprawnie sie zwinelismy i dziarsko ruszylismy lapac stopa. Zobaczylismy Kirgiza ktory w przydroznym rowie petal na popas konia. My zobaczylismy Kirgiza, Kirgiz zobaczyl nas. Zostawil konia i ruszyl w nasza strone. Jak z folderu westchnolem, jak ze sklepu dodal Jonasz. Kirgiz staruszek z siwa broda wielkim bialym kikgiskim kolpaku i bordowej sukmanie podszedl do nas podal mi reke na przywitanie. Po czym wyciagnal ja w strone Jacha gdy ten mu ja podal, ucalowal Jonaszowa prawice niczym biskupowi. Mam nadzieje ze to nie byl jakis lokalny prorok.

gjutmonig gjutmonig gjutmonig tju gjiutmolnik maj(sory niedonapisania te dzwieki) aj aj siu-zrozumiales? zapytal sie mnie facet, ktory zaczepil nas gdy czekalismy w jakims miasteczku na stopa.
Nie. odpowiedzialem.
To ty nie znasz angielskiego. Ja uczylem sie osiem lat.
I poszedl sobie wielki jezykoznawca. A my zostalismy uswiadmieni ile jeszcze lat nauki przed nami.

Trzymajcie za nas kciuki. Jutro bysmy sie wyrwali z granicy. I dalej w drodze pod Kajlasz.

Jonasz i Romek z misiami

Meterolog wlasnie wrocil. WERYKOLD- oznajmil trzesac sie z zimna.

16 sierpnia

Niewiadomo nadal co z naszym wyjazdem jutro. Czy uda nam sie wyjechac bez placenia, czy pojdzie na to 80% naszej kasy.
Ale wlasnie dostalem wiadomosc niezaciekawa. W Kaszgarze (w zwiazku z niedawnymi zamieszkami) niema internetu. Jesli to prawda to bardzo dlugo niebedziemy miec kontaktu. Nawet 2 tygodnie.
Wiec przedstawiam nasze plany.
Po jedniodniowym pobycie W Kaszgarze jedziemy jak najdalej sie da na poludnie autobusem. Jesli nieprzekrecam nazwy to jest to miasteczko Karlik. Potem najtrudniejszy etap naszj wycieczki. Ciezarowkami na duzych wysokosciach i przez liczne pukty kontrolne w strone T (niepisze nazwy bo caly czas ktos zaglada w ekran)i Kajlasza.
Trzymajcie za nas kciuki. Moze ktos jeszcze dzis moze podac po koleji nazwy miasteczek (zwlaszcza gdzie jest Ali ) do gory Kajlasz i paru nastepnych, dalej droge znamy.
Powinnismy za pare godzin wejsc na mejla.
Wreszcie zaczely przychodzic od was listy. Dzieki szczegolnie w trudnych chwilach sa dla nas wazne. i sa propozycje na liste przebojow piosenki podrozniczej.
Miedzy innymi:
Wlaz kotek na plotek
Po gorach dolinach

Po staram sie napisac cos wiecej ale chinczyk lazi, ziewa i zaglada i daje do zrozumienia ze mamy konczyc.

14 sierpnia

zaczely sie atrakcje. przeszlismy granice z Kirgizja na przeleczy Turugardzkiej. Okazalo sie ze Chinczycy wpuszczaja tylko z biurem turystycznym. Ta przyjemnosc kosztuje 150 dol. Pomysl jest taki zeby czkac na turystyczne wycieczki i znimi sie zabrac. To jest tylko 130 km. Niestety przez dwa dni granica bedzie zamknieta i nic nie bedzie jezdzilo. Sami niewiemy czy wydac kase, czy czekac. do kirgizji wrocic nie mozemy. chyba bedziemy czekac. Z przeleczy na 3600m romek i jonasz jesli cos bedziemy wiedziec odezwiemy sie zaraz.

Karakol, 11 sierpnia

Szanowni czytelnicy. Jestem okropnie umeczony, duzo maszerowalismy, a dodatkowo komp szaleje zawiesza sie i klawiatura zacina i zamykaja kafejke. Zaczolem pisac ostatnio w Biszkieku, ale Jonasz tak marudzil ze niedokonczylem(czy jak ja pisze, to ktos moglby sie nim zajac, moze Babcia, wszystko juz przeczytal i niedaje mi popracowac).

Jestesmy w Karakol. W poruwnaniu z droga ktora wiodla wzdluz jeziora i przypomina Miedzyzdroje w sezonie, Karakol to opustoszale miasteczko gdzie kreci sie paru zachodnich turystow wyruszajacych dalej w gory.
Jest za to fajny meczet chinskiej mniejszosci Dunganow, przypominajacy pagode. Objezdzamy do okola jezioro Issyk-kul. Za dwa dni powinnismy byc na chinskiej granicy lub nawet w Kaszgarze. Tam bedzie nasz ostatni internet przed Lhasa(ladnych pare dni).  Nikt nas nienaprowadzil na Kajlasz. Pawel, Kryzys, Przemek jestescie tam?

Ostatnia noc spedzona na polu pelnych narzutowych kamieni. Z wydrapanymi przez pierwotnych ludzi rysunkami kozlow, wielbladow, scen polowan. Jonasz tez chcial drapac bo mowi ze jest pierworodny.
Polecilem mu zeby sie sam podrapal.

Korzystajac z okazji chcialbym opowiedziec o wrazeniach z pierwszych dni naszej wycieczki.
Zwykle pozywiamy sie korzystajac z zaproszenia kierowcow, w puzniejszych dniach wycieczki korzystamy z zabranych z ojczyzny pieniedzy by wymienic je na cos do jedzenia, lub korzystamy z zelznych zapasow zabranych z domu. Pierwsze dni jazdy przez Ukraine i Rosje przez pare dni (co nigdy sie nie zdarza) praktycznie nikt nas niczym nie poczestowal. Trzeba bylo siegnac do zapasow zabranych z domu.
Przed wyjazdem Agnieszka poinformowala mnie ze pokupowala Jonaszowi jedzenie. Ja tez cos zapakowalem do swojego plecaka. Gdy przyszedl czas naruszenia naszych zapasow. Zagladam do plecaka Jonasza, a tam...
niezawiele znalazlem. Mama mowila ze kupila jakies batony -mowie do Jonasza. Kupila, ale zjadlem je przed wyjazdem. Bardzo dobre byly.
Gdzies w okolicach Krasnogradu pakujac plecaki do bagaznika zobaczylem otwarty karton czekoladek. Jadac caly czas myslalem o czekoladkach w jasnoniebieskich papierkach. Wyciagajac plecaki przelamalem swoja niesmialosc i zapytalem czy mozemy poczestowac sie po jednej. Facet usmiechnol sie i sypnol ze dwie garsci i jeszcze dwie czekolady dorzucil. Jeszcze nie odjechal gdy pierwsze czekoladki znikaly jedna za druga w naszych ustach. Niektorzy pamietaja nasze spotkanie sprzed dwoch lat z rosyjskimi czekoladkami ktore tlusta masa obklejaly nasze buzie i probowalismy je wypluc, co nie bylo latwe bo na przeciwko siedziala pani ktora nas nimi poczestowala. Tym razem czekoladka dalismy rade blyskawicznie. Widocznie powinna byc zalaczona do wyrobow czekoladowych w Rosji instrukcja: Uwaga! Najlepsze do spozycia po paro dniowej glodowce. Nastepny samochod, nastepny bagaznik, a w nim cebule i pomidory. Gdy stojimy przy drodze z pomidorami i cebula w reku Jonasz mowi zebym zatrzymal teraz jakis samochod z chlebem. Malzenstwo ktore nas wiozlo po paru minutach jazdy wrecza nam cieply bochenek chleba. Jakie jeszcze masz zyczenia? pytam Jonasza. Jak tak dalej pojdzie to otworzymy sklep spozywczy. Nastepny kierowca zabral nas do baru. Pirozki, herbata, napoje i lody.

Jonasz i Romek z misiami zyczy smacznego


Biszkiek, 8 sierpnia

Zostalismy zaproszeni na jedniodniowy odpoczynek. Gospodarz okazal sie Czeczenem zyjacym tu od lat, jest farmerem hoduje konie, pokazal nam dzikiego wilka jakiego ostatnio zlapal, korzystajac z chwili urlopu pare slow kreslimy do was.

W podrozy nie tylko czlowiek gapi sie, ale tez slucha. Nasze biedne uszy! Po powrocie czeka nas wizyta u uchologa.

Niezwykle szczesie mamy do sercowych piosenek. Juz na pierwszych kilometrach Ukrainy trzesac sie w tirze w nasze serca wlala sie muzyka. Glos jakiejs damy spiewal o sercu o galazach i slozach z nich plynacych. Mloda i piekna spiewaczka (tak pieknie spiewac moze tylko wyjatkowa pieknosc) wraz z kompozytorem i arazerem czynili cuda. Nie jechalismy tirem. Lecielismy. Piosenka unosila nas.Szybowalismy wysoko wysoko. Nawet gwiazdy byly pod nami. Oczy mokre ze wzruszenia, wiatr rozwiewa nam wlosy, choc wszystkie okna byly zamkniete.   Innym razem spimy sobie nad jeziorkiem, a tu wedkarze tacy mili przyjechali i by umilic poranek swiatu, sobie, przyrodzie, krowom pasacym sie, i nam wycisneli ze swego radia ile sie tylko dalo i do tego co najlepsze.
Wycisneli serce. Tak, pobudka przy kolejnej sercowej piosence. Od razu nam serce zywiej zabilo. Nie wszyscy jednak sluchaja rosyjskich pieknych piosenkarek. Kierowca wygladajacy jak Clint Eastwood. Ciemne okulary i zmarszczki jak promienie slonca. Puszcza muzyke.
Angielskojezyczny piosenkarz w dlugich wlosach ze smutkiem uderza w struny swej gitary i sciska maj hard.  O Panie! Czy do konca naszej wycieczki przygotowales taki repertuar. Czy jako DJ musisz tak mocno chwytac za serce?
Naszczescie mamy globalizacje. Rozklekotana lada, kierowca dociska pedal gazu, zaklada przeciwsloneczne okulary, odpala radio.
Felicitafelicita. Niech tam babuszki przy drodze sprzedaja pomidory, niech stoja opustoszale kolchozy, niech pedzaca lada podskakuje na dziurawej drodze. Felicitfelicita. My jedziemy z San Remo autostrada slonca przez Lazurowe Wybrzeze.
Juz stepy, juz niedlugo wjedziemy z Rosji. Stado krow wchodzi na droge. Musimy sie zatrzymac. Jedna z nich zatrzymala sie tuz przed maska, wolno przezuwajac trawe w pysku, patrzy na nas swojimi wielkimi krowimi oczmi. Z glosnikow plynie: wonderful wonderful live. Za chwile pojawia sie na tymze  stepie monument z wielka gwiazda gwiazda upamietniajacy czerwonoarmiejnych gierojow. Pustka po horyzont tylko po prawej monumentalna gwiazda, a po lewej na pargingu rozwalajacy sie drewniany kibelek na ktorego strach patrzec, a co dopiero do niego sie zblizyc. Don t worry. By happy. Pociesza nas piosenka z glosnika.
Tylko niewiem czy mam sie niemartwic estetyka pomnika, czy byc szczesliwy ze znalezlismy tak fajny kibelek.

Na KOLOSACH w Gdyni ostatniego dnia wystepuje zawsze jakis zespol muzyczny zwykle szanty lub jakas etniczna muzyka. Uwazamy ze powinna tam wystapic przedewszystkim Beata Kozidrak z piekna podroznicza piosenka; Nie ma wody na pustyni.
Piszcie do nas propozycje do listy przebojow piosenki podrozniczej.
Ja wciaz nuce: MOJA DROGA, JA CIE KOCHAM

Wojtek (dzieki Wojtku) sprawdzil ceny biletow z Bankoku. Ceny okolo 1000 zl. Jesli poszczesci sie nam i trzeba bedzie wracac samolotem, to byc moze znow jak w latach ubieglych otworzymy sklep z egzotycznymi towarami. Jeszcze nie wydalismy nic z naszych 150 E, ale pewne jest to ze w Kitaju pojdzie to wszystko na transport. Tak ze juz myslimy o handlowej dzialalnosci.
Jonasz uwaza ze ta propozycja bedzie sie cieszyla ogromnym powodzeniem powodzeniem.
TUALIETNAJA BUMAGA  przepieknie szara, wyprodukowana w Wolgogradzie (dawny Stalingrad), na opakowaniu wzruszajaca niebiesko czerwona myszka, trzymajaca w swych malenkich lapkach rolke.
Posiadamy 2 sztuki tej cudownosci. Gdyby bylo wieksze zainteresowanie to jesli szybko napiszecie mozemy nabyc jeszcze kirgiska wersje takowej bumagi.
W zwiazku ze produkt niebanalny, proponuje: 50zl. Jesli by byli chetni do licytowania sie to prosze bijcie sie. Jest o co.
Przypomne zasady: nalezy szybko do nas napisac a potem wplacic na nasz numer konta.
Trzy lata temu Piotrek zamowil chinskie trampki, niestety w Cinach nie bylo takich europejskich rozmiarow, wszystkie wyslali na export.

Jeszcze jedna nasza prosba. W zwiazku z tym ze zgubilismy mapy. Tak tak, tradycji stalo sie zadosc i juz nie mamy naszej mapki tej zeskanowanej z mapy swiata z najwazniejszymi drogami  wEurazji. Do tych co maja zielone pojecie o Tybecie.
Za Kaszgarem w strone Tybetu bedzie odchodzila droga na poludnie. Dosc szybko odloczy sie H Karakorum do Pakistanu. Potem juz w Tybecie jedna droga skreci na wschod pierwsza, a pozniej ta druga bedzieszla tez na wschod ale prawie przy samej granicy. Ktora dojechac pod Kajlasz?
Jakie wioski sa przed Kajlaszem, a  jakie za? Mam jeszcze mape Chin ale nic z niej niewynika.

Dzieki za wszystkie listy od was. Bardzo milo je nam czytac. Jonasz zaraz po otwarciu poczty krzyczy : Napisal ktos? Napisal?
Pszepraszamy ze niemozemy odpisywac.

Jonasz i Romek z misiami z podrozy

P.S.
Nigdy juz nie zlamie nikomu serca. Obiecuje

Biszkiek, 7 sierpnia

Czy wasz ulubiony stolek do pierdzenia w stolek rozpadl sie, czy telewizja polska przestala nadawac seriale, czy jakies inne ogromne nieszczescie dopadlo was ze z tego nieszczescia pomieszalo sie wam w glowach i w przyplywie szalenstwa przyjechaliscie do Kazachstanu.
Przedsawicieli kazachskiego narodu polubilismy od razu i z calych sil.
Niesposob im wytlumaczyc po co wyruszlismy na nasza wycieczke. Ciagle o to pytali. A my wiadomo NIEWIADOMOPOCO ! Dodatkowym bonusem w kontaktach z kazachskim ludkiem jest wystepujaca u wiekszosci z nich chec otrzymywania za wszystko pieniedzy. Jak zaklecie wymawiaja nazwe miejscowej waluty:"TIEGI". Pierwszy raz w naszych wycieczka zdarzylo nam sie ze ktos chcial kase gdy poprosiismy o wode. O dziwo dzieci w przeciwienstwie do rodzicow slowa tego niepoznaly. Sa nienachalne i gdy misie wysiadaja z plecakow ciesza sie nimi, i nie napraszaja sie o kolejne, za to chetnie z nami rozmawiaja. Rozmowy z doroslymi to nieustajace pytania: po ile w Polsce dolary, po ile chleb, ile kosztuje mieszkanie, ile ludzie zarabiaja (skad mam wedziec, nigdy nie pracowalem, tak przynajmniej twierdzi mama Jonasza), a  co sie w Polsce wydobywa? Nastepnym razem wezme roczniki statystyczne. Zdarzylo nam sie jechac z rodzina kazachska zilem, ciezarowka z buda w ktorej obok gory butelek (wozili po Kazachstanie ajran -rodzaj jogurtu) jachala cala familja. Noca przykrylismy sie kocami powiedzielismy sobie ladnie"dobrnoc" i podrzucani na wybojach w kompletnych ciemnosciach jadac probowalismy zasnac. "Ram?(tak wymawiali moje imie) slysze glos przebijajacy sie przez loskot silnka. "A maszyny u was drogie?" Po glebokim namysle odpowiadam;"Drogie." Ciezko westchnol Kazach czy to z zalu nad nami ze tak u nas ciezko jest, czy tez ze nie kupi sobie w Polsce maszyny. I zasnol. Co mu sie snilo?
Trasa nasza wiodla przez kazachstanskie stepy i duze miasta widzielismy tylko przejazdem. Miasta sprawiaja wrazenie zadbanych i wyposazonych w cywilizacyjne zdobycze, wioski sa za to duzo ciekawsze i wiele w nich zywych swiadectw z minionej epoki.
Trzy dni przemiezalismu jakies 800 km droga ktorej nie bylo. To znaczy byla. Byla kiedys. Obecnie w jej szczatkowych fragmetach zieja ogromne kratery. Maszyny jada przez step. Kierowcy nazywaja ta trase "dolina smierci". Jasnobrozowa jak zbozowa kawa ziemia ubita brzez ogromne kola kamazow, zilow i gazow, twarda jak beton przyzdobiona jest najroznorodniejsza faktura spekan. Raz wyglada jakby jubiler bogato ponabijal w branzolete guzy szlachetnych kamieni, innym razem spekania wygldaja jak porowata skora slonia, najczesciej jednak mamy wrazenie jakby wielki waz w egzotyczne wzory wil sie przednami. Za dnia zmuszeni jestesmy patrzec na ptaszki samobujce. Stadka ptaszkow podrywaja sie do lotu gdy zbliza sie auto. I zamiast uciec w bok leca tuz przed autem. Noca zas malenkie susliki gdy juz sa w swietle samochodowych reflektorow pedza jak oszalale na droga strone drogi, przebierajac zwawo malenkimi lapkami. Albo robia sobie zaklady z kolegami kto przebiegnie blizej auta, albo tak im sie spieszy ze nie mogo poczekac, widocznie maja jakas pilna sprawe do zalatwienia.
Zwylke spimy w stepie, czasami na mieciutkim piasku jak na plazy, innym razem trzeba moscic spanie wsrod krzaczkow roslinek ktore sympatycznie chrupia gdy na nie sie nadepnie sandalem, za to niesympatycznie kluja gdy dotknie sie gola skora. Zawsze gwiazdy nad nami. Czesto w nocy osol ryczy przerazliwie, wielblad wydaje odglosy kazda strona, najczesciej jest to przedziwne bulgotanie. To teror czy
tenor?- pyta Jonasz. By po chwili sie martwic czy stado koni w nocy w nas nie wejdzie.

W Cimkiencie ugoscil nas Anarhan. Nakarmil, przenocowal, zaprosil do bani, gdzie w bani ostrzygl Jonaszowi fryzjer banie. A gdy juz sie tam zagotowalismy to pojechalismy do niego do domu i okazalo sie ze tam daliismy .... w banie. Anarhan jest patriotom. Powiesil sobie w domu nawet portret prezydenta. Co przyjemne byc nie moze bo prezydencka facjata estetyka przypomina brezniewoska.(Musialem prosic Jonasza by chociaz przed snem na nia patrzyl - co latwe nie jest, bo prezydent z dziecmi, prezydent wsrod lanow zboz, prezydent z kisciem winogron, prezydent w wosjkowym mundurze wisi jak kraj dlugi i szeroki na
bilbordach.)  Anarhan poprosil: Powiedz w Polsce ze jest taki Kazachstan, ze ma prezedenta Nazarbajewa, ze ma parlament a w nim 3-4 partie. Ze w Kazachstanie jest nafta, gaz, uran, wszystko jest. Ze ludzie jedza chleb, mieso, arbuzy.  Czym niniejszym prosbe Anarhana spelniam.

Co do dalszych planow. Jest szansa na przekroczenie granicy z Kitajem.
Wiec ze trzy dni pokrecimy sie w okolicy slynnego kirgiskiego jeziorka. I dalej ruszamy. Tempo wycieczki utrudnia pisanie. Ale moze w Kaszgarze kolejny. Gdyby sie nieudalo to wracamy przez republiki i Iran. (Filip- jak czytasz- wspominales ze ktos znajomy tu jest w konsulatach, wtedy bedzie nam potrzebny kontakt do pomocy w zalatwieniu wiz)

Jonasz i Romek z misiami

P.S.
A drogie sa u nas maszyny?

Szimkient, 6 sierpnia

Szimkient na poludniu Kazachstanu . Pewnie dzis bedziemy w Kirgizji.
Doslownie mam minute bo kierowca zjechal z trasy i zaraz jedzie dalej.
siedzi kolo mnie i calyczas mowi "bystro".
Ma my tyle do napisania.
Kazachstanie niezbyt latwo ale bardzo smiesznie. np droga 700 km zaznaczona na mapie w rzeczywistosci  jej nie bylo, przejezdzja tamtedy tylko kamazy.
Jonasz w kolku przezywa wynalezienie przenosnego prysznca. Nawet na stepie czasami wypada sie umyc. Nabieramy w plastikowe butelki wody.
Wieczorem w zakretce robimy mala dziurke i dawaj namydlamy sie i polewamy. Jonasz bije rekordy. Wystaarcza mu dwa litry wody. Stojmy golutcy na stepie namydleni, i tylko wielblad caly czas mruczy, pierwszy raz widzial szczyt mysli technicznej bialego czlowieka/

Bystro bystro bystro

Elista, 30 lipca

Czesto tak jest iz w tym co jest male zyje wielki duch. Tak w niewielkiej Eliscie sa wielkie ambicje i piekne pragnienia. To miasto na krancu Europy, polozone na bezkresnym stepie, zamieszkale przez potomkow dzikich koczownikow mieni sie SWIATOWA STOLICA SZACHOW. Te piekne ambicje szczegolnie nas wzruszaja gdyz przypominaja nam nasz rodzinny grod ktory nieoszczedza sie w stawianiu przed soba ambitnych zadan i juz niebawem (bo juz w 2056r)  bedziemy plywac w ogrodach.
Czytelnikow  z poza Szczecina zapraszam do zapoznania sie z idea floating garden i odwiedzenia miejsca w ktorym ta idea sie zrodzila.

Goscinna Elista zatrzymala nas na jeszcze jeden dzien.
Na peryferiach miasta gdzie step podchodzi pod bloki zobaczylismy pomnik ofiar represji stalinowskich. W wyniku ktorych zginelo 40% narodu kalmuckiego.  Wieczorny spacer glowna ulica miasta roswietlona jak na Boze Narodzenie mial ukolysac nas do snu. Jednak niepredko bylo nam dane zasnac tego wieczoru. Rozbudzily nas sportowe emocje. Na glownym placu zobaczylismy walke czarnych z bialymi. Na wylozonej marmurowymi plytkami szachownicy o boku okolo 5 metrow trwala zazarta walka. Plastikowe figury wysokie na pol metra w sprawnych rekach graczy zbijaly sie az milo.  Kibice siedzac na lawkach w ciszy tak ciezkiej ze az glowa mogla rozbolec przezywali walke. Jedni zagryzali palce, inni zakrywali oczy, jeszcze inni podskakiwali na lawce tylko jeden szelescil reklamowka gdy ja rozchylal by z schowanej w niej buteleczki malymi lyczkami popijac wodeczke. Gracze przyjeli rozne style walki. Zawodnik w czarnych okularach grajacy czarnymi gral pomalu, podchodzil do figury bral pomalu niczym ciezar na silowni i przenosil ja i dokladnie stawial. Calkiem inny styl walki grajacego bialymi. Ubrany w dres zdecydowanie podchodzil do figury wrecz podbiegal i jakby chcial cisnoc kula z rozmachem je stawial. Zbite figury przeciwnika bez pardonu wyrzucal za pole walki. Ciagle w ruchu, niczym konik przeskakiwal to tu, to tam lub niczym wieza przebiegal wzdluz calego pola bitwy by obejrzec go z innego miejsca. Nawet gdy czekal na swoj ruch wymachiwal rekoma by nie ostygnac. Przyznac trzeba ze ten styl dawal dobre rezultaty, bo rozgromil wielu. Wsrod ciekawych zawodnikow zauwazyc nalezy grajacego stylem fudbolowym. Ten figury pchal do boju kopiac je noga. Tak kopiac skopal czarnego konia. Gral staruszek ktory potykal sie o pionki i mloda dziewczyna niczym krolowa przemierzala pole walki i lysy jak goniec chlopak i sztywny jak wieza elegancki pan i zagral Jonasz. Wejscie Jonasza do walki poruszylo kibicow. Na lawkach przeszedl szmer "innastraniec". Lysy przeciwnik Jonasza z lagodnym usmiechem gral czarnymi. Dosc szybko usmiech zszedl mu z twarzy za to na czole pojawily krople potu. Przy tym meczu  cicho nie bylo.  Pojawili sie doradcy i tak zaczeli podpowiadac ze Jonasz krzyczac "ticho, ticho" specjalnie nie obronil krolowej bo chcial grac samodzielnie. Ale nawet gdy zginela krolowa drogo oddal swoja skore.

W szczesliwych czasach gdy we wrzesniu pani na rosyjskim pytala co robilem w wakacje. Zawsze odpowiadalem: igralem w szachmaty i... Jesli dalej tak pojdzie to przed nami ; ja sabirol griby i jagody.

Jonasz i Romek z misiami z ze swiatowej stolicy

P.S.
Postanowilismy zabrac tytul swiatowej stolicy i przywieziemy go do Szczecina.
Szczecin stolica wszechswiata!

Elista, 29 lipca

Do Kalmucji jedynego buddyjskiego kraju w Europie dojechalismy umeczeni upalem i ciaglym lapaniem samochodow. Krotkie odcinki i czeste zmiany aut, do tego ominiecie Krasnogradu dalo nam sie we znaki.
Jedyne miasto jakie maja ci zachodni Mongolowie sprowadzeni tu w 17w.
przez cara do ochrony granic to Elista.
Wytchnienia poszukalismy w "centralnym chorze" najwiekszej w miescie budyjskiej swiatyni. Ogromna nowiutka budowla z kolorowymi posagami Buddow wyglada jakby przyjechala wlasnie z Castoramy. Po latach przesladowan kalmucki buddyzm wyrasta z kazdego miejsca w miescie.
Mongolskie pagody zacieniaja bohaterow czerwonej armi. Wielki modlitewny beben stoji obok wielkiego Lenina. Socrealistyczne plaskorzezby muskularnch przedstawicieli klasy robotniczej w stoja w parkowych krzakach obwieszonych wstazkami i choragiewkami modlitewnymi.
W samej swiatyni brak sladow mininej epoki, za to duzo widac zwiazkow z Tybetem i Dalej Lama ktory odwiedzil to miasto pare lat temu. Przy jednym z bocznych oltarzy znajdowal sie kosz z ktorego odwiedzajacy swiatynie czestowali sie slodyczami.  Napelniwszy nasze garscie ciastkami i cukierkami usiedlismy na laweczce medytujac nad naszym szczesciem. Bardzo smaczne sa buddyjskie swiatynie- stwierdzil Jonasz.
A ja zobaczywszy okruchy na ziemi odpowiedzialem: "Chodzmy, bo bedzie na nas."
Panie ze sklepiku z dewocjonaljami powiedzialy  ze nigdzie nas nie puszcza. I powiedzialy ze zalatwia nam nocleg w buddyjskim centrum na obrzezach miasta. Obdarowaly nas pieniedzmi "to na lampki i flagi modlitewne w Tybecie" napisaly bumage i wsadzily w taksowke. Okazalo sie ze je zle zrozumielismy, to nie bylo buddyjskie tylko buda z desek i nie centrum tylko w jakis zarosnietych krzakach. Bude centralna pilnowal piedziesiecioletni kalmuk. W nietakich warunkach spalismy i tu dalibysmy rade. Ale kalmuk okazal sie typem wyznawcy. Z gorliwoscia sluchacza pewnego radia robil nam wyklady na tematy rozne. A po co wy do NATO wstopili? Kto was napadnie? A jak Rasija gaz przykreci to zgnily zachod wic sie bedzie u jej nog na kolanach. A ze my zdradzili swojich aswobotitieli. Zwykle nic nie odpowiadam na takie nauki.
Jednak tym razem misjonarz przesadzil z gorliwoscia. I grzecznie poinformowalem go ze troszeczke inaczej widze przedstawione przez niego problemy. Kalmuk o niklym wzroscie podskoczyl jak poparzony. I zaczelo sie. Biegal wokul nas, krzyczal wymachiwal rekoma, sapal, parskal. Czasami przestawal i stojac w drugiej pokoju patrzyl z podelba. By nagle ruszyc z jeszcze wieksza moca, sapiac przytym tak ciezko bo coraz ciezszych uzywal argumetow. A ze jak wspominalem byl niskiego wzrostu wiec natrudzic sie musial wtaczajac najciezsze argumenty.
My byli braci, teraz my sa wrogi.
Mama nic mi nie mowila co bym mial brata w Kalmucji, a zwiazku z tym iz Jonasz byl zywotnie zainteresowany bym aktywniej wziol udzial w tej wymianie zdan, obawiajac sie iz moge zbyt "intelektualnie" przekonac mojego adwersarza, zapytalem ACONATONATO? i zabralem syna i sumki, zostawiajac wyznawce miotajacego sie i sapiacego. I tak sapie do dnia dzisiejszego.

Wrocilismy do swiatyni. Nocleg typu "bedendbrekfast"dostalismy na tylach oltarza na podesie do figur do tego reklamowke posciaganych z pod Buddow ofiarnych ciastek, cukierkiow i jablek.

Po pobudce w strugach deszczu odbylismy spacerk po miescie zakonczony w kafejce z ktorej wlasnie do was piszemy. Sa jeszcze do opisania przygody z drogi, ale Jonasz mowi"wysylaj juz". Wiec moze nastepnym razem.
Jeszcze pare godzin w stolicy Kalmukow i w droge do Astrachania za ktorym juz granica z Kazachstanem zostalo 300km. Pewnie jutro staniemy w Kazachstanie. Planowo dluzszy przystanek (wiec i list) zapewne w Kirgizji.

Jonasz i Romek z misiami z podrozy

P.S.
Korci nas zeby wrocic do naszego "brata" i "poczestowac go argumentem". Co wy NA TO?

UWAGA 1
Jak piszecie do nas, to nie uzywajcie ikonki "odpowiedz". Tylko piszcie nowy list.

UWAGA 2
Czesto niemamy dostepu do internetu. Jak bedziemy mogli skorzystac z komorek kierowcow to bedziemy wysylac esemesy z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie www.podroznik.szczecin.pl

Krym, 26 lipca

Gdzies na zachodnim Krymie

Na Krymie krotko ale tresciwie. Dwa morza. Morze Czarne i Azowskie Morie.
Czlowiek byl glupi i sie nie wierzyl. A w czytankach do rosyjskiego bylo tyle pieknych opisow kanikul na azowskim morie i czrnym morie.
Musialem sam zobaczyc by sie przekonac.
Miedzyzdroje musza sie jeszcze bardzo postarac.
Pierwsza plaza nad Czarnym Morzem przystrojona puszkami i butelkami, ze czas nas goni z zalem ja opuszczamy i jedziemy nad Azowskie pare kilometrow dalej.
Przjezdzamy do jakiejs wczasowej wioski noca i uwierzyc nie mozemy. Te iluminacje. Swieci, blyszczy i mieni sie doslownie wszystko. Neony, karuzele, automaty do gry, sklepy spozywcze, spacerujace panny polyskuja swojimi wycekinowanymi bluzeczkami. panom wedrujacym w samych spodenkach  blyszcza puszki piwa i obnazone klaty. Oczy bola.
Do tego "muzyka" z kazdego puktu gastronomiczno- pamiatkowego grzmi na maxa. Nic nie slychac. Utwory marcinDaniecpodobne w naszych kurortach to mily szmerek przy tym.
Zatkalismy uszy i troszke porysowalismy. Udalo sie zarobic na zakupy w sklepie i pare minut internetu.
Powedrowalismy spac na plaze. Niebo gwiazdziste nad nami a obok brzdek butelek i gwar imprez. Gwiazdy tej nocy spadaly co chwile, ze zabraklo nam zyczen i w koncu zasnelismy.
Rano obudzilo nas jakies rytmiczne mlaskanie. To ogromna wczasowiczka wklepywala w siebie olejek do opolania. Czyniac z siebie wielka skwarke. Ruszyl front plazowy - wyszeptal Jonasz owierajac oczy.
Sprawnie przystapilismy do czynnosci plazowych, tzn wymoczylismy sie w morzu i  prowadzilismy naukowe obserwacje. Pierwsze plaze zajely osobniki zwane w tutejszym jezyku babuszkami. Jak to maja w swojim zwyczaju wszedzie musza byc pierwsze wiec i plaza od rana pelna jest babuszek tachajacych wielkie torby, rosposicierajacych koce, kopiacych dolki, moczacych konczyny by zachwile wymienic uwagi na temat temperatury wody i pogody z sasiadka z najblizszego dolka.  Troche pozniej zaczynaja sie spacery wzdluz brzegu meskich osobnikow z dumnie wypietym brzuszkiem i opietymi slipkami i przystrojonych w kapelusze koloru maskujacego. Prawdziwy mezczyzna zawsze jest czujny. Niestety gdy zaczely sie schodzic nieco mlodsze osobniki Jonasz powiedzial ze nie mamy czasu i kazal szukac internetu.

Lublin, 22 lipca

Babcia Basia zegnajac nas wreczyla nam paczke ciastek; To na droge.
Jonasz zadreczal mnie pytaniami; Dlaczego mamy ukladac ciastka na drodze? Niewiadomopoco drodze te ciastka?
Gdy dzieki uprzejmosci kolegi Wojtka znalezlismy sie na drodze za Szczecinem , zaraz przystapilem do ukladania ciastek. Ciastka wygladaly dziwnie na drodze. Ale Babcia powiedziala wyraznie: To na
droge.   Na pewno wie co mowi. Jonasz  z zalem przygladal sie
ciastkom. Gdy zobaczyl wyjezdzajace zza zakretu samochody, wybiegl na droge, z okrzykiem; Nie pozwole was skrzywdzic. I szybko je pozbieral, i jeszcze szybciej je zjadl. Niewiadomopoco. Co my teraz Babci powiemy.

UWAGA!
Czesto niemamy dostepu do internetu. Jak bedziemy mogli skorzystac z komorek kierowcow to bedziemy wysylac esemesy z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie www.podroznik.szczecin.pl

Jonasz i Romek z misiami

Szczecin, 20 lipca

Startujemy po 13tej, z Pod sukniami.
Kierunek Warszawa( jeden nocleg), Kijow, Rostow nad Donem

Szczecin, 19 lipca

Jonasz poszukuje ksiazki: Piknik na skraju drogi.
Moze ktos ma?  513 153 064

Startujemy jutro okolo 13, lub wtorek rano.
j i r

Szczecin, 17 lipca

Jedziemy  na wycieczke  bierzemy misia w teczke niewiadomo po co

W roznych celach wyruszalismy na nasze wycieczki. Tym razem kusilo nas wiele ; wspaniale metropolie wysokorozwinietych republik Azji Srodkowej, chec sprawdzenia poczucia humoru chinskich towarzyszy, neca nas sajgonki z Sajgonu, zainteresowani jestesmy pepkiem swiata czyli gora Kajlasz, nawet mozemy popracowac w drodze gloszac ide floltinggarden(czy cos takiego) na kazachskim stepie. Wszystko ladnie wszystko pieknie. Lecz ostatnio rozmawiajac z Jonaszem stwierdzilismy ze NIEWIADOMOPOCO TAM JEDZIEMY i odrazu nam sie ta idea spodobala. I wielka checia zaplonelismy do naszego wyjazdu. Moze wreszcie dojrzelismy by odpowiedziec na sakramenckie czy sakramentalne ( zawsze mi sie to myli - nigdy nie bylem prymasem)pytanie zadawane setki razy:"A po co wy tak jezdzicie?"
Jonasz wprawdzie wczesniej probowal odpowiadac:"Bo Tata kazal."  Ale nie byla to odpowiedz satysfakcjonujaca. Dzis nareszcie juz wiemy.
NIEWIADOMOPOCO! Jak cudownie pojechac po niewiadomopoco.

Jesli chcecie pojechac po NIEWIADOMOPOCO to zapraszamy. Startujemy w ten wekend. Jeszcze jestesmy pod telefonem 513 153 064., jak by co.

Wizy mamy zalatwione do samego Wietnamu.
Jednak w przypadku gdyby granica chinska okazala sie granica zamknieta, poprosimy o azyl w Kirgistanie, ewentualnie bedziemy tam zalatwiac wizy powrotne. Gdyby udalo sie nam dostac do Wietnamu sprubujemy powrocic jakims samolotem do Europy.

Szukamy noclegu w Wolgogradzie lub Astrachaniu. Moze ktos korzystal kiedys z hospitaliklab?

KILKA UWAG DLA TYCH CO PIERWSZY RAZ Z NAMI JADA:

-Jestesmy utaletowanymi dyslektykami (Jonasz ma nawet uprawnienia) w zwiazku z tym nie probujcie dawac zadnych uwag na temat naszej ortografi. Po zakonczonej wycieczce mozna podzielic sie z nami informacja ktory blad wam sie najbardziej podobal.
- Listy piszemy z napotkanych kafejek internetowych, wiec moze sie zdarzyc kilku dniowa przerwa w relacjach.
-Nie uzywamy polskich znakow, a zwroty i nazwy tublcze i miedzynarodowe piszemy jak slyszymy. W zwiazku z ubytkiem sluchu w mojim uchu, polecamy uzyc wyobraznie by domyslec sie co autor mial na mysli.

-Bardzo lubimy dostawac od was listy, niestety nie jestesmy w stanie odpowiadac na nie ze wzgledu na ograniczony czas przy kompie.

-Piszac do nas tworzcie nowa wiadomosc. Nie odpowiadajcie na nasza
listy- piszac tworzcie nowa wiadomosc! ! !.
-Nie piszcie w zalacznikach i nie wysylajcie nic zalacznikami. Zwykle zawieszaja komputery w  tubylczych kafejkach.

Jesli macie mozliwosc  i ochote zapraszamy do finansowego wsparcia naszej wycieczki.
Gdy uda sie nam dostac do Chin to przemieszczac sie bedziemy tam autobusami, w wypadku zamknietej granicy z Chinami, w Kirgizji bedziemy organizowac powrotne wizy, gdyby udalo sie dotrzec do Chin lub Indi bedziemy zbierali na bilet lotniczy.
W przypadku duzej chojnosci nadwyzka przekazana zostanie na Fundacje Pod sukniami (www.podsukniami.art.pl)
- zdarza sie nam otworzyc sklep z produktami egzotycznymi. oglaszamy co mozemy przywiezc, wtedy nalezy szbko napisac co sie wybralo, wplacic na konto kaske i czekac na nas kiedy przyjedziemy i wreczymy wspaniale towary.

Jonasz i Romek z misiami

 W przygotowaniach i pomocy do  wycieczki udział wzięli:
-Piotr Strzezysz
-Marek Szymański
-Tadeusz
-Teresa Zańko
-Piotr Królewski
- Piotr Kościukiewicz
-Agnieszka Tomaszewska
-misie przekazala Maja Tomaszewska
-Ala Mucha
-plecak Jonaszowi sprawil: www.sailandrock.pl

-Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina

relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl

 Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)

Szczecin, 7 lipca

Program tegorocznej wycieczki w przyblizonej wersji:

Wysoko rozwiniete kraje Azji Centralnej czyli Kazachstan i Kirgizja nastepnie Zachodnie Chiny, a jak sil i czasu starczy to moze wpadniemy na sajgonki do Wietnamu.

Startujemy w przyszlym tygodniu.

Zalatwienie 5 wiz jest dla nas sporym wydatkiem, rowniez wiadomo ze przedarcie sie przez Chiny ktore pokonywac bedziemy publicznymi srodkami transportu sporo (jak na nasze warunki)bedzie nas kosztowac.
Dlatego zwracam sie wprost o finansowe wsparcie. Jesli nie dopadl was swiatowy kryzys i macie ochote pomoc w wycieczce to zadzwoncie, lub wplacie na konto. Moj nr 513 153 064 jeszcze  pare dni bedzie dzialal.

Piszac do nas starajcie sie nie odpowiadacna list, tylko tworzyc nowa wiadomosc. Wazne bo nasza poczta dziwnie porzadkuje te listy odpowiadane i czesto nie mozemy ich znalesc.

romek

Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)

 
Copyright © 2008 Stowarzyszenie Kreatywni Dla Szczecina. Wszystkie prawa zastrzeżone.