Wiadomości z podróży - Mongolia 2010

6.04.2010
Jutro(sroda)18.45 Pod Sukniami(Piastow 4)
Zapraszamy


6.04.2010
Dojechalismy w nocy.
Szczegoly wkrotce.
Proponuje spotkanie jutro w popoludniowych godzinach.
Wieczorem napisze dokladnie o ktorej.
pozdrawiamy
j i r

3.04.2010
noc na terminalu. wiele samachodow z polski zawraca do londynu. Mala
szansa ze o 15 bedzie jechal samochod do Jeleniej Gory.
Jesli pojedziemy z nimi to niedziela bedzie spedzona na lapaniu stopa
w Polsce. Jesli nie, to chyba Wielkanoc na terminalu. Internet tu
b.drogi, i do tego zamkniety w nocy.
Wesolych Swiat
Jonasz i Romek

02.04.2010
dzis nie dojedziemy. Sterczymy od wielu godzin na terminalu w Dover. Z
nami stopowicze z roznych krajow,wszyscy juz sie poddali tylko mysmy
zostali. Wszyscy zaladowani w samochodach nie ma miejsc i dodatkowo
komplikuje sytuacje strajk jednego z trzech przewoznikow. Przed nami
swieta na promowym terminalu (mamy jedna czekoiade i paczke czipsow)
chyba ze jakis cud sie wydarzy. Zastanawiamy sie czy nie wrocic na
swieta do londynu i poszukac noclegu. Sprobojemy piwalczyc do rana.
Wesolych Swiat
Jonasz i Rmek


01.04.2010
o jedenastej ruszamy z londynu przy odrobinie szczescia jutro jestesmy
w domu. choc juz nic nie mowimy na pewno. Przez przypadek
zostalibysmy na plazy w Colombo, w ostatniej chwili dotarlismy na
samolot. opisze urocze chwile juz z domu.
Co do spotkania. Jest dwoch ochotnikow na spotkanie odrazu w piatek.
Jak przyjedziemy piszemy od razu mejla i wyznaczymy jakos godzine na
spotkanie Podsukniami, jesli nie wyjdzie to wtorek.


30.03.2010
colombo
Z lotniska na Cejlonie.
SriLankan zafundowal nam hotel wiec jedziemy do hotelu. Do Londka mamy
samolocik dopiero po 13 tej.

30.03.2010
yyyy jonasz chce wracac do mongolii zaciol sie i powtarza yyyy
Mamy bilety. Bylo niezle zamieszanie i perspektywa swiat w Bankoku.
Ale za pare godzin startujemy. W Colombo 15godzin czekania i jutro w
nocy Londek, nastepnego dnia z rana ruszamy w kierunku domu, kurcze
znow na wschod. I byc moze juz/dopiero w piatek w domu.
Chcielismy zrobic takie szybkie spotkanie polaczone z degustacja,
wieziemy khmerska whisky "Golden Mekong" musi byc swietna bo
kosztowala 1,5$, wietnamska herbate i mongolski aral. Ale w piatek
chyba przed swietami to nie dacie rady moze wtorek po swietach.
Zroszta, czekamy na sugestie.
Jeszcze raz prosba o kase. Tym razem zwiazana z naszym projektem foto.
Jesli sie nie myle jest okolo 20 filmow do wywolania izrobienia malych
odbitek.
Sami jestesmy ciekawi co wyszlo z tych naszych smienek, Jonasz byl tak
ciekawy ze otworzyl ja 2 razy, a wczesnie smial sie z tubylcow ktorzy
chcieli ogladac zdjecia zagladajac do nich.
Pomysl byl taki ze jednym aparatem robimy portret kolorowy, drugim
czarnobialy, napotkanym ludziom. Filmy szybko sie skonczyly wiec
trzeba bylo dokupic. Niestety nie moglismy dostac czarnobialego i
Jonasz strasznie sie martwil co on bedzie robil, bo to w jgo aparacie
byl czb film. Pocieszalem go ze jak nie znajdziemy to wloze w jego
aparat kolorowy film i powiemy ze sprzedawca nas oszukal. Na szczescie
w Hanoii znalezlismy czb. Jak go wystrzelalismy to okazalo sie ze jest
kolorowy.
DO TYCH CO STOPEM Z LONDYNU WYJEZDZALI
gdzie wydostac sie na droge na Dover na M20 i A20
nie szukajcie na mapach, potrzebujemy informacji od kogos kto
wyjezdzal, mapa pokazuje seven oaks, ale z tamtad tlugo trzeba zasuwac
do jakiegos wlotu na autostrade. wiec to jest prosba tylko do kogos
kto wyjezdzal tamtendy z Londka. (spimy w okolicy clapham)
Dzieki wszystkim za pomoc.
I do zobaczenia.
Jonasz i Romek


28.03.2010
Przedwczesna radosc. Pospieszylismy sie z tym finiszem. W piatek
zaczelo sie szukanie biletow, bieganie po biurach i czekanie. Pan\pani
grzebie cos w kompie przez kilka minut, podaje cene my mowimy ze za
drogo, kolejne minuty troche taniej i biegiem do kolejnego biura.
Najgorsze jednak bylo przed nami, okazalo sie ze nie mamy wogole
pieniedzy. Postanowilismy uzyc plan awaryjny "Mateusz" czyli nasze
zabezpieczenie na jakis wypadek. Nie wiadomo co sie stalo?
Nieodpowiada. Czas naglil piatek to ostatnie godziny by przed wekendem
przelac pieniadze, biegamy miedzy kafejka a biurem podrozy. W biurze
prosymy co pol godziny zeby trzymal te bilety dla nas, i z powrotem do
kafejki, czy moze jest odpowiedz, czy moze jest juz kasa. I tak do
polnocy miejscowego czasu. I tak zapadlo ze przynajmniej do
poniedzialku zostalismy zatrzymani na Kho-san Road. "Nie cierpie tego
miejsca" powtarza Jonasz, rzeczywisie to najgorsze miejsce do
utkniecia. Niemoglby to byc Wietnam, zielone gory Syczuanu, lub
mongolska jurta, niech by juz bylo te -30.
Przebywanie tutaj nalezy do tej samej kategorii przyjemnosci co
przebywanie w sezonie w Miedzyzdrojach, chalas i pijana angielska
mlodziez, ktora jesli nie zyga, to ryczczy, jesli nie ryczy,to robi
sobie zdjecia z osuszonymi butelkami, by umiescic je na "naszej
klasie" i tubylcy czychajacy na turystow by dzieki nim sie urzadzic.
Nie ma ucieczki, nie ma spokoju zaraz za Kosanem przez miasto przelewa
sie armia halasliwych demonstrantow. Wszystkie wieksze ulice
zablokowane. Stoja namioty w ktorych zyja przyjezdni z prowincji
demonstranci. Wszyscy ubrani na czerwono pokrzykuja, klaszcza, bebnia
i zadaja powrotu zdymisjowanego dwa lata temu swego ulubionego
premiera. Bylo by milo jak na pikniku, tylko chalas ze glowe urywa.
Przed trabiacymi megafonami i wrzaskami mlodych angielskich
imprezowiczow na szczescie mamy sie gdzie skryc. Cudowne miejsce,
piekny hotelik, Takie miejsca zdarzaja sie tylko w piosenkach i to
tych najpiekniejszych. "Staruszek portier z usmiechem daje klucz" i
powtarza pej lan handryt pej. To miejsce jest nasza baza, nasza oaza,
naszym rajem, gajem, kurortem, komfortem, niebem i chlebem. Wychodzimy
tylko zeby sprawdzic na internecie czy pieniadze weszly i biegiem z
powrotem. Juz z daleka widac wielka pogieta brame z falistej blachy.
Gdy ja przesuwamy wita nas slodkim churgotem, by odslonic swe bogate
wnetrze. Przemykamy obok dwoch wielkich zoltych smietnikow, sterty
desek i siedzacego na portierni staruszka lub mlodzienca z portretem
tajskiego krola w tle. Mlodzieniec choc od staruszka mlodszy duzo, swa
wielka madroscia budzi podziw. Za kazdym razem jak przechodzimy
powtarza: "pej" i wyciaga wielgachna wyswiechtana buchalterie z
kwitungami by odnotowac nasza wplate. Za kazdym razem odpowiadam
uprzejmie iz oplaty dokonamy w poniedzialek jak doczekamy sie
pieniedzy (a Jonasz dodaje po polsku ze jak sie nie doczekamy to przez
okno uciekniemy).Z uprzejmym marazmem na twarzy mlodzieniec kiwa glowa
ze zrozumieniem, po czym kladzie ja na biurku. Uprzejmosciami
wymieniamy sie pare razy dziennie. Po czym pedem. Bez tchu, bez
wytchnienia, drzaca reka szukamy klucza. I juz zucam sie na luzko i
patrzymy, patrzymy, patrzymy. Na sciany, na sufit, na wiatrak, na
drzwi, na okna. Patrzymy lezymy i tylko koniecznosc sprawdzenia poczty
zmusza nas by wstac i niepatrzec. Wzory z odpadajacej farby z sufitu
kryja tyle piekna, mozna lezec i patrzec jak na niznane lady,
odczytywac napisy na scianach w egzotycznych jezykach, podziwiac
najruzniejsze ksztalty i kolory przeroznych plam i zgadywac ich
pochodzenie, doceniac prace budowniczych hotelu stawiajacych sciany z
dykty, a dziury powstale w wyniku ich uzytkowania misternie latane
kolejnymi dyktami, okna pozalepiane kolorowymi magazynami blyczczacymi
kredowym papierem i tasma ktora sa umocowane. Nawet napisy porzadkowe
o placeniu ewrydej udekorowano tlustymi plamami i kunsztownie
wygnieciono. Mozemy tak lezec i lezec patrzec w sufit czasem spadnie
na nas kawalek starej farby z sufitu tworzac w ten sposob nowe obrazy,
czasem mrowki przemaszeruja przez nasze lozko i pogryza nas po
przyjacielsku. Nie chcemy stad wychodzic lezymy tak patrzymy,
patrzymy, mokrzy od potu na zewnatrz jest chlodniej,( wiatrak bardziej
chalasuje niz chlodzi) myslimy ze zycie jest piekne. Hotelik
zamieszkujemy my i Japonczycy i chyba dwie Niemki( pisze "chyba" bo
Niemki, wiadomo sie nieznaja i by tu niezamieszkaly, wiec sa to pewnie
Japonki mowiace po niemiecku. Zawsze uwielbialismy Japonczykow, teraz
nasze uwielbienie jeszcze bardziej wzroslo. Bo jak ich nie uwielbiac.
Np:jeden z nich siedzi caly dzien na korytazu i pali papierosy, caly
dzien z przerwa w nocy na spanie, inny urzadzil karaoke w ...
kiblo-prysznicu, hotelik posiada trzy kabiny rura ze sciany z
przeznaczeniem ablucyjnym i w podlodze z innym przeznaczeniem, o toz
ow Japonczyk zamknowszy sie w jednej z owych kabin wlaczyl wode i
tranzystorowe male radyjko na bateryjko i wraz z nim spiewal na caly
glos umilajac pobyt innym bywalcom sasiednich kabin.
Wchodzac za ktoryms razem do naszego slithom, rozlegl sie trzask, w
powietrze wzbil sie tluman kurzu, znikla moja prawa noga do kolana,a
ja w nodze poczulem bol.
Gdy kurz opadl okazalo sie ze moja noga byla w pomieszszczeniu pietro
nizej, a reszta mojego ciala zajmowala dodychczasowy pokoj, Obawiajac
sie ze za te wygody bede muszial placic podwojnie, wyciagnolem noge z
dolnego pomieszenia i zakrwawiony powedrowalem do mlodzienca na
portierni. Okazalem mu slady przygody na swym ciele i opowiedzialem:
ze trach ze brolken ze noga ze flur. Mlodzieniec podniusl glowe z
biurka, popatrzyl na mnie i rzekl: "pej". Teraz mamy jeszcze ladniej,
Jonasz lezy na podlodze i opwiada co widzi w dole, a ma co opowiadac
bo pod nami jest jakas komorka z gratami. Dodatkowo zajmuje sie
wrzucaniem roznych smieci i obserwacja jak gina w czarnej dziurze.
Pamietacie jak na wycieczkach do Tybetu i Japonii Jonasz pytal sie Was
o rozne rzeczy? Moze ktos mu wytlumaczy co to jest psychodelia?
Co do naszego powrotu. Prosimy osoby ktore wplacily, a nie pisalismy o
nich, zeby napisaly ze wplacily.
Na razie! Musimy juz biec do naszego slicznego domku! Juz od nie
bylismy w nim od paru ladnych chwil.
Jonasz i Romek z pokoju


25.03.2010
Finiszujemy, troche szkoda bo w tej formule to nasza pozegnalna wycieczka.
Ale nawet na koncu bylo fajnie.
Jak pisalem z Sihanuk chcieli 27 dolcow(ta sama trasa z P.P byla za
16) i nikt nie potrafil wytlumaczyc tej ceny.
Wiec za 4 dojechalismy do granicy z mysla ze z tamtad bedzie taniej. O
dziwo im blizej , tym drozej bo tez chcieli 26. I ci co sobie nie
kupili biletu wszyscy kupowali w tej cenie powtarzajac ze to drogo.
Nie jezdzilismy stopem po Tajlandi, kiedys sprobowac trzeba. Godzina
jazdy na pace toyoty do wiekszego miasta i jeszcze nam doplacili 3
pysznymi mango. Z wiekszego miasta juz byl autobus do Bankoku, za 10
dol za nasza dwojke. I tak przed chwila dotarlismy, chalas, swiatla,
ruch, pomimo ze juz polnoc. Na ulicach troche wojska, ale nie wyglada
zebybyly jakies powazne zamieszki.
Z samego rana ruszamy w poszukiwaniu biletow. Mamy nadzieje ze beda
szybko i tanio. Jesli ktos jeszcze chce wplacic to sie polecamy.
Za wplate dziekujemy Paniom:
Ala Mucha
Kamila Korycinska
Ka pu ka - czy jakos tak, bo z tym tajlandzkim dziekuje to sie nigdy
do konca nie naucze. troche inaczej brzmi jak sie mowi do kobiety
inaczej do mezczyzny i inaczej jak sie jest kobietom. Czesto jak
dziekuje to sie smieja. I co z tego, przeciez Cure Sklodowska tez byla
kobieta.


24.03.2010
JONASZ WEPCHAL SIE DO KOMPUTERA
Kurde felek! zbladzilismy. Trawilismy do jakegos kurortu typu Miedzy
Zdroje.Wyglada to tak w centrum pare sklepow i barow i ciagnace sie
kurne chaty mieszkancow poza miejskiej Kambodzy, benzyna w butelkach
po coca-coli{(szkodzi zdrowiu)}
Ale nad morzem zyc nie umierac swiatelka,lampki balonik na druciku
,krewetki Barbi Q.My ubzdyralismy sobie ze bedziemy spac nad
morzem.Bzdura. nad calej plazy t w nocy nie ma miejsca przyplyw
dochaodzi az do stolikow ,a te z koleji dciagna sie az po horyzat.Przy
stolikach siedza turysci i pija,pija,pija.Co pija vodke beer i
koktajle.I tak po horyzat
Znalezlismy hotel. W hotelu jest sklep(drogi nie kupujemy) obsluga,
kuchna i BBQ(nic nowego).Idziemy na plaze doscie do plazy jest
brudne,ale plaza jest.Po pokreceniu sie po plazy ja cma wokul
zarownki.Ze zmaeczweniem doczlapalismy sie do hotelu Tata poszedla
sie umyc, a ja wlaczam TV Klikajac pilotem raz po raz znaleazlem
Kresekownik.
Rano plaza morza spiew ptakow szum.Lezymy na lezekach.Co chwile
podchodzi sprzedawca sun glass,Massage i ice craem .I nurtujemy strony
slownika szukajac tych slow.W koncu nam odpuscili , ale nie bez
walki.Rany sa straszne jedna z masazystka i manikurzystka prezetuje
swe uslugi i depiluje tatcie kolano. Uciekamy do morza odpuscili.
Poszedle do WC, atam napis ,,sorry only piss "Tata uwaza ze ten napis
musieli zrobic hippisi ,,piss and love". Na starosc zniklo love. Taki
tata to autoretet. Morze jest czyste i se w nim plywamy.lub lezymy
deska.
W tej miejscowosci jest jeden port najwiekszy w kambozy plywaja w niem
Ferry i boat and shrimps
Pszepraszam za obce slowa ale mam misje edukacyjana.
--------------
Szepcze jakies grzecznosci niesmialo w niezrozumialym jezyku
angielskim, stawia kawe na stoliku i znika w ciemnym pomieszczeniu
sluzacemu za kuchnie. Ma chyba dwadziescia lat. Goraca slodka kawa.
Jakos dziwnie, szybko wypijam, nie zeby byla niedobra, nie przeszkadza
obszczerbiona szklanka(przeciez tu w Azji to nikomu nie przeszkadza).
Zaspani turysci schodza sie na sniadanie. Najlepsze miejsca to stoliki
przy balustradzie, z hotelowego dachu mozna obserwowac ulice. Swietnie
widac czekajacych na klientow riksiarzy. Wesolo im, zartuja, glosno
rozmawiaja, choc przed nimi caly dzien jazdy wv upale, halasie, w
korkach. Najmlodszy kolo trzydziestki niepamieta. Reszta starsi. Duzo
starsi. Jak im sie udalo? Kto zdecydowal? O czym ja mysle? Co za chore
pytania?
stolica ladne miasto restauracje piekny krolewski palac kolorowe
szyldy nowe domy to nieprawda trzeba drapac trzeba to zdrapac to ktos
rozkleja to papierowe dekoracje podspodem? Co jest pod tym? poczym
chodzimy czym oddychamy
Za 2 dolary zawioze cie na Killing Feelds, potem jak masz piatke to
mozesz postrzelac z AK-47, pospiesz sie jutro rano odjezdza autobus na
plaze, Lonly Planet 2004 polecalo to miejsce.
Moze ma dwadziescia lat. Trzydziesci lat temu wojska wietnamskie jada
ulicami Phnom Penh ktore porastaja krzaki, psy rozciagaja roskladajace
sie ludzkie ciala.
Najmlodszy kolo trzydziestki, mial ... jak to sie nazywa? Szczescie?
Kawa szybko wypita, Jonasz sie obudzil;." Pamietasz to swiatynie gdzie
malpy byly, pojedzmy tam!" Sprzedawcy ptakow. "Jestes buddysta, nie?
Nie szkodzi. To taki ladny zwyczaj. Kup i wypusc go" "Tato! Malpy sie
rozmnazaja!" Zmrok bardzo szybko zapada. Wypuszczone ptaki wracaja do
klatki. Staruszka wrzuca ofiare do rzeki, niechce plynac, to nic, mali
goli chlopcy wskocza do rzeki i popchna dary w glowny nurt. Pobozna
struszka zadowolona, mali plywacy sie ciesza, modly beda przyjete, w
rekach chlopcow banknot. Turysta dziwolag siedzi na lawce i czyta:
"Smutek tropikow". Znowu: "Malpy sie rozmnazaja". Ciemno juz. Cienie
przechodniow. Tylko skad te cienie. Znow nie pala sie latarnie. Trudno
sie dziwic Kambodza ma PKB...
Do naszego biletu powrotnego dorzucili sie:
Krzysztof Kwiatkowski
Malgorzata Mazur
i anoniomowa osoba (brak nazwiska na wyciagu)
bardzo dziekujemy!
Jutro wieczorem powinnisny byc w Bankoku. Pisze powinnismy bo tu
trudno cos przewidziec. Bilety do Bankoku choc trasa jest krotsza sa
duzo drozsze, wiec kupilsmy tylko do granicy, ktora przejdziemy pieszo
i dalej poszukamy tajskiego autobusu.
Jonasz i Romek
Czekamy na wasze listy i piszcie do nas tworzac nowa wiadomosc (nie
uzywajcie ikonki odpowiedz)
W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
-Fabryka Styropianu ARBET www.arbet.pl
-w buty i ciepłą odzież Jonasza wyposażył: www.sailandrock.pl
-Stefan Mazurkiewicz
-Sławek Bagiński
-pomoc w załatwieniu wiz: www.wizacenter.pl
-Piotr Strzezysz
-Tadeusz
-Michał
-Jura
-Teresa Zańko
-Paweł Buluk
-Wojtek Zackiewicz
-Małgorzata Jacyna-Witt
-Krzysiek Żurawski
-Ryszard Pasternak
-Wanda Kasperska
-Elzbieta Mamos
-Jarek Koziara
-Danuta i Antoni Karpinscy
-Piotr Krolewski
-misie przekazali: Karolina, Wioleta, Marek
-Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina
relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl
Postaramy sie wysylac esemesy od kierowcow przynajmniej z nazwa
miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie:
www.podroznik.szczecin.pl
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka
Kasperska(mama Jonasza)


22.03.2010
Wreszcie sie zaczeliscie odzywac. Juz myslelismy ze ze cos sie wam
stalo. Od trzech tygodni poza Mama i niezmordowana Babcia Gosia nikt
sie nieodzywal. A bez waszego odzewu trudno sie nam podrozuje.
Wystarczy ze pojawi sie dziewczyna i juz mamy listy od Was.
Gdybym wiedzial, to bysmy w kazdym kraju zapoznawali sie z
przedstawicielkami odwiedzanych narodow. W Sapa weszlismy do malej
knajpki cos zjesc. W karcie szybko odnalezlismy najtansze fryty i
jeszcze szybciej je zjedlismy. Gdy zaplacilem za nie, odwracam sie i
widze Jonasza. Jonasz stoji przy drzwiach i placze, i sie smieje, i
sie wije. Co jest? przygladam sie, a przy drzwiach jest metalowe kolo
na klodke, a w metalowym kole, jonaszowy palec. I w zadna strone ten
palec. Gdy z Pania kelnerkom ten palec, w tym kolku zobaczylismy
zaczelismy sie smiac, a Jonasz krzyczec zebysmy sie niesmiali tylko
cos zrobili. Poszedlem po noz, lecz Pani stanela w obronie Jonaszka
Paluszka i zaczela go plewac woda i namydlac i glaskac i dmuchac. Z
takim wdziekiem to robila ze gdy wreszcie uwalnila Jonasza,
zapragnolem tez byc ratowany. Gdy Jonasz zajety byl podziekowaniami za
uratowanie swego wskazujacego, postanowilem rowniez sie wcisnac chocby
po sam lokiec. O losie! zaden moj paluch nawet ten najmnieszy, nawet
ten u stopy nie wchodzil do dziury. Ratunku! Czy ktos mnie uratuje!
Ktos wplacil, jeszcze nie wiemy kto, ale wiemy ze wplacil. AGUN czyli
dziekujemy.
W sklepie z plytami:
KIESLOWSKI box rozne filmy(trylogia, Dekalog, Podwojne zycie miedzy
innymi) Z CHINSKIMI NAPISAMI !!! i angielskimi
oprocz tego POLANSKI i Kurosawa, Wenders, Bertoluci i ten od La
strady(podpowiada Jonasz) po kilka filmow w boxie napisy angielskie i
chinskie. wyglada na legalne, tloczone w chinach.
Jesli ktos chce wesprzec nasz powrot to propozycja 120-170 za box.
Jesli ktos chce nabyc to trzeba do naszej(kambodzanskiej) 11 jutro
rano skrobnac mejla.(chyba jest 5 godzin roznicy zima, ale nie jestem
pewien)


22.03.2010
no i stalo sie. juz wydawlo nam sie ze za chwile bedziemy w domku, ze
juz go widzimy. Za ladnie bylo. Pani w tajlandzkiej ambasadzie
ostudzila nasza przedwczesna radosc. Plan byl prosty. Skladamy wniosek
rano w ambasadzie i odbieramy ja popoludniu i zaraz jedziemy do
Bankoku, no i wiza jest za darmo. Pani z umeczona mina, glosem
skrzekliwym jak zaba, lamanym angielskim, przez zepsuty glosnik cos do
nas mowila. Po dlugich probach zrozumienia doszlo do nas ze wize
dostaniemy za trzy dni, po jeszcze dluszej ze mamy za nia zplacic 35
dolcow za kazda, czyli jak sprawnie obliczylismy razem 70. Zamurowalo
nas. Stalismy jak zona Lota nieruchomo, ja z rozdziawiona geba
(ciekawe czy malzonka Lota tez tak miala), Jonasz ze lzami w oczach.
Po chwili podjelismy jednak walke. Ze do tej pory wiza dwutygodniowa
za darmo, ze we wrzesniu dostalismy po czterech godzinach. Mysmy se
nawijali, a ona ... pisala sobie cos, nieprzejmujac sie nami, raz
laskawie poinformowala nas ze wszystko jest zmienne na tym swiecie,
wiec i zasady przyznawania wizy podlegaja temu prawu, powiedziala to
wlasciwie niewerbalnie, wiekszosci uzywajac swej paskudnej miny i
odrobine zabio angielskiego tajskiego skrzeku do zepsutego mikrofonu.
My pochyleni nad okienkiem z uchem przy glosniczku, probowalismy
wylapac jakies slowa, i przeklinalismy los ktory pokierowal maszyna
wydajaca numerki do tego okienka, gdyz w okienku obok pan byl bardziej
mily i komunikatywny. Po dluzszej chwili Pani napisala na wniosku 30
dolcow czyli razem 60 i powiedziala ze na jutro po poludniu. Zaplakany
Jonasz zostal pod ambasada ja pojechalem motocyklowa taksowka wyplacic
ostatnia kase z bankomatu. Wracam a tu Jonasz ucina sobie
przyjacielska pogawedke z ryksiarzem, i na moj widok radosnie
wykrzykuje ze w Tajlandi strajki i chyba zamieszki. Moze by inaczej
wracac? Moze ladem pojeechac? Jonasz uwaza ze to nie ma sensu i
idziemy zlozyc wniosek. W srodku kolejne osoby kluca sie o wizy, ze
powinny byc za darmo itd, szczegolnie jedna Australijka dokucza
urzednicy ambasadowej, a ta jeszcze bardziej zacina sie na twarzy i
zaraz sie obrazi i zatrzasnie okienko gdyz wlasnie minela jedenasta, a
tylko do jedenastej przyjmuja wnioski. Ale laskawie przyjela nasz
wniosek.
Jescze raz nasza goraca prosba, do osob ktore pisaly ze cos wplaca,
zeby tego nie przekladaly, gdyz jak to sie mowi w kambodzanskim
krolestwie: AT MIEN LOJ
Niestety niema tu darmowego internetu, wiec trudno cos dluzej pisac.
ale moze wieczorem bo jest o czym pisac gdyz jak powtarza co chwile
Jonasz: "Ale, tu malowniczo".
Romek i Jonasz
-Uwaga dla ludzi ze slabym sercem lub zlamanym nie radze czytac dalej
Tata mial romans! Tata mial romans! Tata mial romans!
Dworzec autobusowy telewizor, laweczki i panie w okienkach.Romas mial
jedna z tych pani, zapamietala go( bylismy tu latem) pisze kartke z
rozkaladem autobusow.Wyciaga kartke przez szybke i nagle chwyta taty
reke ,,Love me?"Oczy jej plona i itp Tata zaczol sie wykrecac pytajac
sie czy z Sichanuk vilicz jes autobus do Bankoku.Nie ,jest tylko z
Ponh Penh i tylko 6:45A.M. Ale mozemy spac u niej.Kolezanka z okienka
obok poszturchuje.Pewnie sie domysla ze tata zaspi.
W koncu po dlugich rozmawach tata ze to na krutko.Pani zerka na tate
podejzliwie ale w koncu uwierzyla.
Dala kartke z numerem telefonu , ale ja juz odciagalem tate od okinka
wiec tylko powiedzial ze ,,Wrocem najmilsza".
Jonasz z misiami
-Jonasz mysli ze zarobi na bilet powrotny produkujac sensacje do
"Faktu" czy innego brukowca.
Czlowiek stara sie jak moze. Negocjuje, poswieca sie, stara sie, zeby
taniej , zeby do domu wrocic. I co go za to spotyka. O ludzka
niewdziecznosci.
romek z misiami
-"Phnom Penh da sie lubic,
tutaj serce mozna stracic,
tutaj serce mozna zgubic."
Jonasz z misiami
Jonasz wraca sam!
ja zostaje z pania z dworcowego okienka
romek
PS
i misie moga poswiadczyc ze ja tylko negocjowałem


21.03.2010
Wyjezdzamy z Sajgonu. Dzis powinnismy byc w Kambodzy. Tam dwa dni i
Bankok. Jesli uda sie znalesc bilety to lecimy od razu do Londynu.
Mamy prosbe do osob ktore pisaly ze cos dorzuca nam do biletu, wazne
by wplacily to sprawnie bo za 3-4 dni mozemy juz byc w Bankoku.
Droga z Hanoii byla ciezka i niesamowita. wymaga dluzszego opisu, co
zrobimy w wolnej chwili. W Sajgonie bylo troche po szczecinsku,
ugoscila nas Renata i Maciej tak jak we wrzesniu i spotkalismy
Agnieszke i Lukasza rowniez ze Szczecina.
Do napisania zKambodzy
Jonasz i Romek


15.03.2010
Jeszcze przed wyjazdem z Hanoii pobieglismy zobaczyc domek w ktorym
spoczywa Ho Szy Min. Najwyzsza swietosc Wietnamu. Wujaszek Ho raz do
roku jezdzi do Moskwy na rekonwalescencje do kolegi Lenina.
Zastanawialismy sie czy jezdzi pociagami czy samolotem, ale doszlismy
ze Wietnam to krolestwo skuterow. Wiec wiecznie zywy wujeszek pedzi na
skuterze, a broda na wietrze powiewa.


11.03.2010
Za nami juz Chiny. Szkoda. W Syczuanie piekna wiosna. I gory z
tarasowymi poletkami zielono zoltymi od rosnacej roslinnosci.
Przejezdzamy pare kilometrow kreta drogai mamy wioski pelne kwitnacych
na rozowo i bialo drzew. I wszedzie mandarynki na drzewach i w koszach
przydroznych sprzedawcow. Wszyscy nas czestuja. Rewelacja. Na odcinku
okolo 100 kilometrow w wioskach domy pomalowane w kolorowe wzory, a
ich mieszkancy paraduja w dziwnych nakryciach glowy. Najczescciej sa
to czarne prostokatne nalesniki, czasami bywaja powyginane. To jedna z
wielu mniejszosci zamieszkujaca Chiny. Szkoda ze nie mozemy sie
zatrzymac, czas nas niemilosiernie goni. W Yunanie bylo o dziwo troche
chlodniej i trudniej nam sie dogadywac. Jakby nie rozumieli tu naszego
chinskiego. Choc zdarzylo mi sie pare razy powiedziec jakis zwrot i
bylem od razu rozumiany. Zrobilismy w chinskim taki postep ze miedzy
soba rozmawiamy tylko w tym jezyku.
Granica, rzeka, most, pare chwil wypisywania papierkow i dwie
pieczatki w paszporcie i juz jestesmy... w Wietnamie. Wszystko inne,
inny zywiol. To do czego sie przyzwyczailismy przez ostatnie dni do
niczego sie nie przydaje, no moze tylko poza umiejetnoscia jedzenia
paleczkami. Jonasz wchodzi do sklepu i mowi do sprzedawcow po chinsku,
a ci patrza na niego jakby mowil po chinsku.
Zmeczeni podroza zobaczylismy na mapie Wietnamu,na samej polnocy,
nazwe Spa czy Sapa. Ale to juz inna historia. Pszepraszam, czas nas
goni potwornie, Mama sle listy, ze szkola itp, a przed nami jeszcze
kawalek drogi. Pewnie w Hanoii, albo w Sajgonie pare slow wiecej
skrobniemy.
Otwieramy sklep.
Na targowisku przy granicy z Wietnamem. Pani na kawalku szmaty miala
rozlozone plastikowe zabawki. Jonasz (jestem dumny ze ma taki dobry
gust) wypatrzyl cos wspanialego. Mala pande grajaca (po nakreceniu
plastikowym kluczykiem) na bebenku. Slicznie opdrapana, jedna z lapek
kunsztownie nadgryziona przez szczura jedno oko zezowate gdyz czesc
farby odpadla. Prawdziwe cudo. A jak przeslicznie malutkimimi lapkami
uderza w bebenek. Ile wzruszen dostarcza.
Niestety dobre rzeczy kosztuja. Mysle ze cena wywolawcza 150zl za to
dzielo chinskich mistrzow to niewiele. Przebijamy o minimum 10zl.
Czekamy na wasze oferty. Dla amatorow czapek niebanalnych, Jonasz cos
szykuje.
Jonasz i Romek z misiami z podrozy.


06.03.2010
Porysowalismy se. W pierwszym miejscu momentalnie zrobil sie tlumek
ciekawskich Chinczykow. W drugim momencie pojawilo sie czterech
policajow w kamizelkach kulodpornych( az czterech na nas dwoch) i
skonczylo sie rysowanie. Glod spowodowal ze jeszcze raz
zaryzykowalismy i udal sie wpadlo jakies 280 yuani(okolo40 $).
Wlasciwie to myslelismy juz nierysowac, wydawalo sie ze a formula sie
wyczerpala, a tu niespodzianka. Ludziom sie to jeszcze podoba, pewnie
najbardziej ze jestesmy z Europy i w pewien sposob prosimy ich o
pomoc. Ale tez Jonasz mial dobry dzien i naprawde fajne rysunki
zrobil.
Pare dni temu wybralismy sie do parku. A w parku tlum w wiekszosci
damski, maszeruje, wymachuje konczynami, gimnastykuje sie. A wszystko
to przed big bendem staroszkow. Starsi panowie ostro dmuchaja w traby,
puzony, saksofony. Jeden wali w perkusje, jeden nieustannie trzymajac
papierosa noszalancko obsluguje klawisze. Marsze tych panow porwaly
tlumek pan, do szalonego wysilku. To nic ze szybko, to nic ze czasami
nienadazaja, ale to graja nasze chlopaki. Wpatrzone w muzykow jakby na
wojne maszerowaly. Widzac jak to dziala na kobiety, postanowilem
zostac pierwsza traba mego miasta, a jak sie postaram to kto wie?
Romek kosmiczna traba!!! I ta armia kobiet maszerujacych dla mnie.
Wczoraj w hostelu byl dzien pierozkow. Jonasz tak lepil ze sie lepil,
a potem caly czas przezywal ze jeden Koreanczyk zjadl juz dwa talerze
pierozkow i ciagle mu malo. Kolo mnie siedziala trojka skandynawow.
Nareszcie ktos tu nieopowiadal gdzie byl i gdzie jedzie. On w
welnianym swetrze jak z Zakopca, jedna z nich duza, z racji swej
postury wydawala sie kierowniczka grupy, druga ona, drobna jeszcze
bardziej zagubiona. Choc cala trojka sprawiala wrazenie ze znalazla
sie tu przez przypadek. Ona czasami niesmialo podnosi wzrok i jakby
cos chciala powiedziec. Caly smutek podbiegunowych krain przywiezli ze
soba. Siedza i cicho wypowiadaja kwestie z filmow Bergmana. Tylko
lektor nie czyta, nawet niema napisow. Ona ma takie male rozowe
trampki.
Wychodzimy na droge. DoWietnamu jeszcze kawalek, wiec pewnie za 3 dni
sie odezwiemy.
j i r z misiami


5.03.2010
jestesmy do jutra w Chengdu.
Ciezko cos nam idzie pisanie. Zmeczenie( oswietlenie takie przy kompie ze po chwili oczy bola) i kolejki do kompa.
I depresja nas dopadla. Posanowilismy raz zaliczyc i takie sa tego efekty. Zaliczyc obowiazkowy punkt na mapie turysycznych atrakcji.
Padlo na pande, ktora jest symbolem tego miasta. I pojechalismy do zoo. Zlote malpy ktore pochodza z Syczuanu i sa na wyginieciu, wygladaly jeszcze ok. Wybieg calkiem znosny i nawet sie jakos prezentowaly. Z pandami juz bylo troche gorzej. W betonowych wielkich pomieszczeniach, za brudnymi szybami. Lezaly sobie na bambusowych galeziach i zrecznie obdzieraly je z lisci i wcinaly. Tak bez konca.
Futerka mialy przybrudzone i jak na wielkie halo jakie sie tu robi wokol pandy tak chronionej, to raczej wolalbym nie byc tak chroniony.
Male rude pandy wygladaly niecolepiej. Za to reszta zwierzat. to jakis koszmar. W betonowych malych klatkach, wielkie zwierzaki(tygrysy,
dziki) na golej ziemi. Wylysiale, schorowane i Chinczycy walacy w szyby. Co wybitniejsi walili w te szyby owocami, ktorych i tak nie mogli im podac przez grube, zasmarowane szyby.
Koszmar, dowleklismy sie do hoteliku i przesiedzielismy reszte dnia.
Juz nigdy wiecej nie bede zaliczal. Za duzy potem kac.
Idziemy rysowac, bo zostalo nam jakies 30 dolcowi rano jutro droga do Wietnamu. Powinnismy ja przejechac w 3-4 dni. Byle jakos ominac Kunming.


2.03.2010
Dotarlismy do Chengdu.
Pochulamy tutaj dzien dwa i w strone granicy jedziemy. Najgorzej wyrwac sie z duzych miast. A jeszcze Kunming przed nami ktorego chyba nie ominiemy.
Znalezlisny tani sympatyczny hotelik . Jonasz siedzi na lozku zjada cukierki i w kolko powtarza:"Fajnie jest w tym Chengdu.
jutro postaramy sie naskrobac cos wiecej.


Niewiem jak to dojdzie bo co chwila problem z kompem zawiesza sie itp
Xi"an 01.03.2100
Strzelaja. Trafilismy pod jakis kosmiczny ostrzal. Chinczycy walcza z
marsjanami. Wszedzie czerwone ufo. Wielkosc dyni, czasami mniejsze,
czasami wieksze. Podwieszaja sie te kosmiczne czerwone pojazdy pod
dachy, wejscia, drzewa, latarnie. Wszedzie ich pelno.Widzialem ze
najlepiej radza sobie dzieci. Kilkoro z nich udalo sie zlapac takie
ufo i nosily je na dlugich patykach. Jonasz mowi ze to lampiony. Ale
adwent juz byl dawno. Marsjanie chca zalac wszystko na czerwono,
Chinczycy wala do nich jakas przerazliwie glosna kanonada. Huk
niesamowity, zwlaszcza wieczorem. Skutki walk sa oplakane obywatele
chinscy wyleglii na ulice w liczbie przerazajacej i musieli dostac
pomieszania rozumu, bo kreca sie bez sensu i zapalaja najrozniejsze
kolorowe swiatelka, wszystko miga.
I tak kolejny Nowy Rok mamy za soba. Rok Tygrysa.
Na stopie mamy ten sam problem co ostatnio. Zostajemy obdarowywani
jedzeniem zwlaszcza parowkami i pieczywem. Szczegolnie male buleczki
majace przypominac europejskie pieczywo przypomina w smaku mydlo.
Ludek Chinski niby taki mily, niby sie usmiecha, a tu myk i biegnie
zaraz do sklepu i przynosi zaraz pake takich chlebkow. Na szczescie
troche mnie lubia i wreczaja to Jonaszow. Proboje je mi wcisnac, ale
mowie ze to on je dostal i nie bede mu zabieral. Jonasz planuje pojsc
w Czengdu do zoo i "zorganizowac z tamtad tabliczke: Prosimy nie
dokarmiac zwierzat.
Xi'an slynie ze znajdujacej sie niedaleko armii terakotowej.
Odpuscilismy sobie ta atrakcje. Cesarz ktory to cudo kazal postawic,
kazal rowniez wymordowac wszystkich robotnikow. Zawsze i wszedzie
znajdowali sie szalency, nie chce nam sie podziwiac ich dziel.
Za to w samym miescie ciekawostaka sa olbrzymie mury otaczajace stare
miasto i meczet ktory wyglada jak chinska pagoda. Chinczycy nawet
podrabia islamu.
Wyjezdzajac z Baotou zdesperowani poszlismy sobie do zwyklej chinskiej
lazni. Umyc sie. Troche trzeba bylo uwazac zeby sie niepobrudzic.
Siedzimy se golusency pod prysznicem i sie szorujemy. Szoruja sie
chinczycy. Szoruja, trapia, scieraja i nacieraja. Jeden z nich
przyglada sie nam uwaznie i gdy nikt niewidzi robi znak krzyza i
mowi:"AMEN". Znaczy pieknie sie umylismy. W starozytnym Rzymie
chrzescijanie chowali sie w katakumbach, nowoczesnych Chinach w
lazniach i dla lepszego maskowania sa golusiency jak swieci tureccy.
Teraz ruszamy do Czengdu, a potem letnia trasa Wietna, Kambodza,
Bankok i tam szukamy taniego lotu, pewnie do Londynu.
Jesli ktos ma ochote i mozliwosc dorzucic sie do biletu, to serdecznie
dziekujemy.
Szukamy rowniez noclegu w Londynie, na jedna noc.
Jonasz i Romek


Baotou (Mongolia wewnetrzna) 26.02.10
pierwsza noc w Chinach i ostatnia zimowa. Wialo tak ze godzine rozbijalismy namiot na stepie. Co chwile trzeba bylo rozrzewac rece. W nocy w namiocie zamarzla woda. Nastepna noc 350 km na poludnie spalismy na ulicy (zaden tani hotelik nie przyjmuje cudzoziemcow) w samych spiworach. Cieplutko. Wiosna. Cos milego. Nikt nie nosi czapek, rekawiczek. Jonasz chce juz wyrzucac kurtki.
Musimy przebic sie przez miasto i mamy tylko okolo 800km do Xi'an.
Marta z Karolina przeslaly mapki Xi'an. Adam ze Szczecina ktory mieszka w Chinach niezly, chinski slowniczek. No i wreszcie napisaliscie duzo listow. Nawet Wojtek Bigos cos napisal, co mozna uznac za cud bo on tylko chodzi na boks. Ciekawe jak w tych swoich rekawicach stukal w klawiatore(moze ktos go tam stuknol w glowe i mu sie poprzestawialo). Za wszystko dziekujemy.
Jonasz i Romek


Zamen Ud (poludniowa Mongolia, przy granicy z Chinami) 24.02.10
Stojimy na stepie w strone granicy(zosalo jakies240km). Stoimy sobie.
Stoimy. Wiatr hula. My stoimy. Nic nie jedzie. My dalej stoimy. Ciemno
sie robi, my stoimy. Ktos podchodzi i mowi ze kupi nam bilet na
pociag do granicy. Jedziemy. Jeszcze nie bylismy w mongolskim pociagu.
Te 240 km jechal 6 godzin, nieszkodzi przynajmniej se pospalismy. I
ruszamy w Kitaj.
Przed wyjazdem wiele dostalismy rad i uwag na temat naszej wycieczki.
Jedna z bardziej ciekawych uwag byla: W MONGOLI NIE MA ZARTOW!!!
Pamietajac te slowa uwaznie sie rozgladalismy, a nawet wypytywalismy
tubylcow o te zarty. Nic takiego niezauwazylismy, nikt niewiedzial o
co chodzi. Moze wyginely, moze to "byly mamuty". Rozgladalismy sie
uwaznie, zwlaszcza Jonasz ktory ciagle narzekal:"Mialo nic nie byc, a
tu step, horyzont, platy sniegu, piasek, raz na pare godzin jurta,
czasami kepy jakis zeschnietych zeszlorocznych traw lub krzakow,
troche koz, troche owiec, i konie sie zdarzaja.I to jest to: NIC?
Oszukanstwo! A mialo nic nie byc!" Niestety rzeczywiscie zartow w
Mongolii nie bylo. A moze ich po prostu nie znalezlismy. Tylko jak one
wygladaja? Moze trzeba je nastepnym przywiezc i wypuscic na stepie.
Tylko jak sie skrzyzuja z wielbladem to beda garbate zarty. A z
koniem? Slyszalem o konskich zalotach, ale o zartach. W kazdym razie
chetnie przyjzymy sie jeszcze tym zartom i Mongolii. Zwlaszcza ze
spodobalo nam sie mongolskie przyslowie:
LEPSZY GLUPIEC W DRODZE, NIZ MEDRZEC W DOMU.
a co z dwoma glupkami? Od czego sa lepsi?
Kolejna wplata od Wandy Kasperskiej. Bajer la. Jak mawiaja w zwyczaju
mowic Mongolowie.
Jonasz i Romek z misiami


Szajnszad (poludniowa Mongolia) 23.02.10
"Zawtra utram budu maszyny" powiedzial kierowca ktory wywiozl nas za Baruun Urt do drogi na Szajnszad. Noc, step, lekki mroz. Trzeba postawic namiot. W nocnej ciszy slychac z oddali metalowy hurgot, i porykiwania. Po chwili z ciemnosci wylania sie wielblod ciagnacy metalowy dwokolowy wozek na nim siedza kobieta i mezczyzna. Kierowca ktory jeszcze nie odjechal zagaduje wlasciceli wielblodziego pojazdu, i wrzucamy plecaki na wozek. Wielblad ryczy i dostojnie sie kolysze, metalowe kola tarabania, snieg pod nogami skrzypi, a na nas pruszy snieg. Idziemy jak czterej krolowie z wielbladem tylko nie jedna gwiazda nad nami a tysiace, znow tysiace gwiazd... Po pol godzinie marszu po stepie zobaczylismy jurte. Wchodzimy do srodka a w niej mieszka osiem koz, w zagrodzie zajmujacej jednapiata calej jurty. Pan podlacza akumulator i mala zaroweczka oswietla pomieszczenie. Teraz Pani rozpali ogien w malym piecyku i palac wielbladzimi odchodami ugotuje herbate. My wyciagamy slodycze z plecaka, niestety chalwa wyraznie nie smakuje, za to Pan gospodarz zjada cale sezamki, a Pani Gospodyni sprawnie radzi sobie z batonem. Gospodarze a szczegolnie gospodyni to jacys niespelnieni modele caly czas chca by robic im zdjecia i pozuja az do wyczerpania baterii i teraz spokojnie mozemy isc spac. Rano pobudka. Sniadanko, dwojka misi zostaje w jurcie na szawce obok rodzinnych zdjec i obrazkiem z Santa Claus. Troche sie martwimy zeby misie nie zostaly zjedzone przez kozy. Przeciez to Mongoliia i wszystko moze sie wydazyc (pamietac jak trzy lata temu pies zjadl slonia). Gospodarz wystawia przed jurte sloneczny panel ktory bedzie ladowal akumulator, Jonasz zaprzyjaznia sie z wielblademi zostaje caly opluty, kozy ida na spacer, my sie zegnamy i przez step idziemy w kierunku drogi. W koncu znajdujemy szlak. W kazda strone po horyzont pusto. Idziemy, co bedziemy stac. Po jakims czasie po stepie w nasza strone zbliza sie jezdziec na wielbladzie. Starszy facet smieje sie i mowi po rosyjsku. Ja wsiadam na dwugarbusa i zabieram sie na przejazdzke. Z grzbietu wielblada dostrzegam ciezarowke. "Kamaz Kamaz" krzyczy Mongol zatrzymuje Kamaza. Mi troche zal przesiadac sie ze zwierzaka na maszyne (zwlaszcza ze Jonasz se nie pojezdzil), ale jest to pierwszy pojazd od dwoch godzin i rosadek (czasami go mamy) wygrywa. Lokujemy sie do ciasnej kabiny, wlasciciel zwierzaka jest tak przejety w pomaganiu nam ze mam wrazenie ze sam zaraz wsiadzie z wielbladem do kabiny. Kamaz nalezal do grupy skladajacej sie z trzech kamazow, wleczacych sie po stepie, wiecznie sie psujacych. I tak po dwoch dniach drogi (320km) dojechalismy do Szajnszad. Wiosne, czuc juz wiosne. Gdzieniegdzie platy brudnego sniegu, nad stepem lataja ptaki, na horyzoncie pojawiaja sie stada czworonogow typu antylopy. Tylko jak zawieje to robi sie zimno.
Niestety koniec zdjec cyfrowych. Zepsol sie aparat. Na szczescie mamy jeszcze dwie smienki, i trzy czarnobiale filmy i trzy kolorowe.
Sluzyly nam do portretowania tubylcow. Mamy je dzieki uprzejmosci Pawla Kuli, a czarno biale filmy od Pawla Kowalskiego.
Piotr Krolewski dokonal wplaty na nasza wycieczke. Dziekujemy. Przyda sie podczas powrotu do domu. Kasy mamy okolo 190 $ ale na razie specjalnie nie wydajemy. Np. dzis przenocowalismy w najtanszym hoteliku w Szajszad. Jedno lozko w czterosobowym pokoju 4500 turgikow (3$). Oczywiscie wzielismy tylko jedno lozko, i go nie zlamalismy, bo juz wczesniej bylo zlamane. Oczywiscie w hotelu prysznicow nie ma.
Jonasz zamknol sie w toalecie i wykapal sie w misce. Tworzac przy tym gigantyczna kolejke. Ja takiego szczescia nie mialem. Bo w toalecie zakwitlo zycie towarzyskie i Mongolowie przychodzili tam pogadac, zapalic, dobrze ze nie znaja zwyczaju picia kawy. Probowalem sie wstrzelic w moment kiedy nikogo nie bedzie i jak Jonasz sie zamknac. Walczylem do drugiej i sie poddalem, a rano wody nie bylo.
Klikam tego mejla i ruszamy dalej, do granicy zostalo 220 km i brak drogi. Jesli nie znajdziemy internetu tonastepny list z X'ian.
Jonasz(czystsza polowa naszego temu) i Romek(brudniejsza) z misiami
Czekamy na wasze listy i piszcie do nas tworzac nowa wiadomosc (nie uzywajcie ikonki odpowiedz)
W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
-Fabryka Styropianu ARBET www.arbet.pl
-w buty i ciepłą odzież Jonasza wyposażył: www.sailandrock.pl
-Stefan Mazurkiewicz
-Sławek Bagiński
-pomoc w załatwieniu wiz: www.wizacenter.pl
-Piotr Strzezysz
-Tadeusz
-Michał
-Jura
-Teresa Zańko
-Paweł Buluk
-Wojtek Zackiewicz
-Małgorzata Jacyna-Witt
-Krzysiek Żurawski
-Ryszard Pasternak
-Wanda Kasperska
-Elzbieta Mamos
-Jarek Koziara
-Danuta i Antoni Karpinscy
-Piotr Krolewski
-misie przekazali: Karolina, Wioleta, Marek
-Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina
Postaramy sie wysylac esemesy od kierowcow przynajmniej z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie:
www.podroznik.szczecin.pl
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)


Czojbalsan 20.02.10
"Tam nic nie ma". - powiedzail Mongol gdy uslyszal ze chcemy jechac do Onderhan.
O! to fajnie! Jedziemy.- zdecydowalismy.
W Onderhah zawiedlismy sie, cos tam bylo. Droga na wschod. Do Czojbalsan. Ostatnie miasteczko na wschodzie Mongolii, stolica ajmaku Dornod. Dalej nic niema.
Wrzucilismy na siebie plecaki i ruszylisy na wschod. Asfaltu juz niestarczylo. Trzymajcie sie slupow elektrycznych- wskazal droge tubylec. Na szczescie samochody wyjezdzily ladny trakt, a wiatr wydmuchal reszte (czasami do golej ziemi). Jakis bus w koncu nas zabral. Mongolska babcia zadoptowala Jonasza i zaczela mu na dziendobry nacierac zmarzniete rece i obdarowala nas wielkimi landrynami. Reszta zalogi probowala poic nas wodka. Czohon czohon znaczy ciut ciut, wyjasnilem goscinnym Mongolom. I wyjasnilem ze Jonasz bardzo by chetnie, ale na lekcji wychowawczej mial pogadanke o szkodliwym wplywie alkoholu na ...yyy, na wszystko i od tamtego czasu niepije. Podskakujac sobie i scierajac mroz z szyb patrzylismy na sniezne krajobrazy z przepiekna faktura wykonana przez wiatrzysko.
Wyszukiwalismy na stepie jurt, lecz niestety zima nigdzie niewidzielismy wolnostojacych, tylko na terenie osad. Rowniez stad koni, koz, owiec i krow jest o tej porze niewiele. Pojawiaja sie z rzadka, a krowy miewaja ocieplenie w postaci koca obwiazanego sznurami wokol brzucha. Koniki w zimowym okryciu - puszystym futerku grzebia kopytkami w sniegu szykajac czegos do zjedzenia. I tylko wielblody niczym sie nieprzejmuja. Ze snieg, ze zimno, ze jeden z garbow mu sie przekrzywil, ze cale jego futro zkoltunione i zwisaja z niego strzepki welny. Kompletne friki. Luzik.
Noca trzeba bylo zaliczyc samochod w zaspie. Odkopywanie lopatami, rekoma, pchanie, narady i pokrzykiwania. Krzatanina w swietle samochodowych reflektorow i para wydobywajaca sie z ust. Jak na planie reportazu dla podrozniczego magazynu.
Noca dotarlismy do Czojbalsan. Kierowca zaproponowal spanie w maszynie. Ok. Zaproponowoal rowniez wyciagniety z pod fotela kawal barana. Nie ok. "Paczemu?" Patrzyl na mnie i powtarzal: "Paczemu?" W jego oczach lzy,bol, strach, smutek, niezrozumienie. Ile ludzki wzrok jest wstanie pomiescic. Nie moglem wytrzymac tego spojrzenia. Nakrylem leb spiworem i krzyknolem zpod niego:"dobranoc".
Tuz przed switem pobudka. Szofer do roboty. My do zwiedzania konca Mongolli.
Wschodzoce slonce delikatnie zloci blokowisko czteropietrowych posowieckich domow. Po chrupiacym sniegu idziemy przez place zabaw, posrod porzuconych baranich kosci i konskich kup, szukajac 'kafe internet". Jeden zaspany Mongol prowadzi nas na jeden koniec blokowiska, by zachwile inny wskazal drugi koniec blokowiska jako miejsce w ktorym ma byc upragnione"kafe". Przelecielismy tak pare razy po tym blokowisku i w ten sposob poznalismy Czojbalsan. Wschodni kraniec Mongolii.
Zdecydowanie ruszamy ku cieplejszym Chinom, tak upragnonym przez Jonasza. Tylko ktoredy czy pewna, a dluzsza droga "po sladach" do glownej drogi polnoc - poludnie, czy krotsza, ale rzadko uczeszczana.
Na mapach zaznaczona biala kreska, glowne czerwone drogi nie maja asfaltu. Ciekawe jak taka boczna.
Podczas letniej wyprawy ktos z was wyslal okolo 20 adresow swoich znajomych z prosba o dolaczenie ich do listy. Niestety teraz dostajemy listy z zapytaniem o co chodzi, ze niechca dostawac itp. W tutejszych kafejkach niejestesmy wstanie zmieniac nic w ustawieniu poczty, pisac wyjasnien. Nie dokladamy zadnych list adresowych, najwyzej jeden adres. Jesli chcecie rozsylac nasze listy do swoich znajomych, mozecie robic to sami.
Jonasz i Romek z misiami
Czekamy na wasze listy i piszcie do nas tworzac nowa wiadomosc (nie uzywajcie ikonki odpowiedz)
W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
-Fabryka Styropianu ARBET www.arbet.pl
-w buty i ciepłą odzież Jonasza wyposażył: www.sailandrock.pl -Stefan Mazurkiewicz -Sławek Bagiński -pomoc w załatwieniu wiz: www.wizacenter.pl -Piotr Strzezysz -Tadeusz -Michał -Jura -Teresa Zańko -Paweł Buluk -Wojtek Zackiewicz -Małgorzata Jacyna-Witt -Krzysiek Żurawski -Ryszard Pasternak -Wanda Kasperska -Elzbieta Mamos -Jarek Koziara -Danuta i Antoni Karpinscy -misie przekazali: Karolina, Wioleta, Marek -Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina
relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl
Postaramy sie wysylac esemesy od kierowcow przynajmniej z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie:
www.podroznik.szczecin.pl
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)


18.02.2010
"- Cóż, że pięknie, gdy obco - kiedyś tu będzie Rumunia Obmywana przez fale morza, co stanie się Czarne.
Barbarzyńcy w kożuchach zmienią się w naród ambitny, Pod Kolumną Trajana zajmując się drobnym handlem."
J. Kaczmarski"Starosc Owidiusza"
Nie wyjechalismy. Dopadla mnie jakas goraczka i postanowilismy sie podkurowac. W ramach rekonwalescencji udalismy sie do domu towarowego Sunday Plaza. Stragany, siedem pieter straganow. Plaza stragan. Ladnie i nowoczesnie. Kupujacym i sprzedajacym umila czas muzyka plynaca z ekranow. "Tato! Ale smieszne zobacz! Jaka smieszna muzyke i teledyski maja tu w Mongolii." Na ekranie przystojniacy: blondyn z brunetem udzielali sie artystycznie. "To nie potomkowie Dzingis Hana synu. Sa raczej ptomkami Owidjusza, Szekspira, Gethego I tak w goraczce siedzac na laweczce na wprost ekranu, popijajac herbatke z termosu, Jonasz caly czas sie smiejac, obejrzelismy cala tworczosc zespolu Modern Talking i spedzilismy milo dzien. "...kiedys tu bedzie Rumunia".
Muzykoterapia podzialala, czuje sie znacznie lepiej, ruszamy na wschod jak sie da najdalej, a potem w cieplejsze krainy do Chin.
Dostalismy pierwsza wplate od Krzysztofa Zurawskiego. Bajer la - dziekujemy.
Jonasz i Romek z misiami


Ulan Bator 16.02.10
Zostalismy jeszcze dwa dni. Wczoraj prawie wszystko pozamykane, dzis troche lepiej. Tylko pare sklepow spozywczych czynnych i pare knajp. A nawet w tych otwartych to najczesciej sa zamkniete imprezy. Bogate rodziny mongolskie wynajmuja je na swiateczne spotkania rodzinne.
Wypacykowani, uczesani i usmiechnieci witaja sie i siadaja do stolow z mongolskimi przysmakami. Np. taki Irish Pub chrom, lustra, skorzane kanapy i stol zastawiony swiatecznym ciasto-chlebem (musi byc koniecznie w wieze jeden na drugim), gory cukierkow, miesiwo i kelnerka nalewa do miseczek slona herbate z mlekiem(koniecznie musi smierdziec baraninom). Domu nie maja?
Wsrod nielicznych otwartych miejsc trafilismy do piekarnio-kawiarni.
Za lada stala... starsza Niemka?! Tosmy se napomstowali na na mongolskie przysmaki. Pani piekarzowa doskonale nas rozumiala(my nie zrozmielismy jak moze tu zyc trzynascie lat) i wywalala jezyk z
okrzykiem: "Bleeee". Nabylismy chleb a pani obdarowala nas paczkami.
Prawdziwymi, pysznymi paczkami. I tak po Nowym Roku przyszedl Tlusty Czwartek. Chleb -niewiarygodne- pyszny. W azjatyckich metropoliach mozna spotkac cukiernie i piekarnie nasladujace europejskie, ale wyroby w nich sa takie jakby je pomalowali farbkami plakatowymi. A tu pyszne pieczywo i paczki. Mongolowie mowia ze glupiec ocenia narod po jego kuchni. Jonasz zastanawia sie co na ten temat sadza francuzi.
Komu malo noworocznego swietowania ten moze znalesc knajpe wystrojona walentynkowo. Zajrzelismy do jednej takiej calej w rozowych tasiemkach i balonikach z napisem... KILL ME, czy cos takiego, jesli dobrze pamietam. Jonasz krzyczal ze sie niezgadza zebsmy tam zostali, ze sie zakocham, i bede tam siedzial i wydam wszystkie pieniadze. A on chce pizze. Zobczycie jeszcze ktos bedzie chcial ze mna no te .. baloniki i serduszka. Jeszcze bedzie przepieknie.
Widac ze Waletynki tu sa popularne. Pewien Mongol gdy uwiecznilismy go na zdjeciu, obdarowal nas pocalunkami. Wrazenie niesamowite zwlaszcza ze wczesniej starannie sie przygotowal. Niegolil sie,przez pare dni, wybil sobie zeba i sporzyl wiele doskonalej wodki mongolskiej. Niech zyje intrnacjonalistyczny Walenty. Niech zyja baloniki. Niech zyja serduszka. Niech zyja! Niech zyja zyja nam!
Na ulicach widac doskonale tubylcza mode. Wiadomo mlodzi niepotrafia sie jeszcze ubrac i ubrani sa jakby ze Szczecina przyjechali. Za to starsi...! Deel. Deel jest tu w modzie. Dlugi plaszcz zapinany na boku. Podobny nosza kobiety jak i mezczyzni. Tylko faceci spinaja sie pasem (wiadomo, facet zawsze musi byc troche spiety), a babeczki nie(spiete nie sa , ale sa zapiete, choc wydaje mi sie ze lepiej by bylo gdyby byly rozpiete, no chociaz troche). Deele sa najrozniejszych kolorow i wzorow. Mniej zamozni maja jednokolorowe ze sladami dlugoletniego noszenia. Wiekszosc jednak w tych dniach nosi je kolorowe, nowiusienkie z bogatymi zapieciami. Wysiadaja ze swych blyszczacych, wielkich terenowych aut i w futrzanych czapach roznego kroju, ida na swiateczny spacer po stolicy.
Nowy Rok mongolski czyli Bialy Miesiac oznacza rowniez nadejscie ocieplenia i odwilzy. Cos w tym jest, bo nam z nosa kapie. Za dnia slonce swieci i jest ok, nieczuc tych dwudziestu paru stopni. Noca jest zimno. Ale lazimy na slizgawke. Obok naszej jurty przeplywa rzeczka sciek, sluzaca za wysypisko smieci. Jonasz pomimo mrozu nie chce wylazic z tamdad. Jeszcze raz. Prosze. Jeszcze raz. A w balonikach to nie chcial posiedziec.
Mamy nadzieje ze jutro bedzie otwarty wielki targ, potargujemy sie troszke i dalej ruszamy na wschod.
Moze ktos by chcial nabyc mongolska gre- trzy baranie kosci. Tu wszystko jest z barana.
A Pan, Panie Marku nie potrzebuje papieru taletowego. Jeszcze od pazdziernika uzywa Pan tego rosyjskiego? Wiadomo rosyjski! Ale niech Pan nie przesadza nawet jak na rosyjski to minelo pare miesiecy .
Jonasz i Romek z misiami i buziaki od wczorajszego Mongola


Ulan Bator 14.02.10
Coz za piekny dzien. Nowy Rok i Walenty Dejs. I w tym pieknym dniu mamy szczescie wystukac do was pare slow. Szczescie doslowne, bo dotarlismy do U B po pierwsze, a po drugie wszystko tu zamkniete i znalesc internet to cud, bo jak nam wyjasnil pewien mongol to jest mongolski merychrystmas.
Oni nazywaja to Salgan Car, czy Gar, czy cos takiego, napewno w nazwie jest sagan. I w kazdym domu we wszystkich saganach jakie tylko maja, kisi sie tluste mieso.
Wczoraj w miescie Darhan trafilismy na targowisko. Ruch jak w markecie przed swietami, tylko koledy nie leca i choinek nie maja. Wszyscy kupuja, spiesza sie, pedza. Zabawki dla dzieci, dradycyjne ciasto noworoczne(przypomina podluzny chleb), herbate, leb barani. Wiekszosc handluje na straganach na swiezym powietrzu, elita handlu w halii, prawdziwa elita. Pieknie niczym w Hali Mirowskiej, panie sprzedawczynie w bialych fartuchach i czepkach kroloja wsrod rosyjskich konfietow i polskich kompotow i ogorkow kiszonych(pisalem trzy lata temu ze polskie wyroby spozywcze zajmuja sporo miejsca na mogolskich polkach sklepowych). Jonaszowi sie nie spodobalo. "Wszyscy mnie popychaja"(rzeczywiscie pchali sie niesamowicie i chodzic z naszymi plecakami nie bylo latwo) "To znaczy ze swieta ida. swiat nie lubisz? Wszystkie dzieci lubia swieta." Jednak najbardziej zniesmaczyl go widok w jatkach gdzie po wielkich kawalach miecha skakaly wroble i dziboly se do woli. Rzeznik niczym sie nie przejmowal i jeszcze mnie poczestowal kumysem, a wlasciwie szejkiem bo kumys w plastikowej butelce zamarzl.
Dzisiejszego dnia w U B wszystko zamkniete. Ale ruch na ulicach jak w Wigilje wszyscy odswietnie ubrani, calymi rodzinami gdzies jada, gdzies ida. To jest dzien odwiedzin i wszyscy sie odwiedzaja. Moze ktos wpadnie do naszej jurty?! Zapraszamy. Mamy pyszny kompocik z firmy Urbanek i swiateczne ciasto.
Co do wygladu miasta, to niezabraklo rowniez serc walentynkowych, brakuje za to turystow. Praktycznie ich tu niema (choc zwykle miasto jest ich pelne). Spotkalismy. Jednych spotkalismy. Kolo lodowej rzezby przedstawiajacej malego zrebaczka, trzymajacego w kopytkach butelke typu PET (wzruszajaca). I ten cudowny wyrob mongolskiej sztuki podziwiala rodzina czarnoskorych obywateli Zimbabue.
W mongolskiej stolicy stanelismy o drugiej w nocy. Wiekszosc tanich hotelikow zima jest nieczynna z powody brakow turystow. Wydawalo sie ze przyjdzie nam spac na klatce schodowej. Lecz przechodzac kolo swiatyni, okazalo sie ze jest czynna i ze odprawiaja tam jakies sylwestrowe nabozenstwo. I zamiast mrozic sie nocnymi spacerami po mongolskiej metropoli, lepiej posluchac zawodzen przysypiajacych, tlustych mnichow ( mongolscy duchowni w przeciwienstwie do swych tybetanskich kolegow sa okragli jak tluste paczki). Nocne dewocje zakonczyly sie noclegiem w przyswiatecznej salce. A przed snem otrzymalismy posilek w pudeleczkach z napisem MADE IN MONGOLIA . Cos pieknego, takie sa ladniusie ze wylizalismy je dokladnie z resztek pokarmu i zabieramy je do Ojczyzny. Jak by ktos chcial kupic, chetnie odsprzedamy. No moze juz za stowke. Bo straszna ochote mamy zeby sobie pochulac, np. pojsc sobie na pizze. Bo z zarciem jest tu strasznie.
Horror. Nie jadamy miesa szczegolnie Jonasz, ja moge cos tam czasem z grzecznosci skubnac. A tu tylko miecho. I to jakie. Juz niechby byl i schabowy. A tu wiielkie kawaly, rozgotowanego, tlustego miesa. Mieso w garach, miskach, wiadrach, na stole. Pod Dahranem wpadlismy do jednego mongola na herbatke, a tam caly stol zajmoje dorodny kawal rozgotowanego (i cholera jeszcze wie co z nim robili) barana.
Poczatkowo ku naszej uciesze baran powedrowal na szafke. Lecz szczescie nie trwalo dlugo. I glupi, wstretny baran wrocil na stol ku naszej rozpaczy. Gospodarz cial go w kawalki i rozdawal wszystkim po koleji. Gdy przyszla na nas kolej wystosowalismy stanowczy protest obrazajac cala rodzine pare pokolen wstecz i te ktore nastapia. Nasi mongolscy przyjaciele zemscili sie za obraze glosno mlaskajac i oblizujac paluchy wysmarowane baranim tluszczem. Z koleji w U B trafilsmy do rodziny ktora poczestowala nas zupa. Jadalem juz miesne zupy w Azjii. Siedzialem i wylawialem z nich wszystko co nie bylo miesem. Co tu wylawiac kawaly miecha i wielkie oka tluszczu. Jonasz sie poplakal i powiedzialem ze musimy juz isc do domu bo przypomnial sobie ze jutro pierwszy dzien szkoly i jest niespakowany. Wychodzac zgarnolem niepostrzezenie do kieszeni kawal chleba, i idac ulica rzulismy go zastanawiajac sie co jest gorsze Sagan w Mongolii czy Walentynki w Polsce.
Mimo nieszczesc kulinarnych, trafiamy rowniez w piekne miejsca i to nam wszystko wynagradza. W U B znalezlismy hotelik. Oczywiscie nieczynny, ale wlasciciel nas przyjol i za 5 dolcow dal spanko. Na dachu w jurcie. Na dachu swojej chalupki postawil sobie cztery jurty.
Wychodzimy sobie z naszego apartamentu i podziwiamy sobie widoki. A jest co podziwiac, centrum, szerokie arterie po ktorych suna szeregi trabiacych aut i morze jurt dookola ogrodzonych drewnianymi plotami.
Mi osobiscie przypadaja do gustu strozowki. W swiatyni Mongol spelniajacy zadanie ciecia siedzial w pomieszczeniu wykonanym przez artyste konstruktora. Odkrylem nieznane dodad dzielelo mongolskiego konstruktywizmu. Na tle bialej sciany artysta konstruktor starannie zaplatal czarne wielkie rury i male. Ze smakiem dorzucajac bialy kolor na zlaczkach i czerwienia po zaworach. Mongol cos mowil gdy robilem zdjecia. Olsnilo mnie on nie mowil w niezrozumialym jezyku, on mowil do mnie wierszem. Wierszem awagardowym. I tak rozumiec trzeba to co mowia tubylcy.I tak rozumiec trzeba Mongolie.
Inna strozowka i inne piekno. Rosja, Kiachta, 10 m od granicy barak ktory sluzy za Rosyjski Bank. Przekonujemy stroza by nas przenocowal.
Oddal nam swoja strozowke. To nic ze zimno, za to jak pieknie. Sciany i szafki przyozdobione wycietymi z gazet pieknosciami i modelkami z farb do wlosow. Sam posiadam niemala kolekcje opakowan po farbach do wlosow i damskiej bieliznie wiec piekno docenic potrafie. Tu pozwole sobie na prywate i wystosuje apel: Szanowne Panie! Niewyrzucajcie opakowan po farbach do wlosow, bieliznie itp. Przekarzcie mi.
Powiem wprost. Zachowlem sie jak bydle skonczone i ukradlem. Ukradlem Angeline J na odwrocie z krzyzowka nie dokonca rozwiazana i rudowlosa modelke z pudelka od farb do wlosow.
Z mrozami se jakos radzimy, tylko super krem na mrozy nam zamarzl.
No i jeszcze stale cos gubimy.
-zegarek
-ladowarke do baterii (ukradli nam w pociagu) -rekawiczki!!!!???!!! (to Jonasz byl taki mocny) -kawalek mongolskich pieniedzy Jesli bedziemy konsekwentni to na koniec wycieczki zostaniemy w samych majtkach. (Prawie zgubilismy plecak Jonasza. Spadl z dachu samochodu.
Na szczescie kierowca sie zorientowal.)
Jutro ruszamy pokrecic sie troche po... No wlasnie Jonasz chce w kierunku wschodnim, ja na zachod. A potem juz szybko na poludnie do Chin troche sie ogrzac.
Pytanko. Ze trzy osoby sa na hospitality zalogowane. Zapytajcie sie kogos o nocleg w X'ian i Chehgdu w Chinach i Hanoii w Wietnamie.
Jonasz i Romek z misiami
Czekamy na wasze listy i piszcie do nas tworzac nowa wiadomosc (nie uzywajcie ikonki odpowiedz)
W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
-Fabryka Styropianu ARBET www.arbet.pl
-w buty i ciepłą odzież Jonasza wyposażył: www.sailandrock.pl
- Stefan Mazurkiewicz
-Sławek Bagiński
-pomoc w załatwieniu wiz: www.wizacenter.pl -Piotr Strzezysz -Tadeusz -Michał -Jura -Teresa Zańko -Paweł Buluk -Wojtek Zackiewicz -Małgorzata Jacyna-Witt -Krzysiek Żurawski -Ryszard Pasternak -Wanda Kasperska -Elzbieta Mamos -Jarek Koziara -Danuta i Antoni Karpinscy -misie przekazali: Karolina, Wioleta, Marek -Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina
relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl
Postaramy sie wysylac esemesy od kierowcow przynajmniej z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie:
www.podroznik.szczecin.pl
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)


12.02.2010
Dojechalismy do ulan ude. Jonasz w pociagu zeswirowal z nudow. I
pojdzie na rente. A ja z nim, bo mnie tak wymeczyl, ze juz do niczego
sie nienadaje. Ale o koleji kiedy indziej.
Gnamy dalej. Tu jest juz trzynasta, musimy sie wydostac jeszcze za
miasto i 250 km do granicy mongolskiej. Jutro w zwiazku z nowym rokiem
przejscie moze byc zamkniete. Mroz jest niemaly. Poki idziemy jest ok.
Ale przystanki daja sie we znaki, ciezko zrobic zdjecie , bo zeby
zrobic zdjecie trzeba zdjac rekawiczki, po chwili palec nie trafia na
migawke. No i trzeba szybko chowac aparat.
Ulan Ude szczyci sie ze ma pomnik: glowe Lenina, najwieksza na
swiecie. Nie moglismy jej znalesc. Za to byla wielka glowa papieza. I
tutaj dotarl jego kult. Wielka glowa w snieznobialej piusce. Tutejszy
papiez ma wasy. A jak przygrzalo slonce to piuska zniknela. Wszystkie
miasta maja ambicje by byc naj, lub miec naj. Ulan Ude ma glowe, ach
zeby tak Szczecin mial pomnik najwiekszej ...
Ulan Ude stolica Buriacji (polnocni krewniacy Mongolow) rowniez
szykuje sie do Nowego Roku.
Dzieki za wszystkie listy.
Pszepraszamy ze tak krotko. Ale gna nas do przodu. Inaczej przymarzniemy
Salgan gan tzn: niujer czy cos takiego.


08.02.10
hura!
dojechalismy dzis w nocy stopem do moskwy. I cudem udalo sie kupic bilet na dzisiaj. za chwile odjezdzamy. w Ulan Ude jestesmy 12 lutego o 6 rano( tak napisali na bilecie) jesli odrazu nie znajdziemy internetu do szybko ruszamy na granice zeby zdazyc przed mongolskim nowym rokiem. wtedy nastepny list z mongoli. spalismy juz przy -20 w spiworacch. sprawdzaja sie b cieplo. tylko rano ciezko sie spakowac.
szkoda ze nie mozemy wiecej popisac. "slychac gwizd lokomotywy


07.02.10
z Lucka do Kijowa dojechalismy jakims smiesznie tanim pociagiem za 5 min jedziemy dalej do Bachmacza (najdalej jak sie dalo w strone Rosji, a dalej stopem.
Koleje w krajach bylych republik tez sa pelne uroku


Strzrzyzow 05.02.10
Polska B. Do granicy niedaleko minelismy Hrubieszow. Temperatura -10 pozwala wykryc pierwsze braki w wyposazeniu. Jonasz narzeka na chlod w paluchach, ja marzne w nochala.
Poruszamy sie nie zaszybko, ale ludziska serdeczni. Pod Zamosciem Pani zobaczyla nas przez okno i przyniosla nam herbate.Jak bysmy na pielgrzymce jakiejs byli.
6 km przed granicam ciemno, nic nie bierze poza mrozem coraz dotkliwszym. Cieplutkie klatka schodowa w pobliskim bloku wyglada zachecajaco, tylko czemu wszedzie sa domofony? Co za szczescie w jednej z klatek ktos byl tak mily i nie zatrzasnol drzwi. Juz mielismy rozbic sie obozem na ostanim pietrze gdy wyszedl Pan Antoni i surowo nam zabronil spania na klatce, i nietylko zabronil lecz nawet nakazal spac u niego w domu. Widac lubi nakazywac bo swojej zonie nakazal zrobic nam kolacje i poscielic lozka.
Rano ruszamy w strone Kijowa. Ja chcialbym tam wsiasc w pociag, Jonasz chce dalej do Moskwy stopem. Uwaza ze bilet Kijow Moskwa pozbawi nas wiekszosci budzetu. Materialista jeden. Chyba mu z zimna cos sie pomieszalo.
Jedzenie nam na razie starcza. W Lublinie Jarek Koziara zrobil nam kanapki na droge, lecz Jonasz nie chce ich jesc, bo mowi ze zrobil je wielki artysta i po latach bedzie mozna je z zyskiem sprzedac.
Jonasz i Romek


Lublin 04.02.10
No to wyjechalismy. Choc bylo ciezko wystartowac. Tak ciezko ze zawrocilismy. Nie dalo rady tachac plecakow. Usiedlismy w domu i wyrzucilismy zapasowe gacie i...zarcie. Czekolady i batony, ciastka, chalwy. "Tyle dobra sie marnuje." Rozpaczal Jonasz. A ja sie zastanawialem co my bedziemy jesc, zwlaszcza przez piec dni w pociagu.
Za to mamy duzo skarpet. Babcia Wanda jak nam dawala ciuchy na droge mowila:"Bardzo dobre skarpety." Wyglada na to ze przyjdzie nam je sprobowac. Na surowo. Chociaz pewnie najpierw je ukisimy.
Bedziemy probowali dostac sie stopem do Kijowa, a dalej do Moskwy pociagami lub stopem. Z Moskwy do Ulan Ude pojedziemy Koleja Transyberyjska. Dalej do Mongolii i przez Mongolie stopem. Tam wpadniemy sobie do jurty na herbatke, pogadamy se troszeczke (z uplywem lat czlowiekowi przechodzi ochota na szalenstwa i zaczyna doceniac uroki proszonych herbatek itp) i wio zpowrotem do domu, powtarzajac czesciowo letnia trase. Chiny, Wietnam, Kambodze, Bankog gdzie bedziemy szukac przelotu do Londynu.
Zamierzamy powrocic po Nowym Roku, po mongolskim Nowym Roku.
Nie wiem jak czesto uda sie nam znalesc internet. Na pewno znajdziemy cos w Ulan Ude i Ulan Bator. Postaramy sie wysylac esemesy od kierowcow przynajmniej z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy.
Zamieszczane one beda na stronie:
www.podroznik.szczecin.pl
Czekamy na wasze listy i piszcie do nas tworzac nowa wiadomosc(nie uzywajcie ikonki odpowiedz)
Jonasz i Romek z misiami
W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
-Fabryka Styropianu ARBET
-w buty i ciepłą odzież Jonasza wyposażył: www.sailandrock.pl
- Stefan Mazurkiewicz
-Sławek Bagiński
-pomoc w załatwieniu wiz: www.wizacenter.pl -Piotr Strzezysz -Tadeusz -Michał -Jura -Teresa Zańko -Paweł Buluk -Wojtek Zackiewicz -Małgorzata Jacyna-Witt -Krzysiek Żurawski -Ryszard Pasternak -Wanda Kasperska -misie przekazali: Karolina, Wioleta, Marek -Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina
relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)
PzdrJ


31.01.10
Startujemy we wtorek z samego rana. Dzis wieczorem postaram sie opisac
cala trase. Na razie panika i poszukiwanie ostatnich rzeczy,
skanowanie map, lekcja mongolskiego itp.
Nadal poszukujemy starych karimat i gogli, takich co potem mozna wyrzucic.
Moze ktos wie gdzie w Szczecinie mozna kupic mlego zageszczane w
plastikowej tybie nie metalowej.
Szukam telefonu do Piotrka od wietnamskiego, jak czytasz odezwij sie.
Teleskopowej tyczki 1,50. Usprawni nam rozbicie namiotu bez potrzeby
wbijania szpilek w zamarznieta ziemie.
Troszke jeszcze brakuje nam na oplacenie wiz, wiec jesli ktos moze to
pomoc...
Widzialem ze weszla jedna wplata (w pon bede wiedzial od kogo)bardzo
dziekujemy.
Nie wklejamy grupowo adresow ktore przesylacie z prosba o dolaczenie,
najwyzej jeden adres. Na letniej wycieczce ktos przeslal okolo 20
adresow i teraz pisza i pytaja sie o co chodzi.
Jeszcze pare miskow przyjmiemy do zalogi.
Mozna przynosic dzis podsuknie 15-21 lub jutro 11- 22.


28.01.10
Pare osob skarzylo sie ze nie dochodza listy, Marek poprzestawial w
poczcie i teraz powinno byc ok. Mamy was na liscie 320 osob.
moze byc tak ze ktos dostanie ten list i niebedzie wiedzial o co
chodzi. na letniej wyprawie ktos przyslal 10 adresow do swoich
znajomych i mielismy z nimi klopoty, teraz chyba wszystkie adresy sa
na liscie.
Nowe adresy dorzucamy tylko do niedzieli, potem jesli chcecie
przesylac nasze listy do znojomych to przesylajcie je sami (za malo
mamy czasu na necie).
Jesli ktos niechce dostawac listow to tez niech teraz wysle mejla.
U nas mlyn przedwyjazdowy. Walka o jakis sprzet i kase na
transyberyjska. Wyglada ze bedziemy miec przynajmniej cieple spiwory.
Byle tylko teraz jakas odwilz nie przyszla w Mongolii.


27.01.10
Codziennie dostajemy od was informacje o temparaturze na mongolskich
stepach.
Dostalismy juz ksiazke.
Dostalismy kominiarke i rekawiczki, troche sprzetu i Karolina w
plastikowej torbie przytachala gromadke dzielnych pluszakow. "Tylko
sie nimi opiekujcie" zegnala sie z nimi czule. (Moze ktos by tak ze
mna chcial sie pozegnac.)
Jeszcze pare miskow chetnie przyjmiemy do zalogi.
Poszukujemy:
-karimata(stara, taka do pociecia).
-kotakt z Robertem z wyprawy "Sladami Benedykta Polaka", lub dwojka
mlodych ludzi ktorzy buli unas po wskazowki przed wyprwa do Mongolii.
-kogos w Kijowie kto by nas ewentualnie przenocowal i pomogl kupic
sprawnie bilet do Moskwy.
Ja warjuje ze zdenerwowania ze cos zapomne lub niezalatwie, krzycze na
Jonasza ze by cos pomogl. A On odpowiada ze sie przygotowuje bo oglada
"Czterech pancernych". Najpopularniejszy serial w Mongoli to wlasnie o
tankistach i sabace.
Slow kilka o trasie.
Poczatkowo mielismy do Moskwy udac sie koleja. Lecz ceny biletow
Warszawa Moskwa sa takie same jak Moskwa Ulan Ude, wiec jedziemy
stopem do Kijowa a dalej pociagami. Do Ulan Ude w Burjacji. Z tamtad
sprubojemy dalej jechac autostopem. Na miejscu w Mongolii jesli nie
beda przejezdne szlaki to przejedziemy glowna droga z polnocy na
poludnie, wskoczymy do jakiejs cieplej jurty na herbate i pojedziemy
dalej. Ze Szczecina start w sobote albo niedziele.
Za wszelka pomoc serdecznie dziekujemy.
Po kolejnym serwisie pogodowym stwierdzilismy ze trzeba sprawdzic po
co Mongolom jest tak zimno.
Jonasz i Romek
7888 69 747
no i prosba piszcie do nas tworzac nowy list.
konto w banku te co zwykle.


18.01.10
m jak... Mongolia. Nniesmialo pragniemy poinformowac iz w ciagu dwoch
tygodni wyruszamy na nowa wycieczke do Mongolii.
Jesli ktos chcialby wlaczyc sie w przygotowania to w tym momencie
potrzebujemy:
-ksiazki F. Ossendowskiego "W krainie ludzi, zwierzat i bogow."
- uzywanych spodni narciarskich na metrszesdziesiad
- opinaczy (1 para) lub starej ortalionowej kurtki do pociencia.
-no i kogos kto by nas w Moskwie przenocowal.
Z pozdrowieniami
romek i jonasz
moj nr7888 69 747
