Jesli ktos jest zainteresowany to w sierpniowo wrzesniowym numerze Traveler National Geographic jest material o naszej zeszlorocznej wycieczce do Japonii. Numer z Etiopia na okladce, widzialem jeszcze w empiku.
"Główną atrakcja Syrii są wspaniałe zabytki oraz orietalny klimat Aleppo i Damaszku."
czytamy w przewodniku ktory mamy ze soba. Nawet niewiedza jak bardzo.
Jonasza teraz jest bardzowazny bo odwiedzil go lekarz i dzieki temu ma prawo do herbaty. Ulubionym zajeciem stalo sie egzekwowanie prawa do herbaty. Walimy w drzwii, krzyczymy: "Czaj" a raczej, "Szaj" (po arabsku).
Jonasz podciaga sie na kratkach okienka i wola mnie zebym go potrzymal po tez chce sobie popatrzec i pokrzyczec przez okienko, a nie moze sie utrzymac, mowi ze ma rece za slabe. Po paru dniach nabral wprawy i sam sie utrzymuje. Jak jeszcze posiedzimy to w koncu wyrwie te kraty.
Straznicy czasami przynosza herbate, czasami trzeba dluzej poczekac, ale samo wolanie straznikow jest troche takim im dokuczaniem i Jonasz moze troche odregowac trudy niewoli. A jak dostaniemy juz herbate to mozna sie nie podzielic ze wspoltowarzyszami, szczegolnie Arab od zlamanych serc, ktory nic nie chce jesc i wyglada na zalamanego (nieszczescia chodza parami) chetnie czestuje sie ciepla herbata. Walka o herbate stala sie naszym ulubionym zajeciem. Przy okazji probujemy sie dowiadziec co z nami bedzie, kiedy nas deportuja. Odpowiedz jest jedna: "Inszalach"(Jeden Bog wie, Wszystko w reku Boga). Na co Jonasz zakturums razem odpowiedzial "Proces", "Co?"- zapytalem. "Taka ksiazka.Sluchalem jej na plycie.Dokladnie tak samo bylo. Tylko bez INSZALACH."
Gdy ja uzywam "Inszalach". Jonasz zlosci sie, mowi ze nie jestesmy Arabami, i kategorycznie zabrania mowic do niego w jezykach obcych.
Tuz przed sniadaniem dolaczyl do nas Muhamed. Wiek nieokreslony, łysiejacy, spodnie dresowe, w rekach reklamowka. O jakis nieprzyjemny ten typek, pomyslelismy. Ale co tam. Wystarczy ze my jestesmy przyjemni. Szybko okazalo sie w jakim bylismy bledzie. Muhamed stal sie naszym tlumaczem i przewodnikiem po orietalnej rzeczywistosci. Znal angielski i rosyjski. Po osmiu latach wracal z Rosji z rodzina do domu. Pomimo iz wiele widzial, nasz przypadek wielce go zdziwil: "Za rysunki?! Prezydenta rysowaliscie?" Jakiego prezydenta? Kaczynskiego ? -Nie. Asada?. Prezydentow nie rysujemy.
On sam wracajac do swej ojczyzny wiedzial jak bedzie przywitany, i na takie powitanie przygotowany byl. Jakies administracyjne zawilosci sprzed lat. Teraz czeka az brat przyjedzie z Damaszku samochodem i z eskortujacym go policjantem zawiezie go przed stoleczny sad gdzie go uwalnia, lub poczaka az syryjskie panstwo kiedys zorganizuje transport i tez zawiezie do Damaszku.
Sniadanie tego dnia bylo bez spiewow Araba. Nikt nic niemowil, na srodku celi rozlozono na foli spozywcze produkty i w ciszy wszyscy zabrali sie za jedzenie. Jednak ciszy nie bylo, mlaskania i echo po wczorajszych piosenkach bylo jeszcze smutniejsze od samych piosenek. Niesmakuja najlepsze oliwki, soczyste pomidory, pasta z sezamu, wielkie placki chleba rwane na male kawalki by maczac je w jogurcie, by brac nimi sery, niesmakuja, niesmakuja, niesmakuja bez ciebie... ostre papryczki tym bardziej. No moze Turkom papryczki smakuja,bo chrupia je jak ciasteczka.
Smutki smutkami, ale zycie toczy sie dalej tak przynajmniej uwazaja Turcy. I szybko je organizuja. Na poczatek maly kibelek przemieniaja w pralnie i juz piana obficie wypelnia kibelek, a w celi zamienionej na suszarnie powiewaja gatki i koszulki.
Czyscutcy! Teraz moga pojsc na zkupy. Przywoluja klawisza i gdy ten sie zjawia, Ali najwiekszy z Turkow, w klawiszowa kieszonke wsadza plik banknotow. Klawisz pokazuje swoje zmieszanie, na co Ali poklepuje go po ramieniu i wysyla go do sklepu. Na poczatek tekstylia, przeciez trzeba wygladac. Klawisz przynosi ruzne porcieta i koszuliny, Turcy ze za male, ze za duze. Jak rasowy kupiec zawija swoje towary i biegnie po nowe. Lysiejacy grubasek, na tlustej i blyszczacej od potu twarzy, blyszcza male oczka, ktore szaleja gdy turek siega do kieszeni po kolejne banknoty. "One man shop" ma bardzo pracowity dzien pomimo ze to dzis piatek dzien wolny i biega do sklepu, spelniajac jak Aladyn zyczenia Turkow. Turkom sie nudzi no to biegiem po karty do gry, papierosy sie koncza-zaraz beda, w brzuchu burczy trzeba wtachac wielkie reklamowki z obiadem.
Korzystajac z dobrodziejstw cywilizacji, telefonicznie kontaktujemy sie z ambasada. I tu okazalo sie ze jestesmy na wolnosci, tak powiedzial Pan w ambasadzie i jeszcze powiedzial ze jemu powiedzial tak jeden Pan w syryjskim sadzie.
Tak wiec swietujemy wolnosc i odbieramy telefony, pierwsza zadzwonila ciocia Ania, a potem sama Mama. No i jak tu wytlumaczyc nasza nowa zabawe, tym bardziej ze trzeba cicho mowic bo straznik moze uslyszec. Ale udalo sie chyba wszystko wytlumaczyc. Jonasz tak sie ucieszyl ze wszyscy w celi tak sie cieszyli jak by do nich wszystkich Mamy zadzwonily, niestety pozniej troche sie podlamal, i przez pewien czas musielismy sobie radzic z tesknotami i smutkami.
Po poludniu zabieraja nam naszych dwoch Arabow,serdecznie sie zegnamy, zal sie rostawac, szczegolnie ze wygladaja na bardzo przestraszonych. Muhamed tlumaczy ze nic im nie zrobia, posiedza w areszcie pare dni, stana przed sadem i ich wypuszcza. Niedlugo po tym dolacza do nas Libanczyk. Jakis taki spokojny i zamyslony siadl pod sciana i do nigogo sie nieodzywal. Po jakims czasie gdy Jonasz pograzyl sie w lekturze, zagadal ze ma taka sama ksiazke. Podobienstwo jednak trudno bylo dostrzec, grubsza, zlote zdobienia no i jakis alfabet dziwny. Libanczyk okazal sie ormianinem i przyjechal do jakiejs wspolonty chrzescijanskiej, ale zanim do niej trafi, trafil do wiezienia. Chrzescijanina odwiedzali chrzescijanie by wspolnie sie modlic i wspierac swego brata. Proceder modlitwy rozpoczynal sie gdy we wspominanej juz kieszonce straznika znalazl sie plik banknotow, wtedy drzwi celii otwieraly sie i na jakis czas chrzescijanin opouszczal cele w celu odbycia praktyk religijnych . W chrzescijanskim gescie chrzescijanie przyniesli nam lody.
Nawet w wiezieniu nie mozna byc wolnym. Lezymy patrzymy w sufit, nuda, nagle Jonasz pyta: "Tato! Kiedy zaplacisz mamie alimenty?"
Zbliza sie kolejana noc, kolacja z pysznymi frytami, mezuin usypia swa kolysanka, jeszcze pozegnamy straznika prosba o czaj i kladziemy sie wygodnie na podlodze. Dobranoc.
Jonasz juz spokojniejszy, o nasze rzeczy. Jak ich nieodzyskamy, to fajnie bedzie wracac do domu bez pieniedzy i plecaka, przynajmnie nie bedzie ciezko.
W poludnie pojawia sie czlowiek ktory przedstawil sie ze jest z polskiej ambasady. Arab w srednim wieku w okularach, zobaczyl czy rzeczywiscie istniejemy i powiedzial ze bedziemy deportowani i ze pozniej przywiezie nam jedzenie. Probowalismy powiedziec o zabranych pieniadzach i o bagazach o ktore tak bardzo martwil sie Jonasz. Jednak i na nim nasze problemy nie wywarly chyba wrazenia bo rowniez i on powiedzial beznamietnie: "czekac".
Kraków, 5 września 2008
No tosmy dojechali.
Na Bliski Zachod czyli do Szczecina planujemy dotrzec w niedziele.
Podczas naszej wycieczki finasowo wsparli nas Piotr Muszyński i Daniel Duda. Bardzo dziekujemy.
Poprawka do ostatniego odcinka.
Gdy do celi wmaszerowali Turcy. Jonasz powiedzial: Oni tez rysowali?
Jonasz i Romek
30 sierpnia 2008
Spotkalismy grupe mlodych Polakow z Trojmiasta. Zaprosili nas do hotelu. Kompletny odjazd. Wykuty w skale. Pokoje z lazienka. Widok z tarasu prawie na cala Kapadocje.
Jonasz zapragnol wydluzyc trase o 3 dni. Jeszcze sie naradzamy.
Do nastepnego kontaktu albo z Turcji, albo z Polski. Jonasz sie rozkreca i dopowiada: albo z Japonii.
Rano na korytarzu pojawili sie interesanci. Przez male okienko stojac na palcach mozna pobserwowac sobie interesantow. Starszych i mlodszych,biegnacych, spacerujacych, kobiety w normalnych strojach jak i tradycyjnych nawet dzieci przechodza po korytarzu.Tylko Jonasz jest niezadowolony, bo jest za niski i zeby cos zobaczyc musi sie podciagnac na kracie, wiec stale prosi bym go podsadzil. Postanowilismy poawanturowac sie troche. Moze cos sie dowiemy, moze cos dostaniemy, a pozatym trzeba sie czyms zajac, robienie awantur to jest to. Jonasz kladzıe sie na ziemi, ja wale w drzwi i gdy widze ze ktos zbliza sie do celi rzycam haslo:¨UMİERAJ¨. Jonasza dotykaja wtedy wszystkie nieszczesca swiata, lezy wtedy na ziemi trzyma sie za brzuszek, glowe, noge, reke i co tylko moze, i ma najsmutniejsza mine swiata. Straznik zaglada przez okienko, ja pokazuje na Jacha i tlumacze ze sie zle czuje, ze musi sie napic, ze w hotelu w plecaku sa lekarstwa. Po kilku takich dzialaniach zapraszaja nas do pokoju, gdzie jest szesciu policjantow. Jeden nawet mowiacy. Niestety najwyzszy ranga jest kretynem (widac jakie predyspozycje potrzebne sa do awansu) zna pare slow w europejskich jezykach i daje przedstawienie. Chyba bardziej dla policjantow patrzacych. Pokrzykuje, macha rekoma. Wreszcie zgadza sie na to ze ktos przywiezie plecaki z hotelu. I mowi ze prawdopodobnie dzisiaj odwioza nas na granice, i dostaniemy jedzenie.
No to czas zajac sie lektora, troche pograc w kolko i krzyzyk, no i pogadac.
Po dluzszym czsie dostajemy puszke napoju i jednego falafela. Tak dlugo go niesli ze bardzo namukl i srednio nadawal sie do jedzenia. Falafel to kotlecikİ z cieciorki zawiniete w placek z pomidorami i jogurtem.
Po poludniu drzwi sie otwieraja i do celi wchodzi dwoch nowyh lokatorow.
Jonasz mierzy ich wzrokiem i chce ich wyrzucic. ¨Gdzie sie pchaja do naszej celi.¨
Szybko dowiadujemy sie ze to Syryjczycy. Co tu robia Syryjczycy. Okazuje sie ze beda deportowani do ...Syrii. Coraz bardziej nam sie tu podoba! Pokazuja bilety lotnicze na ktorych widac ze przylecieli z Grecji.
Arabowie wygladaja jak z dyskotekı czysciutkie dzinsy kolorowe koszule buty do szpica, ladniusio ostrzyzeni. Jeden z nich ma tatuaz - przebite serce. Widac nie jedno juz zlamane. Tylko z tatuazu nie widac czy to jemu nieraz zlamano, czy on niejedno zlamal.
Syryjczycy znaja sie na dobrym wychowaniu. Krotka rozmowa ze straznikiem, pare baknotow i po chwili w celi pojawia sie obiad. Kurczak, chleby-wielkie okragle placki, ryz i butla zimnego, gazowanego napoju. Zapraszaja nas do stolu. Stol zmontowany z gazety. Troche dziwia sie ze kurczaka nie jemy.
Po obiedzie zaczynamy walenie w drzwi. Mowimy ze mieli przuniesc plecaki. Angielsko jezyczny mowi ze tamten to co z nami rano gadal to ¨krejzimen¨ i nikt plecakow nie przywiezie.
Jonasza to strasznie dobilo postanowil dokuczac gospodarzom ile mu sil starczy. Juz przyszlo popoludnie, niema interesantow, policjant zostal jeden. Walimy w drzwi, pokazujemy Jonasza i zadamy czaju. Potem i potem. Nasilamy akcje. Niechce dac czaju, to zadamy lekarza. Jonasz tak sie staral ze zaczynam przypuszczac ze moze jest zeczywiscie chory, lecz gdy straznik odchodzi od drzwi zaczyna brykac. Mowie mu ze by uwazal, po nie zauwazymy jak podchodzi straznik i co mu powiemy: o cudownym uzdrowieniu. Za ktoryms razem udalo sie: dzwoni po lekarza. Lekarz przybyl z asystentem, mowi po angielsku. Po badaniu stwierdza ze Jachu powinien jesc i pic. Mowie mu jak wyglada sytuacja i zeby powiedzial straznikom. On na to ze mi powiedzial i ze im nie moze nic powiedziec. Chcial dac jakis zastrzyk, lecz poza zastrzykiem pienieznym innego nie potrzebujemy. Zdecydowana postawa Jonasza i moja dala mu jasnosc ze tu zastrzykow se nie porobi.
Jednak cos podzialalo i gdy doktor odjechal, dostalismy pollitrowy kubek herbaty. Szczegolnie cieszyl ze moglismy poczestowac naszych syryjskich kolegow.
Pod wieczor drzwi celi otwieraja sie jeszcze raz i wmaszerowuje do niej jak zastep harcerzy 9 facetow. Stoja w szeregu a pan klawisz sprawdza im kieszenie.
Jonasz jest prawdziwie oburzony. Dwoch ¨naszych¨ syryjczykow ok, nawet bardzo fajnie ze sa z nami, ale ci gdzie sie pchaja. 9 Turkow. No to jest nas13.
Turcy od poczatku wykzuja aktywnosc w dziedzinie handlu, i po chwili kazdy jest posiadaczem paczki papierosow. Po chwili jest siwo od dymu, okadzili cala cele. Pewnie jacys religijni.
Turcy bardzo szybko okazuja sie bardzo fajni ( naszczescie nic nie slyszelı o wiedenskiej viktorii), znamy pare wspolnych slow ktore ulatwiaja nam komunikacje. Pracuja w Arabii Saudyjskiej i zdarza sie czasami w drodze do domu zatrzymac na chwile w syryjskim areszcie deportacyjnym.
Turcy kolacje zorganizowali jak nalezy. W koncu niepoto ciezko pracowali na obczyznie by teraz glodowac. Oliwki, jogurty, chleby, pomidory i przedewszystkim picie do woli, woda i inne napoje. Siedzimy w kolo na srodku celi rwiemy kawalki chleba maczamy w jogurcie zajadamy sery. Tylko jeden z Syryjczykow niechce jesc siedzi w rogu i spiewa. Tak smutno. Czy jeszcze Cie kiedys zobacze? Ze wszystkie gwiazdy nieba, bledna przy twoich oczach. I ze wlosy, ze lubie kiedy, ze na mojej twarzy, ze laduja. Czemu tak smutno?
Po kolacji niespodzianka, niewiarygodne Turcy przemycili telefon. A z kibelka zrobili budke telefoniczna. No to se podzwonimy. Pierw ambasada, ta jednak okazala sie niezbyt dobrze wychowana i nie odebrala od nas telefonu. No to gdzie by tu zadzwonic. Przypominamy sobie wszystkie numery. W obawie ze moze nie zrozumiec naszej nowej przygody, postanowilismy do mamy nie dzwonic. Postanowilismy wyslac sms do Slawka, bo bylem pewny ze dobrze pamietam jego numer, no i facet nieglupi, w razie klopotow bedziemy wiedziec ze ktos w Polsce wie. Chwile po esemesie, jeden z Turkow podaje mi telefon. Po drugiej stronie Slawek, kompletnie zaskoczony. Ja stojac w kibelku probuje mu wszystko wytlumaczyc. Nie jest latwo, Slawek zaskoczony pyta co my rysowalismy, Turcy pukaja do drzwi zeby ciszej, Jonasz co chwile zaglada. Ale jestesmy szczesliwi, czujemy jakby udalo nam sie wyrwac z pulapki. W celi zrobilo sie ciasno. Ale jestesmy szczesliwi. Dobranoc.
Goreme,29 sierpnia 2008
Jestesmy w Kapodocji, wioska Goreme. Noc spedzona w opuszczonej grocie, wykutej w skale.
Ruszamy na zachod. Na Bliski Zachod. Nam bardzo bliski. Przy pomyslnych wiatrach za trzy dni w Krakowie.
Drugi dzien syryjskiej przygody.
Rano poczatkowo nic sie niedzialo, siedzielismy a policjanci jak to policjanci krecili sie bez sensu. Proby dowiedzenia sie czegokolwiek koczyly sie informacja ze pojedziemy do jakiegos urzedu i bedziemy wolni. Zajelismy sie rozwazaniami, czy po prostu im nie zwiac i chocby zadzwonic do ambasady, ale wydawalo nam sie ze to jakies bezsensowne formalnosci i mozemy tylko pokomplikowac sytuacj, a pozatym niemielismy paszportow, kasy i wraz z nimi zatrzymali nasze rysunki. Z rysunkami to Jonasz caly czas sie martwil ze nas zatrzymali bo moze brzydko rysowal.
Wasty policjant (ten co nas zatrzymal)sporzadzal jakies notatki na nasz temat w koncu chcial naszego podpisu. Bez tlumacza niema podpisu.
Welcom Syria
Wreszcie gdzies nas wioza, trzech policjantow i osobowe auto.Gdy wychodzimy niektorzy mowia :"Welcome Suryija". Na pytanie co sie dzieje i gdzie jedziemy, odpowiadaja:"konjsulija". "Konsulija" to obskurny budynek otoczony wysokim murem z drutem kolczastym. Metalowa brama. Facet z wyjatkowo parszywa geba (ciekawe czy do takiej pracy zeby byc przyjetym trzeba taka posiadac, czy dostaje sie ja z wysluga lat) pcha lapska w moja torbe. Na pytanie co wyprawia, zaskoczyl mnie: "FETYSZ!" czytelnik Kapuscinskiego, czy moze fetyszysta. Gdy posiadacz parszywej geby zaspokjil swoje potrzeby. Poprowadzil nas dalej, podworzec i wchodzimy... To bylo najtrudniejsze w calej przygodzie, chwycilem mocniej Jacha, i powiedzialem ze tu nie zostaniemy wszystko sie wyjasni. Ciasne pomieszczenie pelne policjantow i wiezniow, czesc policjantow zajmuje sie wiezniami, czesc nic nierobi zdawalo by sie jednak, ich pozornie niepotrzebna obecnosc jest straszliwa dekoracja, jest informacja: z nami sie nie dogadasz bo my juz nie gadamy jestesmy koszmarnym wystrojem tego miejsca. Wiezniowie, czesc przerazona wyciaga skute rece i szeroko otwiera przerazone oczy. Czesc zachowuje sie normalnie widac dla nich to normalka. Wiezniowie spisywani, potem rozkuwani i wpychani do celi. Jak straceni do piekla, gdzie klebia sie i wystawiaja rece za krat, na dowut ze jeszcze zyja.
Nam kaza na cos, na kogos, czekac. Probuje cos sie dowiedziec oczywiscie sciana. Do policjanta ktory nas przywiozl odzywam sie: "Konsulija?", ten nic niemowi spuszcza wzrok, slad czegos ludzkiego. Jak wtym koszmarze uspokojic Jonasza, jak cos sie dowiedziec? Wreszcie po prawie godzinie. Lysol ktory spisywal wiezniow i wydaje sie najwazniejszy, zainteresowal sie nami, czyta papiery ktore z nami przyjechaly drze sie na policjantow z turystycznej policji i pokazuje ze jestesmy wolni. Jonasz cieszy sie niesamowicie. Ja mu mowie zeby jeszcze poczekal bo to wyglada na niezly balagan i pewnie sami niewiedza jak z tego wybrnac. Speszeni turystyczni policjanci wiaza nas do hotelu. Trafiamy znowu do bohatera a ten daje pokazowe. Laja jak tylko mozna naszych wozicieli. Po czym mowia ze pojedziemy do konsulatu i juz bedziemy wolni. Po co do konsulatu? jeszcze raz chcem tlumacza i telefon do ambasady. Ale to gadanie ze sciana. Juz nie jestesmy pewni czy dobrze zrobilismy nie zwiewajadz. Schodzimy po schodach i nerwowo naradzamy sie co zrobic, nic madrego nie mozemy wymyslec. Wychodzimy na ulice ta namiastka wolnosci sprawia ze podejmujemy decyzje nie wsiadamy do auta bez tlumacza." Konsulija konsulija" powtarzaja oglupiali policjanci i proboja mnie wepchnac do auta. Nic z tega nawet kawalka mnie nie przesuneli. Jeden probuje wsadzic Jonasza, wiec go lapie i przytulam. Jacho po chwili krzyczy, na pytanie czy cos mu zrobili mowi ze to ja go za mocno scisnolem. Poblicznosc zebralismy juz spora. Wszyscy chca pomagac. Oczywiscie pomocnicy potrafia tylko"Inglezi". W ktoryms momecie Jonasz spory kawalek odbiegl i jeden za nim, leczJachu stanol i krzyczy czy ma uciekac mowie ze nie zna miasta i bedzie gorzej jak sie rozdzielimy. Wreszcie podchodzi jakis mlody czlowiek, Arab mowiacy po angielsku. Zaczynaja sie rozmowy, publicznosc sie przysluchuja. Oni mowi ze jedziemy do konsulatu. Ja nato ze najpierw chcem zadzwonic do ambasady i chcem tlumacza. Od mlodego araba dostaje telefon. Dzwonie. Cholera. Automatyczna sekretarka "wybierz 130" Wasacz juz sie niepokoji. Wreszcie ktos odbiera. Kobieta nie mowi po polsku. Wasacz cmoka. Wreszcie jest polskojezyczny facet. Wasacz caly czas do mnie gada, a wraz z nim publicznosc. Probuje szybko nakreslic sytuacje. "Co z dwuletnim dzieckiem" dostaje lekcje ze powinieniem wiedziec do jakiego kraju jade. Ja ze tu jest szarpanka ciagna mnie do samochodu i zaraz przerwie polaczenie, co mam robic? Stawiac sie czy nie? "Pewnie was deportuja". Przerywa. Prosze Araba o numer jego tel zebym zadzwonil do ambasady podal, a oni odzwonia.. Cholera. Jest w Syrii od dwoch dni i nie nauczyl sie swojego telefonu. Dzwonimy jeszcze raz. Ciagna nas na gore. Znowu polaczenie z ambasada przez jakies sekretarki. Jest podaje szybko nasze nazwiska tym razem pan pardziej przytomniejszy prosi bym dal telefon komus kto wyglada na na najwyzszego stopniem, gada z wasaczem lecz nim dojdziemy do bohatera rozmowa znowu sie urwie. Tym razem wygadany zostal caly kredyt. Ustalamy ze pojedziemy jesli mlody arab z nami pojedzie. Oni sie zgadzaja. Pytam araba on mowi ze ok. Zapewniaja ze to tylko konsulat i formalnosci. W samochodzie rozmawiamy. Mlody Arab skonczyl studia i mieszka w Paryzu, pracuje dla jakiejs firmy handlujacej ropa, i przyjechal odwiedzic rodzicow. Nie moze uwierzyc za co zostalismy zatrzymani i pyta sie czy to byly jakies polityczne rysunki. To pytanie jeszcze nieraz powroci. Prosimy go ze gdyby cos bylo nie tak niech zadzwoni do ambasady, spisuje mu nasze nazwiska. Dojechalismy. Ten sam konsulat. "Francuz" widzi ze zostalismy oklamani. Zgadza sie pujsc z nami. Znowu przerazajace miejsce, przerazajace czekanie. "Francuz" probuje sie cos dowiedziec, ale jego tez zlewaja. Wreszcie kaza nam wejsc do celi, a jemu pojsc. No i znowu zadyma" Jonasz nigdzie nie wejdzie", no to pojedycza, tez nie skorzystamy. Dzieki pomocy "Francuza" pozwalaja nam siedziec na wprost biurka i czekac. Jemu kaza juz isc. Mowi ze na pewno zadzwoni.
Siedzac tak zaczynamy obserwacje, jedni policjanci prubuja cos zagadac, inni sa chamscy wrecz chca dokuczyc. Piekielko ma swoje prawa, do otwierajacego cele mozna szeptem zagadac,wlasciwie zaszelescic, i juz siedzi sie na laweczce kolo celi.
Po dluzszej czekaninie prowadza nas po olbrzymich, brudnych, korytarzach jakiegos budynku. Trafiamy przed sad. Sad 24 godzinny, nieostateczny. Choc wydawalo nam sie ze jestesmy w przedsionku piekla. Maly pokoik. Pan i Pani. Pastelowi. Pani w rozowej chustce, pan w niebieskiej koszuli. Popijaja herbate i zartuja sobie. Przeciez zycie jest takie piekne. Jestesmy niewidzialni, nie przeszkadzamy im, milo im sie rozmawia, nas nie potrzebuja, nas o nic nie pytaja, jest kolejny wyrok, znowu sie udalo, pokazuja ze bedziemy wolni, jestem dociekliwy, pani w swej laskawosci jakos daje dozrozumienia ze DEPORTACJA. Osmielam sie :Bagaze i pienidze. Pani przez chwile zaglebia sie w papierzyska by po chwili nas uspokojic :wszystko dostaniemy. "Welcom to Surija" . Rozowa pani blysla na pozegnanie znajomoscia jezykow.
Sprowadzaja nas znowu do przedsionka znowu czekanie. Juz osmielony dopytuje sie o pieniadze, ktore byly w kopercie z paszportami i naszymi rysunkami. Wreszcie ktos przeglada papiery i okazuje sie ze tam jest zapisane ze kase mielismy. Wszystko dostaniemy - zapewniaja. Jonasz troche spokojniejszy, ale ma juz nowe zmartwienie: Oddajcie nam pieniadze, zlodzieje i co bedzie z naszymi bagazami(na szcescie wszystko spakowalem i zostawilem w bagazowym roomie. Gdzies nas przewoza pomysl maja zeby nas skuc, sam sie skuje, ale kiedy indziej, nie beda nas skuwac. Z jakims skutym wiaza nas w wieziennej karetce. Zatrzymuja sie przy wiezieniu, jestem juz spokojniejszy bo wysiada tylko skuty. Pojechalismy dalej. Droga zakoczyla sie przed duzym budynkiem urzedu emigracyjnego. Jakas glupia nadzieja w nas wstapila ze tutaj z kims sie dogadamy, ze cos sie dowiemy. Budynek pusciusienki, chula po nim wiatr i facet myjacy podlogi. Na pietrze w jakims biurze, pojawia sie ktos... w spodniach od munduru i podkoszulce na ramiaczkach. Odbiera papiery i pyta sie czy mowimy po angielsku. Gdy zaczynam mowic o bagazach pieniadzach. Slyszymy: " for oklok for oklok dzeneral hier for oklok", zabiera nam aparat i wsadza nas do celi.
4m na 8, wysoka gdzies na 5, przyniej malenki kibelek z kranem tuz przy podlodze, zamykany na metalowe dzrzwi, o dziwo czysto, tylko kolo kibelka pelno plastikowych butelek. Wysoko dwa zakratowane okna. W rogu celi rzucone dwa gombkowe materace i koce. W obawie ze sa zamieszkale Jonasz otrzymuje zakaz zblizania sie do nich. No i napisy. Odrazu rzucamy sie do lektury. Niestety tylko jeden angielski. Wiekszosc tureckich i arabskich opatrzonych flaga iraku. Dosc szybko pojawia sie napis polski: "Tu robi sie ser dla ZSRR" i oczywiscie "bylem tu Tony Halik". Po upamietnieniu naszego pobytu w tym miejscu, przyszly Jonaszowe smutki, co z nami bedzie, ukradli nam pieniadze, musza nam gnoje oddac bagaz, ale tez odrazu sie pociesza dobrze ze nie wzielismy pieniedzy od cioci Krysi, ktore chciala nam dac przed wyjazdem, przynajmniej mniej sie oblowili. Czas zorganizowac cos do jedzenia i picia. Walimy w drzwi. Prosimy o cos do picia. Klawisz mowi ze trzeba dac kase, my mowi ze nam ja zabrali. Wreszcie przynosi herbate. Zbliza sie noc. W ten wieczor Jonasz opowie o wszystkich swojich kolegach. W plecaku czyste ciuchy, zarcie, spiwory, szkoda ze ich tu nie mamy. Jest za to tygodnik, misio (nawet pare), Pismo zwane Sw, teczka z rysunkami i duzy metalowy kubek (trzeba go umyc bo lezaly w nim pieniadze, ale mamy zapalniczke wiec troche go opalilismy). Jest jeszcze scyzoryk, bo gdy sprawdzal mi kieszenie i juz mial siegnac do tej w ktorej byl scyzoryk, Jonasz zaczol pytac sie o kibelek i tak straznik zapomnial o jednej kieszeni.
Na kamiennej pdlodze, przytuleni do siebie, na dobranoc mezuin smutno zawodzi, niech se zawodzi, i tak sie stad wyrwiemy.
Jonasz i Romek z misiami z podrozy
Antakja,27 sierpnia 2008
No to trafılısmy do Antakji. Do Turka poznanego w syryjskıej celı.
Gdy dotarlısmy do mıasta,telefon ı Kenan po nas przyjechal. Zajezdzamy pod dom, a tam jakas komunıa, zjazd rodzınny nıewıadomo co. Jonasz doszedl w lıczenıu do 30 osob ı na tym poprzestal. Zastawıone stoly nad namı wısza kıscıe wınogron. Kobıety nıe maja zadnych chustek, normalnıe z namı rozmawıaja. Na stole raka wodka z wınogron ı anyzku.
Pomalu zaczynamy sıe orıetowac w sytuacjı. Nası gospodarze to arabowıe, gdyz ta czesc kraju dawnıej nalezala do Syrıı, a wynıku konszachtow francozuw z Ataturkıem przypadla przed wojna Turcjıı. Dodakowo czesc naszych gospodarzy jest szyıtamı. Tak wıec bawımy sıe na calego. Ktos mowı troche po angıelsku, ktos po nıemıecku no ı jest raka. Przy kolejnej nalewanej mı szklance Jonasz mowı: Juz wıem po co tu przyjechales. Pıekne kobıety, wınogrona, pyszne jedzenıe ı tylko jak tu zapamıetac kto jak ma na ımıe l kto czyım jest wujkıem, dzıadkıem, bratem. Wszystko to jedna rodzına. Ktos przynosı jakıs arabskı ınstrument ı juz wszyscy spıewaja. Szalenstwo.
Wczoraj pojechalısmy zobaczyc koscıol w ktorym nauczal sw Pıotr ı Pawelnıestety w remoncıe, nad morze po kapıelach, tunel Tytusa, prawdopodobnıe Tytus tutaj byl w ktorejs ksıedze..... musze konczyc nası gospodarze musza wyjezdzac ı wywıaza nas w strone Kapadocjı. Przednamı jeslı sıe uda to krotko Kapadocja ı kıerunek Krakow. Jonasz juz w kolko mowı o polskım jedzenıu.
Urfa,24 sierpnia 2008
Jezdzilismy sobie po Kurdystanie. Bardzo milo. Inaczej niz w zachodniej Turcji. Czesto trafiamy do domow. To nalezy do do surealistycznych wydarzen i opiszemy po powrocie.
Po przeprawieniu sie promem przez Eufrat, trafilismy na gore Nemrut (wysoka na 2200)na terenie parku narodowego. Nemrut Dag slynie z tego iz 50 lat p.n.e. lokalny wladca Antioch, zapragnol sie wylansowac. Na najwyzej gorze swego krolestwa postawil bostwom helenskim i perskim posagi(z ktorych w wiekszosci pozostawaly glowy). Dzis dzieki niemu chinczycy moga produkowac pamiatki-miniaturki glowek, tureccy potomkowie najezdzcow z Azji wyznawcy islamu je sprzedaja, a europejscy wlascicele biur turystycznych organizuja wycieczki.
Kawalek od szczytu znajduje sie budynek przypominajacy schronisko w Morskim Oku. Tu wysiadka z samochodow i dalej pieszo pod gorke. My mamy szczescie, gdyz gdy bylismy na gorze poza nami nie bylo wielu zwiedzajacych. Tak sobie pogladalismy wielkie glowy.
Gdy pod wieczor zaczelismy schodzic z gory, pod gore zaczol wchodzic tlum turystow. Przedstawiciele roznych nacji dzielnie wspinali sie na gore. Nagle widzimy jadace na mulach trzy wloszki. Na samym przecie najtlustsza jedzie. Nie tylko jedzie, wzosi okrzyki:"Mama mija", i jakby jej bylo malo mula, uwiesza sie na przewodniku ktory prowadzi zwierza. Przewodnik starszy Turek zlany potem (przedtem chyba niebyl), caly czas probuje wepchnac Wloszke na mula, lecz ta pomimo jego zabiegow caly czas przechyla sie w jegostrone, jakby chciala powiedziec:"Tylko ciebie chcem moj Turku, tylko ty wnios mnie na najwyzsze gory". Goraco, bardzo goraco. Te zmagania milosne jedynie mula niewzruszaja, ktory spokojnie to znosi, a raczej wnosi. Wszyscy wchodzacy i ci co odwracali wzrok nie mogac patrzec na ten dramat, i ci co wzroku oderwac niemogli od tego zjawiska, obawiali sie ze lada chwila Wloszka spadnie na Turka wcisnie go w ziemie, a mul z rykiem jak oszalaly pogna przed siebie. Potem by miejsowi pokazywali miejsce odcisniete w ziemi i opowiadali o wielkiej milosci starszego Turka, do cudzoziemki przybylej zzamorskich krajow, I nikt by niewspomnial ze Turek nie zginol z milosci do Wloszki, lecz z milosci do paru lirow ktore probowal tak zdobyc.
Noc niezapomniana. Nareszcie zimno. Jonasz ubrany w co tylko mial, z plecakow parawan od wiatru. Mimo to spiwor lopocze jak flaga. Wtuleni patrzymy w niebo. Gwiazdziste znowu, tysiace...
W nocy obudzili nas wchodzacy na wschod slonca. Jonasz poczatkowo niechcial lecz pozniej bardzo byl zadowolony bo tego dnia wschod sie nie odbyl i z duza satyswakcja podziwial miedzynarodowy tlum czekajacy z aparatami i kamerami na slonko. Tego dnia zamiast slonka byly piekne chmurki. My wolac zamiast zjawisk atmosferycznych gastronomiczne, z duza satysfakcja zjedlismy ostatnia zupke chinska.
Ur, Urfa, Edessa, Sanliurfa miasto Abrahama i Hioba, krzyzowcow, i Mandylionu. My czujemy sie tu dziwnie niepasuje cos tu, niejest to orient ani europejska Turcja, pelno meczetow ale czuje sie swiecki charakter, nawet pielgrzymki z calego swiata islamu do groty Abrahama wiecej czasu poswiecaja na karmieniu ryb plywajacych w stawach w parku,ktory miesci sie kolo groty.
Jutro rano wyjezdzamy. Jesli uda nam sie dodzwonic do poznanego w syryjskim areszcie Turka to jedziemy do Antjaki i wtedy sie jeszcze odezwiemy. Moze do Harranu sladem Abrahama? Jesli nie to kierunek Kapadocja i Polska. Wtedy listy beda juz z Krakowa.
Jeszcze rano sprawdzimy poczte gdyby ktos zapragnol kurdyjskich portek.
Urfa,23 sierpnia 2008
Jestesmy w Urfie. Przesylam opis pierwszego dnia naszej syryjskiej przygody. Jest nam dosyc trudno wjezdzac do miast(ze wzgledu na brak kasy) gdzie moglibysmy dluzej popisac. Jezdzimy po prowincji,bo tam nie potrzebna jest kasa, ale za to jest utrudniony dostep do internetu.Gdyby sie nie udalo nigdzie dluzej popisac, to za pare dni wracamy przez Krakow, i tam od razu wezmiemy sie za pisanie.
Wzorem ubieglych lat Jonasz rzucil pomysl sklepu. Oferta tym razem skierowana do panow, Piekne kurdyjskie portki. Krok ponizej kolan. Kurdowie prekursorami hiphopowego stylu(jak widzicienie niepruznujemy i dla nauki dokonujemy znaczacych odkryc). Kosztuja 99 zl, kolor szary lub czarny. Oferta wazna niestety tylko do jutra rana, bo chcemy z tad wyjechac. Jesli ktos jest zainteresowany, to szybka odpowiedz, kase mozna wplacic w tygodniu.
Wazne:
Jonasz przeczytal juz wszystko co mielismy do przeczytania,iteraz mamy problem. Czy jak tutaj czyta to podnosi poziom czytelnictwa w Polsce czy w Turcji? W jakich statystykach bedzieujete jego czytelnictwo? Polskich czy tureckich?
A tak wygladal nasz pierwszy dzien:
Zapakowalısmy do torby: pere misi, przybory do rysowania, cos do czytania, i wyruszylismy obejrzec starozytne Aleppo. Po paru godzinach chodzenia po chrzescijanskiej dzıelnicy, ogladania opustoszalych kosciolow chrzescijan ktorzy przed wiekami rozpalali sie dyskutujac o monofızytyzmie i innych trudnych wyrazach(tak trudnych ze juz chyba wszyscy o nich zapomnieli), blyszczacego srebra w ormianskich sklepach z bizuteria, Postanowilismy rysowac. Juz poprzednıego dnia to robilismy i wyszlo nam to nienajgorzej, w jednym mıejscu zrobil sıe tlumek i policja zasugerowala zmiane miejsca, w drugim przy sklepach na bogatszej dzielnicy poszlo calkiem dobrze.
Tym razem stanelismy na deptaku. Blyskawıcznıe pojawil sıe tlum przepychajacy sıe by zobaczyc co robımy. Rownıe blyskawıcznıe pojawıla sıe policja.Pare minut sie przygladala temu co robimy. By powiedziec ze mamy sie zwinac. Co uczynılısmy bez wıekszych rozmow, bo rozmowni nie byli. Gdy zaczelısmy sıe oddalac, dali nam do zrozumıenıa ze chcıeli by znami jednak porozmawıac... na komisariacie. Zastanawialismy sie czy im nie zwiac. Lecz uznalismy ze to jakas formalnosc, albo cus takiego wiec dla swietego spokoju udalismy sie z nimı. Komisariat do spraw turystow zajmowal pierto w jednym z hoteli w centrum miasta.
Posadzono nas na lozku w pokoju gdzıe policjanci sobie piknikowali. Siedzimy, zajadamy pistacje, chwalimy sie swoimi rodzinami, czyli kompletnıe bez sensu. Zastanawiamy sie jak to dlugo potrwa. Pojawia sie wrescie jakis troche angielskojenzyczny policjant i zaczyna rozmawıac. Dowiadujemy sie ze jeden z tych co nas przyprowadzil (wygladal najmnıej sympatycznie i tak jakby liczyl na awans lub order )zadzwonıl do przelozonego i sprawe zaczol nakrecac. Pokazujemy mu zdjecıa z naszych poprzednıch wycieczek i opowiadamy ze rysowalismy juz w wielu krajach. Za chwile pokazuja ze mamy gdzies przejsc. Czasami trzeba daleko podruzowac by zobaczyc inny swiat. Tu wystarczylo pare krokow.
Na koncu korytarza pokoj z eleganckimi, pufiastymi meblami obitymi tkanina zloto niebieska, ozdobiony sztucznymı kwiatami, ogromne biurko, mily chlodek wytwarzany przez maszyne wytwarzajaca mily chlodek. Krolestwo. Krolestwo grubego generala. Grubas, wasy, odery, waznosc, grubosc, wasatosc, grubastosc. Grubas wazny niesamowicie. Grubas pelen ambicji. Jego piers obklejona symbolami orderow, olejny obraz wiszacy na scianie na ktorym jest sportretowany w berecie i czarnych okularach, Obraz wıekszy od zdjecia panujacego prezydenta Basara. Zniewalajace podobienstwo do Sadama Husajna, taka grubsza wersja Sadama. Gesty, mimika swiadcza ze to nie byle kto.
W pomieszczenıu siedzi dwoch przyjaciol naszego gospodarza, popijajac z nim kawkeherbatke. Sadzaja nas na jednej z kanap. Angielskojezyczny policjant pokazuje nasze zdjecia, opowiada o nas tak jakbysmy byli niewinni. Nasz bohater wydarl sie na niego. Policjant odchodzı wycofujac sie tylem i klaniajac sie. I tak klaniajacy sie pozostanıe wnaszej pamıeci bo juz wiecej go nie zobaczylismy. Mamy nadzieje ze nie zrujnowal swojej kariery wypowiadajac sie w naszej obronie.
Dalej siedzimy patrzac w sufit, nasz bohater troche rozmawia ze swymi przyjaciolmi troszke oglada z nimi nasze zdjecia potem paszporty, potem znowu sobie rozmawia z przyjaciolmi by za chwile sprobowac spisac nasze nazwiska po arabsku. Wreszcie po kogos dzwoni, po pol godziny pojawia sie chlopak ktory ma byc tlumaczem. Na wstepie pszeprasza nas, ze mowi slabo po angielsku. Prosimy o kontakt z polskim konsulatem w Aleppo lub ambasada w Damaszku. Dowiadujemy sie ze to tylko formalnosc przenocujemy na posterunku i jutro bedziemy wolni. Tymczasem wspolnymi silami zabrali sie do spisania naszych danych. "Tlumacz" czyta z paszportu nasze nazwiska i dyktuje bohaterowi. Ten przejawia coraz wieksze zdenerwowanie gdy tlumacz z niesmialoscia poprawia jego zapiski. Gdy juz dzielo mialo sie ku koncowi nasz bohater zaczol wypowiadac:"ministryinterior". Tak to wypowiadal ze wydawalo sie ze zapragnol byc ministrem i wyobazil sobie ze dzieki zlapaniu nas nim zostanie. Wreszcie z "tlumaczem" doszlismy ze chodzi mu o to kto wydal paszporty. "Wojewoda zachodniopmorski"- grzecznie poinformowalem. Zapadla cisza, nasz bohater odlozyl dlugopis i oslupialy spojrzal na mnie. "Wojewoda zachodnopomorski" powtorzylem. Dlugopis wrocil w lapke bohatera a za biurka dobieglo sapaniostekanie przemieszane z "woj woj woj rski woj za woj". "Wojewoda zachodniopomorski" powtorzylem. Bohater cisnol dlugopisem ktory przejol skulony "tlumacz" i umiescil naszego wojewode w bardzo waznych notatkach bohatera. Pytaja nas o pieniadze, jak podruzujemy, Mowimy ze mamy. Bohater kaze je pokazac. Jonasz szepcze zeby tego nie robic. Mowie mu ze musimy pokazac ze mamy srodki na swoje utrzymanie, bo bohater uznal ze przyjachalismy do Syrii zarobiac. Pokazujac nasza kase bedziemy bardziej wiarygodni. I tak na biurku laduje: 85 dol, 35 euro, 5 tureckich i 400 funtow syryjskich. Zostana one z paszportami rysunkami i kartka napisana po arabsku o naszej wycieczce. Bohater nie pruznuje i pragnie dowiedziec sie co mamy w torbie. Rzucil sie na nia jak wygladnialy smakosz na ulubiona potrawe. Z wprawa i wyrafinowaniem zabral sie za nia. Wkladajac w torbe leb i lapska, gmeral w niej by pochwili z trumfem wyciagnac jakas rzecz i wszystkim pokazac. Najdluzej zatrzymal sie i zaciekawieniem ogladal "Tygodnik Powszechny" widac bylo ze jak naprawdziwego bohatera przystalo mial intelektualne zaciecie. Na koniec lektury zapytal czy to turecka gazeta. Jonasz przypomina ze byl to numer poswiecony antykoncepcji-moze to go tak zainteresowalo. Za to misia wziol w dwa paluchy jakby z obrzydzeniem, triumfalnie podniusl do gory i rzucil z pogarda na biurko.
Gdy zakonczyl kolejne w swym zyciu bohaterskie czyny, jeszcze raz poprosilismy o wykonanie telefonow do polskiej ambasady, podajac numery z przewodnika. Bohater odkryl po wlasnorecznej probie wykonania telefonu ze to nie sa dobre numery i nikt nie odpowiada.
Poszlismy spac do jednego z biur, gdzie na podlodze rozlozono nam koce. "Tlumacz" zapytal sie czy nasze rysunki byly polityczne i powiedzial ze juz bysmy byli wolni tylko bohater zaczol gdzies wydzwaniac.
Noc byla by znosna gdyby nie straszliwe tortury jakie nam policjanci zgotowali. Co pare minut przychodzil jakis siadal przygladal sie, by po chwili zapytac : "Inglezi?". Ja sie zrywalem z nadzieja ze moze wreszcie z kims sie dogadam. Gdy z nadziejapytalemczy mowi poangielsku zwyklez duma odpowiadali: "no inglezi no".
Jonasza nastroje tej nocy to zlosc i poszukiwanie pomysly na dokuczanie naszym gospodarzom w czym musialem go troche hamowac w obawie przed tym by niepogorszyc sytuacji. Musze tu nadmienic ze Jonasz podczas przesluchania wykazywal postawe bohaterska,nakazdym kroku wykazywal niechec, a nawet pewna pogarde do bohatera, tak ze nawet "tlumacz" prosil by tego nie robil.
Tak zakonczyl sie poczatek naszej syryjskiej przygody.
Wan,19 sierpnia 2008
Bardzo krotko bo facet w recepcjı hoteloej wpuscıl nas na mınute. Jesesmy na jezıorem Wan [zobacz] kolo mıasta o tej samej nazwıe. Dzıen odpoczynku. Jonasz bardzo byl zmeczony droga a i awanturu syryjskıe daly nam sıe we znakı.
Caly dzıen przesıedzıelısmy w podupadlej knajpce przy jezıorze. Kelnerzy z nudow zajmowalı sıe namı. Nıkt nıe ma pretensjı oto ze nıc nıe kupujemy. Przynosza nam zarcıe. Patrzymy na morze. Caly czas zapomınamy ze to jezıoro. Slone, brzegu nıewıdac, szum fal.Jonasz smıeje sıe czytajac mumınkı. Rano ruszamy w droge po wschodnıej Anatoljı. Wiem ze czekacıe na opowıescı z Syrii, nıestety nıgdzie na dluzej nıe znalezlısmy ınternetu, ajest co do pısanıa.
Mam nadzıeje ze juz nıedlugo uda sıe to wszystko opisac.
Dzıekı za wszystkıe lısty.
Jonasz i Romek
w klawıaturach tureckıch w mıejscu i jest jakıs ınny znak, mam nadzıeje ze da sıe to odczytac
Kilis,17 sierpnia 2008
JESTESMY JUZ W TURCJI. Male miasteczko KİLİS. PIERWSZY NAPOTKANY TUREK ZAPROSIL NAS DO SWEGO BIURA NA INTERNET.
DLA TYCH CO NIEWIEDZIELI TO ZOSTALISMY ZATRYZMANI W SYRII ZA RYSUNKI (JONASZ SIE MARTWII ZE ZA BRZYDKO RYSUJE) PO OKOLO 6 DNIACH DEPORTOWALI NAS.
MAMY STRASZNIE DUZO DO OPISANIA. NIEWIEM KIEDY TO SIE UDA. PONIZEJ WYSYLAM TEKST KTORY NAPISALISMY W DZIEN ZATRZYMANIA, NIESTETY NIEUDALO SIE GO WTEDY WYSLAC WIEC POCZYTAJCIE TERAZ.
RUSZAMY W STRONE URFY (SKAD WYRUSZYL ABRAHAM) a POTEM ZOBACZYMY JAK kONDYCJA JONASZA POZWOLI.
Allepo 12.08.08
Wczoraj wieczorem dotarlismy do Syrii.
Z wydostaniem sie z Istanbulu tak jak przewidywalem bylo ciekawie.
Gdy po marszu przez miasto dotarlismy do mostu na Bosforze, okazalo sie ze pomylilem mosty. To nie byl ten ktory potrzebowalismy. Ruch w strone Ankary odbywal sie na drugim. Samochod za samochodem lecz niestety zadnych ciezarowek, co ozaczalo ruch lokalny. Nasze lenistwo wplynelo na to ze postanowilismy nie szukac drugiego mostu i korzystac z tego ktory mamy. Mala dziura w plocie, krzaki, barierka i juz stoimy na poboczu szesciopasmowej ulicy, wymachujac kartka "ANKARA". Niedaleko nas stoji grupka policjantow zajeta jakas ciekawa rozmowa. Nagle zauwazaja nas i przez chwile zamarli jagby na ich atostradzie wyladowalo ufo. Najpierw niesmialo w nasza strone rusza jeden (najbardziej odwazny) za nim w pewnej odleglosci nastepni. Staraja sie jak moga wytlumaczyc ze tu niewolno lapac, a my z usmiechem im tlumaczymy ze my do Ankary. Jest bardzo milo. Niestety w sznurze samochodow policjanci dostrzegli miejski autobus. Zatrzymali go i wsadzili nas do niego. Tak z Europy do Azji przejechalismy autobusem miejskiej komunikacji i to bez biletu.
Droga przez Turcje nalezala do bardzo przyjemnych (jak to przez Turcje) i bardzo smacznych.
Szofer ciezarowki ktora jechaslismy do Ankary zatrzymal sie gdzies po drodze w sklepie na zakupy wrocil z siata zakupow i pojechalismy dalej. Po paru kilometrach przy atostradzie pod wiaduktem ktory dawal zbawczy cien, zatrzymal maszyne i powiedzial :"Kamion restaurant." Kucajac przy ciezaruwce, zaczol sporzadzac posilek. Po chwili zaczelo sie. Chrupiacy chlep, cieknace oliwa oliwki. Dlugo wspominalismy.
Antyp(Gizantyp) blisko Syrii znowu kierowca pyta sie czy chcemy cos zjesc. Czemu nie?
Wjezdzamy do miasta i okazuje sie ze wpadlismy w jakies pobozne towarzystwo. Dom modlitw czy cos takiego. Czujemy sie nieswojo. Ale w koncu przeciez obydwoje jestesmy absolwentami polskiego przedszkola i chociaz dzieli nas pokolenie to okazuje sie ze jestesmy doskonale przygotowani na ta sytuacje. Siadamy po turecku. I siedzimy. Siedzimy jak na tureckim kazaniu. Gdy nasi gospodarze tlumacza swiete ksiegi. Po kazaniu (streszczenie opuszcze) nastal czas posilku i czas gdy sprawdzily sie prorocze slowa naszch mam babek, ciotek i tych wszystkich co:"Gdzie wy jedziecie? Tam terorysty. Tam niebezpiecznie" Trafilismy w rece terorystow. Prawdopodobnie jest to jakas pokojowa frakcja terorystow. Po chcieli nas wykonczyc karmiac nas. Szczegolnie upodobali sobie Jonasza. Wyrafinowana robota. Jeden wciska Jonaszowi kawaleczek bulki z maslem i miodem, drugi podaje oliwke, kolejny juz podjezdza z pomidorkiem. Jonasz z pelnmi ustami krzyczy :"Wez im cos powiedz!" Po turecku wiem jak jest "Nie mam pieniedzy" i znam pare nazw produktow spozwczych. Ciekawe czy mam mowic ze nie mam pieniedzy czy wymieniac nazw produktow spozwczych? Po posilku doszlismy do wniosku ze to jacys pokojowi terorysci ktorzy zamiast podkladac bomby, planuja walczc z amerykanami bulka z midem. Jonasz roztoczl wizje jak terorysci karmia amerykanskich zolnierzy lyzeczka jak male dziecko, a ci placza ze juz nie moga. Czym odpowie Ameryka?
Po dlugich utaleniach ustalilismy ze nasi gospodarze to sufici.
Jonasz i Romek z misiami z podrozy
Syria,15 sierpnia 2008
(informacja przekazana telefonicznie):
"Policja syryjska deportuje nas z powrotem do Turcji za rysowanie na ulicy. Policjanci zarekwirowali bagaże oraz wszystkie pieniądze jakie mieliśmy (nie wiemy ,czy oddadzą)...
Teraz jesteśmy w areszcie,ale Jonaszowi to wcale nie przeszkadza,bawi się znakomicie.Do internetu dotrzemy najprawdopodobniej za 3 dni kiedy będziemy już w Turcji.Nie martwcie się o nas.
Romek i Jonasz"
Istanbul,8 sierpnia 2008
Na poczatek poprawka. W wynıku szkodlıwej dzıalanoscı Jonasza (gdy pısalem caly czas marudzıl: kıedy pojdzıemy) nıewyjasnılem czemu dwoje bıednych rumonow bylo bıednych.
W ıstanbule przyszedl czas pozegnanıa. Gdy plecakı znalazly sıe na naszych plecach i zucılısmy sıe do wyscıskanıa naszych podwozıcıelı. Zatrzymal nas smutny wyraz twarzy ı wycıagnıete w nasza strone w charakterystycznym gescıe ¨ecıepecıe¨ rece rumonow. Okazalo sıe ze sa bardzo bıednymı rumunamı ı na nasze tlumaczenıa ze nıc nıe mowılı o zaplacıe ı ze nıemamy kasy, zaczelı szeptac ¨klantodolar¨ ı wnasza strone wycıagac swoje bıedne rece. Obawıajac sıe ze to jakıes bıedne czary, po prostu oddalılısmy sıe, wıerzac ze choc troche bıednı rumunı wzbogaca sıe na handlu z turkamı.
Troche se pospacerowalısmy, poogladalısmy, pojedlısmy, pogadalısmy.
Materıalne dowody wıelkoscı mınıonych wıekow pogladalısmy se zewnatrz. gdyz do wnetrza staly ogromne kolejkı ı ceny byly nıemale. Wıekszosc cen podana tu jest w euro lub dolarach. Ale spaceruje sıe calkıem sympatycznıe wsrod meczetow, swıatyn , ruın, bazarow. Zwlaszcza jak uda nam sıe kupıc cos dobrego do jedzenıa, gdyz kuchnıa jes tu smaczna. Korzystamy z degustacjı jakıe oferuja kupcy w nadzıejı ze cos od nıch kupımy.
Slady pobytu naszych rodakow sa tu bardzo wıdoczne. Wıelu turkow mowı po polsku. Moze nauczylı sıe od Mıckıewıcza ktory tu wczesnıej przed namı przebywal?
Podczas rysowanıa jeden pan wzruszyl nas szczegolnıe. ¨JESTEM TUREK OGOREK KIELBASA I SZNUREK¨¨ pıeknıe nam oswıadczyl. Pmyslalem ze takı wszechstronny turek moze byc doskonaly w czasach kryzysu.¨
-Ja byc Polska-zaskakıwal nas nadal.
- Wy z Lodzı, Warszawa?¨
-Ze Szczecına.
-Wıem. Na cmentarz jechac trawajem osıem.
Tak po raz kolejny sprawdzılo sıe ze na wschodzıe mozna spotkac prawdzıwych mıstykow.
Dla nıeszczecınıan: cmentarz w Szczecınıe znajduje sıe przy ul.:KU SLONCU. ı dojechac mozna do nıego osemka.
Zaraz czeka nas nıezla przeprawa musımy sıe wydostac z tego mıasta.
Plan mamy takı: do mostu na Bosforze gdzıe sa bramkı oplat na autostradzıe sprobujemy dojsc pıeszo wzdluz brzegu, przez mıasto. To jakıes 6 km. strasznıe sıe nam chce tak przez mıasto z plecakamı. ale nıema ınnego pomyslu.
Jeslı sıe nıc nıe zmıenı to za pare dnı odezwıemy sıe z Syrıı.
Istanbul,7 sierpnia 2008
Podroz wedlug Jonasza przebiega fatalnie. Czyli jak na wycieczke w depresje doskonale. Juz jadac przez Polske udalo nam sie wykorkowac w nıejednym korku. W krakowıe na wylotowce w strone granıcy powıtal nas tlum stopowiczow. Tegorocznym popularnym kierunkiem stopowym okazala sie Rumunia.
Noca w malej ciezarowce ktora jechala za Budapeszt z powodu ciasnoty zostalem sprasowany moim plecakiem ktory na mnie lezal, nogi uwiezil mi plecak Jonasza. A on sam spiac na mnie co chwila walil mnie ¨z lokcıa z kolana¨. Gdy wysiedlismy rano, nie mogl sie nadziwic czemu niemoge sie poruszac, gdyz uwazal ze jechalo sie bardzo wygodnie.
Na wegiersko serbskiej granicy troche se postalismy, troche se poklnelismy. Jonasz zajol sie wymyslaniem pretekstow pod jakimi to moglibysmy sprawnie przejsc na druga strone i zmienic kierunek jazdy...w strone domu. Ale wytlumaczylem mu ze wlasnıe jedzıemy do domu i z kazdym dniem i kilometrem jestesmy blizej niego. No i w koncu pojechalismy. Kierowca powiedzial ze jedzie do Belgradu, bo jest z Belgradu. Wraz z przemiezanymi kilometrami zmienial swoj cel podrozy i narodowosc. Ku naszej radosci okazalo sie ze jedzie do Macedoni(przez co pojechalismy z nim kawal drogi) i ze jest Albanczykiem. Gdy przejezdzajac przez Belgrad tlumaczyl uroki zycia w bylej Jugoslawi. Jonasz poczynial obserwacje.
Biednie tu. Na przystankach tlum szarych ludzi oczekujacych w odretwieniu na miejskie autobusy. A wszystko to na tle ogromnych reklam. Wielgachnych obrazkow przedstawiajacych wszelakie dobra jakie czlowiek moze sobie wymazyc (a wlasiwie to nie musi sobie marzyc, bo juz mu narysowali). ¨Skad oni maja na to wszystko pieniadze?¨ zastanawia sie.
Pod Sofia wskoczylismy do auta, a moze do ksiazki:¨Dwoje biednych Rumonow...nie mowiacych w zadnym jezyku, tylko stale sie zegnajacych(w wersji prawoslawnej). Na tureckiej granicy urzednik niewiem czy nas z kims pomylil, czy uznal ze zaslugujemy na eleganckı pojazd, chcial nam wbic w dokumenty ze posiadamy auto. Musialem zaprotestowac przed takim prezentem, tlumaczac ze nie wypada przyjmowac tak drogich prezentow, i ze powiedzielismy w Polsce ze jedziemy autostopem. İ dwoje biednych rumunow bylo by jeszcze zbiednialo.
Nie planowalismy odwiedzac miasta ktore wlasiwie jeszcze nıedawno chyba bylo miastem polskim, a przynajmniej na bazarach turcy stanowili mniejszosc.
Ale pomyslelismy ze dlugo moze nie byc dostepu do internetu, wiec skorzystalismy z okazi. Okazalo sie ze mamy szczescie do okazji. Gdy probowalismy rozeznac sie w miesie. Przylaczyl sie do nas przesympatyczny pan. Oczywiscie pan turecki. Oczywisie mial dla nas prawdziwe skarby. Skarby jak marzenıe z belgradzkıch reklam. Perfumy ktore na ogromnych bilbordach prezentowaly prezac sie zmyslowo przepiekne modelki znajdowaly sie w jego plastikowej jednorazowce. ¨Piedziesiad euro tylko¨-zachecal. Musimy byc bardzo fajni, bo bardzo nas polubil i zaproponowal ¨dwadiescia¨ i mniej. Niestety nie skorzystalismy z okazji. Ale przyznac musze ze w nocy obliczylem ze za nasz budzet moglbym kupic dwıe takie siateczki skarbow. Jakie to preteksty do powrotu wymyslal na serbskiej granicy Jonasz?
Troche rysowalismy -bez rewelacji. Zeby przenocowac w hostelu musielismy dolozyc z kasy zabranej z kraju. Drogo bo pelnia sezonu.
W rysowaniu martwi mnie przedewszystkim fakt ze nie ida rysunki przedstawiajace ludzi i zwierzeta. Probujemy motywow roslinnych. Jonasz jeszcze jakos sobie radzi, ja wogole. Wiec ostrze kredki, ukladam kardki, rozmawiam z klientami. Zostalem menago.
Spimy w dwudziestoosobowej sali z pietrowymi lozkami. Gdy do niej wszedlem zaczolem sie zastanawiac jakiej plci jestem, gdyz wiekszosc lozek zajmowaly kobiety i jakims dziwnym zrzadzeniem znalazlem sie w damskim pokoju, wsrod lezacych. czeszacych, malujacych sie kobıet. ROMEK ZANKO TEZ BYLA KOBIETA Niesmiale ¨haj¨i gramolimy sie na nasze gorne lozko. İm bardziej sie staramy byc cicho, tym bardziej lozko sie trzesie skrzypiac tak ze wszystkie niespiace (a niektore spiace przestaja byc spiace)oczy na sali wpatruja sie w nas. Na dodatek czy jestesmy za ciezcy, czy materac za maly. Wypada on z kratek i nasze glowy leca w dol zatrzymojac sie nad twarza pieknej Hiszpanki. Jeszcze pare razy w nocy probowalem ja zaczepic zrzucajac na nia to poduszke, to recznik, misia, pusta butelke. Widac bardzo musi lubic ten rodzaj zalotow, bo gdy rano otworzylem oczy jej twarz byla tuz przy mojej i rozczesujac swoje wlosy wyszeptala mi: ¨ Ole¨.
Klawiatura niemiecko turecka. Zdecydownie jedna z ciekawszych na jakıe napodkalismy podczas wycieczek.
Jonasz i Romek z misiami jeszcze w Europie
W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
-Tomasz Pąsik wraz ze Stowarzyszeniem Kreatywni dla Szczecina
relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl
-Piotr Strzeżysz
-Ania Leonowicz
-Rafał Bajena Stowarzyszenie Twórców i Producentów Sztuki
-Ahmad Soudani
-Bahoz, Mehmed, Nedi
-Tadeusz
-Arbet
- Salon motocyklowy Moto- Klinika www.moto-klinika.pl
-Paweł Buluk
-Wanda Kasperska
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)
Szczecin,2 sierpnia 2008
Romek i Jonasz opuszczają Szczecin i rozpoczynają podróż na Bliski Wschód. Podróżników żegna Prezes Stowarzyszenia Kreatywni Dla Szczecina - Tomasz Pąsik. Zobacz zdjęcia [tutaj]
(red.)
Szczecin,1 sierpnia 2008
W związku znaszą depresją przesuneliśmy wyjazd na sobote rano.
Jeśli ktoś dziś przyjdzie na 11.45 Pod Suknie to my tam będziemy.
Jesteśmy pod tel 513 153064
Jeśli ktoś jutro rano jedzie w strone Wrocławia lub Poznania prosimy o kontakt.
Jonasz dopisał:
Mozna płakać.
Szczecin,31 lipca 2008
Jutro, w piątek wyruszamy o 11.45 z Pod Sukniami.
Kolega Głowa zaopatrzył nas w stare mapy okolic w które się wybieramy. Mapy są doskonałe, jak z szkolnego atlasu. Widać jak w tych rejonach rozwija się przemysł, a raczej nierozwija, gdzie co się uprawia i hoduje, no i jakie są bogactwa naturalne. Spragnieni jesteśmy wszelkich bogactw, więc mamy nadzieje z mapą lub bez mapy, je odnaleźć. Mogą być naturalne lub nienaturalne. Niewiem gdzie kolega Głowa podróżował z tą mapą( gdyż wszystkim co go znają wiadomym jest że Szczecina nie opuszcza) i jakich bogactw szukał, ale mapę wyeksplatował dokładnie, ledwo się trzyma w jednej kartce, a na zagięciach świecą wielkie dziury. Może tymi dziurami zaznaczył jakieś skarby? Może uda nam się wpaść w jakiąś fajną dziurę?
My jesteśmy w potwornej depresji przedwyjazdowej. Zastanawiamy się co jeszcze zapomnieliśmy, czego nie mamy.
Okazało się o tej godzinie że niemamy np.: scyzoryka, czapki, kartek do rysowania, kart do aparatu, tyśąca rzeczy,no i najgorsze: okularów. A jak bez okularów zrobić sobie zdjęcie z wielbłądem, co potem pędziemy pokazywać znajomym po powrocie. Zdjęcie z wielbłądem bez okularów przeciwsłonecznych na czole?
Mamy za to sporą butle plynu do opalania, mama kupiła Jonaszowi największą jaka była, sugerując program naszej wycieczki. Może ktoś chciałby się wymienić, za jakąś fajną rzecz możemy oddać troche olejku.
Już sam niewiem co zapomniałem i czego niemamy.
Z aparatem sytuacja się rozwiązała dzięki Tadeuszowi który nam swój wypożyczył.
No i krótka instrukcja obsługi naszej wycieczki.
-Piszemy gdy tylko znajdziemy internet.
-Piszemy używając ortografi własnej+brak polskiej czcionki.
-W pierwszym tygodniu może nie być listów(będziemy starali się omijać miasta).
-W wypadku kłopotów z rozsyłaniem zbiorowo poczty(zdarzało się w ubiegłych latach), korzystać będziemy ze starego adresu malemisie@home.pl ( jeśli jedziesz z nami po raz pierwszy, to kliknij na podany adres mejla, w razie czego). No i przedewszystkim w razie klopotów to w pierwszej kolejnosci wysyłamy do Kreatywnych, a oni umieszczą to na swojej stronie.
-Jeśli ktoś chce wesprzeć finansowo naszą wycieczke np.:zasponsorować plaże w jakimś kurorcie, albo wielbłąda, to zawsze mile widziane.
Jonasz i Romek
PS. W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
- Tomasz Pąsik wraz ze Stowarzyszeniem Kreatywni dla Szczecina
relacje z naszej wycieczki zamieszczać będą na www.podroznik.szczecin.pl
-Piotr Strzeżysz
-Ania Leonowicz
-Rafał Bajena Stowarzyszenie Twórców i Producentów Sztuki
-Ahmad Soudani
-Bahoz, Mehmed, Nedi
-Tadeusz
-Arbet
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska (mama Jonasza)
Szczecin,28 lipca 2008
Żartowałem z tą depresją, jestem w świetnej formie i wybieram się po złoto na olimpiade. Mam nadzieje że otworzy się na waszych kompach prezentacja tego nad czym pracowałem w ostatnich miesiącach.
Komentarz i montaż: Paweł Kula
Logo: Ania Gawroniak
Pot, łzy i sportowa sylwetka: Romek Zańko
Szczecin,28 lipca 2008
W ostatnich miesiącach Jonasz często zadawał pytanie: "Czemu jesteś taki smutny?" A od paru dni sam pochlipuje z powodu wyjazdu Mamy.
Gdy padały różne pomysły gdzie moglibyśmy pojechać, przy jednym Jonasz wykrzyknął: "Tam jest największa depresja!" Zrozumiałem: "Masz największą depresje." Gdy już się zdiagnozowaliśmy i wyszło nam że mamy doła-depresje, a jak się ma depresje to się nie ma siły (coś za coś, nie można mieć wszystkiego). Więc jak nie mamy siły, to nie pojedziemy daleko. Jak nie daleko, to blisko. I tak jedziemy na:
BLISKI WSCHÓD
Czy Bliski Wschód jest nam bliski, czy nasz dół zmieści się w depresji nad Morzem Martwym?
Na te i inne pytania odpowiemy już wkrótce.
Zapraszamy na wycieczkę wszystkich zdołowanych i nie tylko, zapraszamy całkiem blisko.
Przybliżona trasa:
Oczywiście w dół...mapy.
Szczecin, Kraków, dawne kraje demokracji ludowej obecnie nowi członkowie lub kandydaci UE, Turcja, Jordania. Tam posiedzimy sobie w dole i jak z niego wyjdziemy to z powrotem, do domu, tą samą trasą. Ale już w górę. I w ten sposób wyjdziemy z depresji.
Planowałem start na wtorek, Jonasz chce w środę, więc pewnie wyruszymy w czwartek.
Czekamy na miśki (mogą być z depresją, byle były całe) . Zbiórka Pod Sukniami, lub możemy je zabrać z Krakowa. Tak jak w ubiegłych latach można przynieść odporne na ciepło słodycze. Nadal szukamy sponsora na wizy tureckie i jordańskie.
W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
- Tomasz Pąsik wraz ze Stowarzyszeniem Kreatywni dla Szczecina
relacje z naszej wycieczki zamieszczać będą na www.podroznik.szczecin.pl
- Piotr Strzeżysz
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)