Maile z podróży Romka Zańko do Maroka 2009

Szczecin, 11 lutego

Wczoraj okolo 16tej dojechalismy do Szczecina.

Wczoraj w drodze. Dzis w szkole i pracy. Jutro? Jutro zobaczymy.

Dziekujemy wszystkim za pomoc i listy (bardzo lubimy je dostawac).

Barcelona, 7 lutego

No to tym razem sie nie udalo. Taki sezon. Adamowi Malyszowi ostatnio sie tez niewiedzie. Moze i dobrze, bo by te panie od calowania i mowienia jacy jestesmy dzielni nie daly nam spokoju. Jutro rano wyruszamy w strone domu.

Wsrod wielu atrakcji Barcelony szczegolnie polecamy chodzenie po plotach. Udalismy sie do parku na wzgorzu z ciekawym widokiem na miasto i ozdobionym przez Gaudiego. Skierowalismy sie jak nalezy po strzalkach wspinajac sie po wysokich schodach  Gdy zadyszani zakonczylismy nasza wspinaczke ukazalo sie wejscia do parku bronila czerwona biala foliowa tasma. Gromadka turystow klebila sie z zatroskanymi minami, zastanawiajac jak sie dostac do srodka. Strzalki urywaly sie w tym miejscu i nie bylo zadnej informacji, kturendy nalezy sie udac. Juz nam sie bardzo podobalo. Przeszkode z foliowej tasmy pokonalismy przechodzac pod nia. Jonasz prawie jej niedotkonol ja musialem pomoc sobie podnoszac delikatnie (tak zeby jej nieuszkodzic) lekko do gory. Do pokonania pozostaly nam jeszcze pozwalane przez niedawna wichure drzewa na droge i zamknieta wysoka brama. Turysci z ostatnia przeszkoda radzili sobie na rozne sposoby. Jedni przechochodzili przez plot, a panie ktore im towarzyszyly, wysylali  by poszukaly sobie innego wejscia na okolo, jeden pan sapal i stekal wpychajac swoja pania na plot, inny chodzil wzdluz plotu i szukal dziury, a ze plot byl caly to szukal dziury w calym,jeszcze inny dreptal w miejscu narzekajac, ten pewnie dzielil wlos na czworo. My wdrapalismy sie na wysoka brame co przyszlo nam latwo, ale z zejsciem byly problemy, wiec siedzielismy sobie na tej bramie stwierdzajac: "a co zle nam tutaj, wygodnie tu i widok ladny mamy" tzn. Mamy tam nie bylo, ale jakos nam sie tak powiedzialo. I na mysl co sobie Mama pomysli ze Jonasz siedzi na plocie z wrazenia spadl ...w kaktusy. Ale jakie kaktusy? Cale wydziarane. Juz tym zakochanym nie starczaja lawki, drzewa, mury. Przychodza do parku i ryja na kaktusach:"love", albo: "kocham agate", albo:"kocham kocham kocham", albo takie tam. Gdy to jest cos naprawde powaznego to taki zakochany, zostawia wyryte serce. W Barcelonie tych zakochanych to musi byc strasznie duzo, bo cale wzgorze jest w kaktusach i praktycznie ciezko znalezc jakis wolny, chyba ze z tylu w jakims nieatrakcyjnym miejscu. Jonasz jeszcze jest na mnie obrazony bo zatrzymalem go gdy rzucil sie do rycia. W koncu jest jeszcze taki maly, ma jeszcze czas, jeszcze sobie poryje. Troche mu przeszlo gdy kupil piekna kule z rzezba Gaudiego ktora jak sie potrzasnie to cudownie lataja brokatowe platki. Kule wyprodukowana w Chinach, a sprzedal ja przemily Hindus, ktory wyjatkowo dla nas obnizyl cene. "To dla Mamy!" mowi Jonasz i trzesie kula, a my gapimy sie jak platki wiruja w bajkowym tancu i latwiej troche zapomniec o Maroku.

W Barcelonie korzystalismy z goscinnosci Blazeja, ktory odnajmuje apartamenty i pokoje turystom z Polski. Interesujaca alternatywa dla hotelu i hosteli. Gdyby ktos chcial zatrzymac sie w Barcelonie to: 1blaise@gmail.com

Jesli kochacie to, rezerwujcie pokoje u Blazeja, wsiadajcie w samolot i lecie do Barcelony, puki jeszcze jest pare wolnych kaktusow.

Jonasz i Romek z misiami

Barcelona, 3 lutego

Dzis probowalismy caly dzien wyjechac  z Barcelony. i nic. Bylismy na przedmiesciach i po paru godzinach zrobilismy 15 km, nie udalo sie wjechac na autostrade. Mozna by bylo probowac ale mamy czasu malo, dodatkowo na poludniu leje. (tutaj bylo dzis bezopadowo).  Mozna by sprobowac pociagiem, ale do Malagi to dla nas dwoch jakies 100e. Jesli ktos ma jakis pomysl to do 11.30 jestesmy pod kompem, potem chyba wstrone Polski.

Gdy kolejka podmiejska wyjezdzalismy za miasto , na widok morza i plazy
Jonasz chcial zaraz tam biwakowac. Moze przed powrotem znajdziemy sobie
fajna plaze i troche pobiwakujemy.

Barcelona, 1 lutego

Gaudi w majtach, my w szpitalu

Na poczatku bylo stalowo szare niebo nad Barcelona, a potem juz tylko lejace sie z tego szrastalowego nieba strugi deszczu. Nastroje troche siadly. Juz mogloby byc zimniej niz by tak mialo lac. Skorzystamy z gosciny Blazeja i jutro sprobujemy ruszyc dalej. Gorzej ze w zaden sposob nie mozemy rysowac i sprzedawac rysunkow, A kase posiadamy jedynie na promy(70e) i zaczynamy ja uszczuplac. Gdyby nie przestalo padac i nie bedziemy miec kasy to zjedziemy na samo poludnie Maroko, pochulamy po pustyni troszeczke i zawracamy do domu. niebedziemy chyba wtedy wjezdzac do miast, bo to zbyt kosztowne. wtedy z listami moze byc krucho, ale nadrobimy puzniej. Zobaczymy, moze sie rozpogodzi.

Pomimo deszczu, zaslaniajac sie polamanym parasolem, zwiedzamy miasto. Spacerujac sobie elegancka aleja, usluszelismy rozentuzjazmowana pania wykrzykujaca:"Gaudi, Gaudi". Przyczym wskazywala kolezance palcem kamienice o ktora oparto rusztowanie, na ktorym rozwieszono baner przedstawiajacy pana w majtach. Okazalo sie ze nie tylko ta jedna pani zainteresowala sie tym co nam sie kojarzylo z reklama meskiej bielizny. Tlum ludzi zadzieral glowy, fotografowal, prawadzil ozywione rozmowy. A pan na banerze nie przejmowal sie ani deszczem, ani tym ze stoji w centrum miasta w samych slipkach, z usmiechem pozowal do zdjec. Zastanawialismy co w nim takiego bylo ze wszyscy go tak podziwiali. Doszlismy do wniosku ze pewnie wielkosc. I jak tu wierzyc ze wielkosc sie nie liczy. Zostawilismy pana"Gaudiego" paniom niech go sobie podziwiaja i robia mu zdjecia i poszlismy dalej. Trafilismy pod kosciol, tez wielki. Moze to jest miasto wielkoludow; wielki  pan w wielkich majtach, teraz wielgachny kosciol(a moze budowali go ludzie wielkiej wiary, by w takim wielkim kosciele pomiescic swoja wiare). Nie tylko wielgachny byl ten kosciol ale tez jakos dziwnie poskrecany. Postawili kolo niego dzwigi(tez wielkie). Jonasz zauwazyl ze nie pasuja tutaj te dzwigi, ze sa za proste, ze powinny byc tez poskrecane. Nie wiem czy od tych widokow czy z przemoczenia tez nas tak skrecilo ze trafilismy do szpitala. Szpital dla zwiedzajacych. Byc moze uznano ze ktos musi byc chory skoro przyjezdza ogladac szpital. Nou Hospital to rozrzucone na niewielkim terenie budynki postawione na poczatku ubieglego wieku, bajkowe, jak z Akademi Pana Kleksa. Budynki polaczone sa podziemnymi przejsciami z ktorych korzystaja pacjenci i personel. Zwiedzajacy poruszaja sie na zewnatrz wyznaczonymi szlakami. Hematologia, mikrobiologia, patologia taka patologia owaka, chirurgia i kardiologia, genetyka, ortopedica i traumatolgia wszystko piekne wszystko sliczne nie wiadomo co sobie wybrac, gdzie wstapic na dluzej. Jonasz musial mnie sila odciagac spod Cirurgia Plastica, twierdzac ze jeszcze przedobrze. Jedynie geriatria budzila pewne rozczarowanie,  taka zbyt nowoczesna.

Przy wyjsciu, a moze wejsciu budynek z napisem: SalaDespera, w srodku ludzie siedzieli na krzeselkach, jakby na cos czekajac, wygladali bardzo spokojnie jak na zdesperowanych. Dziwni ci Hiszpanie.

Jonasz i Romek z misiami

przemoczeni, poskrecani, hospitalizowani.

Barcelona, 31 stycznia

Droge Jonasz rozpoczol tradycyjnie, od marudzenia. W Warszawie z imprezy National Geografic wyniosl dosc ciezka statuetke. ¨Ciazy mi ta nagroda¨ powtarzal w kolko, ale nie chcial oddac zebym poniosl. Pozniej bylo jeszcze ciezej. Pod Warszawa Pani z gazety chciala nam zrobic zdjecie, jak wyjezdzamy. I poprosila zebysmy pozowali. Okazalo sie, ze to nie jedno zdjecie, a setki. I tak z kazdym pstryknieciem bylo nam coraz zimniej. Nie warto byc pozerem i dobrze ze nie zostalem modelka, one to musza ciezko pozowac tzn pracowac. W koncu jak pani skonczyla pstrykac bylismy zamarznieci, a potem dlugo nic nie chcialo sie zatrzymac. I juz nam przyszedl plan odwrotu zeby zawrocic do cieplego domu. Zdjecia zrobione, a w cieplym domu jest tak samo cieplo jak w cieplych krajach. Postanowilismy stac do zmroku, a jak nic nas nie zabierze, to udac sie do domu. I gdy Jonasz przekonywal ze jest juz na pewno ciemno i dawno slonce zaszlo, zatrzymal sie samochod i zabral nas do Wroclawia. I tak dyskutujac czy jest juz dostatecznie zimno by zawrocic, pomalu zblizalismy sie w cieplejsze strony. Gdy na samochodowym termometrze ukazal sie +1 stwierdzilismy ze nie ma sensu zawracac, jak jest juz tak cieplutko. Jonasz zwykle zasypial w samochodach, ja walczac ze zmeczeniem, rozmawialem z kierowca. Rosjanin kierowca tira mowil takie rzeczy ze chyba tez zasnolem i mi sie snilo. "ze my byli okupanty, ze jak wy bili germancow w tym waszym powstaniu to my stali za Wisla, ze tysiace oficerow..." Myslalem ze chyba zamarzlem i mam jakies urojenia. Z tyloma Rosjanami jezdzilem i nasluchalem sie jak to "dobrze bylo i jacy dobrzy byli, i jacy oni wyzwoliciele", ze teraz siedzialem i slowa ze zdziwienia wydobyc nie moglem. Strach mnie ogarnol bo to znak ze swiat musi sie konczyc skoro Rosjanin i to kierowca tira takie rzeczy mowi.

Uwaga techniczna : jak piszecie do nas, to piszcie nowy list, nie odpowiadajcie na te nasze, bo automatycznie to jest jakos dziwnie porzadkowane, i czesto nie widzimy waszych listow.

Jonasz i Romek z misiami

Warszawa, 27 stycznia

Kolorowe pismo zaprosilo nas uroczystosc bo spodobala sie im nasza wycieczka do Japonii. W zwiazku z planowana wycieczka do Maroka, niebylismy przekonani czy jechac. Jonasz stwierdzil ze skorzystanie z zaproszenie ma plusy i minusy. "Plusem jest na pewno wypasiony bankiet." A jaki minus? "Najgorsze beda te wszystkie panie, ktore beda mnie calowaly i mowily jaki jestem dzielny!" Umowilismy sie, ze ja odciaze Jonasza. Wszystkie Panie informujemy ze mozna mnie calowac i mowic mi jaki jestem dzielny.

Rano ruszamy w kierunku Wroclawia, Praga, Norymberga, i albo w strone Lyonu, albo na poludnie Mediolan, Marsylia, Barcelona.

Jonasz i Romek misiami

 
Copyright © 2008 Stowarzyszenie Kreatywni Dla Szczecina. Wszystkie prawa zastrzeżone.