
Szczecin stolica 04 07 2010
Ludzie to maja dobrze. Siedza se w domu, a niektorzy to chodza nawet do pracy. Tylko my mamy powazne zadania do wykonania.
Wiadomo Polska to druga Japonia i mamy tu Ameryke.
A Szczecin. No wlasnie co z tym wyjatkowym miastem. Nalezy mu sie wyjatkowy tytul. i powinien zostac stolica.
Jak mozna sie dowiedziec z filmu "Nie lubie poniedzialkow"( bardzo
lubimy) "Warszawe nazywano Paryzem polnocy", a z lekcji rosyjskiego wiemy ze Leningrad jest Wenecja polnocy. Oczywistym jest ze jestesmy Warszawa zachodu, Leningradem poludnia, Chichacho wschodu, Johanesburgiem polnocy, Alma Ata polnocnego zachodu i ecetra. O tym powszechnie wiadomo i nikt rosadny nie podwaza przewodniej roli Szczecina w wielkiej rodzinie swiatowych miast. Niegodzi sie by tak znamienite miasto nie bylo stolica. Dlategoz to pomimo iz jeszcze nieodtajalismy po ostatniej wycieczce, a odciski niezostaly zaleczone, pospiesznie udajemy sie do Krola albanskiego, by wspomogl starania Szczecina o tytul stolicy.
Jonasz wpawdzie wykrzyknol "Nie rob z nas durni, Falbani nie ma krola." Czego ich tam ucza w tej szkole.
Krol jest na pewno.
Jak go dobrze zagadamy to Stetin zostanie stolica. Chocby Albanii.
W ramach przygotowan do wycieczki zajrzalem co ciekawego jest w tej FAalbani.
I wsrod wielu pieknych rzeczy maja tam
gospodarke . Coz to musi byc za piekny kraj. Maja w nim gospodarke.
Jest tam rowniez elektrycznosc, Cos wspanialego i to podobno maja nawet napiecie w sieci, i to nawet 220V. Musze to zobaczyc.
Tylko zdziwilo mnie ze za wszystko placa LEKAMI, strasznie zdrowi musza byc ci Albanczycy. To dobrze ze tak se placa, bo unas pieniedzy jak na lekarstwo(Tadeusz zaopatrzyl nas, i posiadamy juz 30$) i powiedzialem Jonaszowi zeby wziol chodziaz witamine C to bedziemy miec na orezade. Ciekawe czy za dobry obiad placi sie antybiotykami.
Startujemy jutro o 13.00 w kierunku Krakowa(Szczecin poludnia).
Jeszcze pare godzin jestesmy pod nr 7888 69 747. Nie wiadomo jak z listami bedzie, gdyz ta raza nie mamy na kafejki(na razie), a Jonasz oswiadcza ze on na pewno rysowac nie bedzie.
ze stolicy Jonasz i Romek
P.S.
Zapomnialem.Ktos prosil zebym przy okazji jak bede u krola zalatwil mu od niego pol litra Malibu. Tylko zapomnialem kto mnie o to prosil.
Jesli chcecie cos od krola to piszcie, tylko nie badzcie zbyt pazerni.
Czekamy na wasze listy i piszcie do nas tworzac nowa wiadomosc (nie uzywajcie ikonki: "odpowiedz")
W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
-Tadeusz
-Pawewl Buluk
-Piotr Strzezysz
-Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina
relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl
Postaramy sie wysylac esemesy od kierowcow przynajmniej z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie:
www.podroznik.szczecin.pl
Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka
Kasperska(mama Jonasza)


Ohrid poludniowa Macedonia 12 07 2010
Cos mnie ruszylo i w ostatnim polskim sklepie w Chyznem nabylismy za ostatnie zlotowki pare bulek i bochenek chleba. Stop do granicy z Serbia szedl poprawnie. Dopiero polnocna Serbia(Wojewodina) dala nam we znaki, stalismy dlugo. Jonasz stal sie monotematyczny i w kolko powtarzal ze jest glodny i czego by to niezjadl. Zwykle w ten sposob umilamy sobie chwile w znacznie puzniejszym etapie wycieczki. I tylko dzieki kawalkom chleba i zielonym jabluszkom z przydroznych sadow udawalo mi sie go uciszyc.
W Belgradzie stoimy przy stacji benzynowej przy drodze tranzytowej, pedzi samochod za samochodem i przez pare godzin nic sie niezatrzymuje. Nie pomaga kartka z napisem Nis(miasto na poludniu).
"Byle za Belgrad, byle za Belgrad" powtarzamy jak mantre. Gdy wlepiamy wzrok na mijajace nas auta, nagle podchodzi koles udekorowany zlotymi sygnetami i mowi ze jada w strone Macedoni i za 5 E nas podwiezie bo nie ma juz na benzyne. Spojrzalem na Jonasza i mowie ze niemamy kasy, ale zeby chociaz za Belgrad nas zabral. Zgodzili sie i opowiadaja ze wracaja z Niemiec do Macedoni i cala kase wydali na jakas winiete. No dobra jedziemy. Przejezdzamy kolejne kilometry, i kolejne bramki z oplatami, az tu nagle na ktorejs bramce stop. Brakuje 3 eurasow zeby przejechac. Kierowca zostawia paszport i stajemy na parkingu. Szuka macedonskich kierowcow zeby pozyczyc kase. Macedonczykow niema. Za to pelno obywateli niemieckich ktorzy calymi rodzinami jada do swej tureckiej ojczyzny. "Pomozemy?" pytam Jonasza. Odpowiada poprawnie:"Pomozemy!" Zagadujemy grzecznie odpoczywajacych kierowcow nakreslajac im nasza dramatyczna sytuacje w jezyku niemieckoangielsko tureckopolskim i zdobywamy dwa E. Jeden z Macedonczykow zdziera przepiekny sygnet z palca (zapewne kupil go na jakims wspanialym
odpuscie) i mowi zebym go sprzedal za 10 E. Tak oto zostalem obnosnym handlarzem sygnetow zlotych. Niestety Turcy nie wiedza co jest piekne i w tym fachu do fortuny nie doszedlem. Wytlumczylem Macedonczykowi zeby przyzdobil sie na powrot, a sam ruszylem wytlumaczyc kierowca nasza dramatyczna sytucje i w ten sposob zdobyle kolejne E. W podskokach z radosci ruszylismy w dalsza droge. Az tu nam owa droge zagrodzila kolejna bramka oplat. Tym razem chciala 2E. I tym razem udalo sie je nam zdobyc. Na szczescie Serbowie nie przez caly kraj maja autostrady i to byla bramka ostatnia, ale przyggoda nie ostatnia.
Za bramkami 120km do Skopji skonczylo sie paliwo. Tym razem z karnistrem w dloni namawialem kierowcow by zakupili nam po 2-3 litry ropy. I wten piekny sposob zawierajac nowe znajomosci z wieloma kierowcami po drodze znalazlezlismy sie Macedoni. Wygodny nocleg na jakiejs budowie i poranne sniadanie z ostatnimi kromkami chleba i pomidorem otrzymanym w pobliskim sklepie w roli glownej, wprowadzil nas w doskonale nastroje. Dzieki temu sprawnie zatrzymalismy Peguota z
1961 roku i tym zabytkiem wyruszylismy na krajoznawcza wycieczke.
Wlasciciel owej pieknej maszyny jechal na festiwal folklorystyczny do najwyzej polozonej wsi w Macedonii Galicna. Ja rosparty wygodnie na przedniej kanapie (w tym modelu ciezko mowic o fotelu jest to raczej wielgachna kanapa) sluchalem opowiesci o Macedoni, o wojnie, o muzyce i Jonsza wezwan "Glodny jestem", posrod gorskich krajobrazow gdy samochod serpentynami wznosil sie wyzej i wyzej. Nawet deszcz sprawil nam atrakcje gdyz woda przez otwory wentylacyjne wlewala sie prosto na moje nogi.
Pare kilometrow przed Galicna zatrzymala nas policja i powiedziala ze dalej trzeba pieszo bo we wsi jest amerykanski ambasador i samochodow nie puszczaja. Nim doszlismy to festiwal sie zakonczyl, co i tak wyszlo nam na zdrowie bo nasz kierowca spotkal swoja znajoma z tej wioski i zaprosili nas do baru. Pare stolikow, przy drodze z widokiem na cerkiew, wioske i gory, przy sasiednich stolikach tubylcy popijajacy rakje a przed nami wielki talerz szopskiej i jakies pyszne placki z cienkiego ciasta smazonego na glebokim tluszczu. Ale festiwal.
Wieczorem dotarlismy do Ohridy miasteczka historyczno turystyczno wypoczynkowego nad ochrydzkim jeziorem. Slynacego ze starych monastyrow i zwiazkow ze sw Cyrylem i Metodym. Deptak pelen turystow urzadzony wedlug miedzynarodowych standartow. Wystarczy popatrzec na Miedzyzdroje. Ciekawe kiedy Miedzyzdroje postawia u siebie monastyry i zorganizuja zwiazki kurortu ze swietymi Cyrylem i Metodym. Opuscilismy szybko deptak i waskimi kamiennymi uliczkami udalismy sie nad malownicza przystan gdzie wsrod ludek i przy akompaniamecie plusku fal i przebojow z odleglej dyskoteki udalismy sie na spoczynek. By rano zanurzyc sie w czystych wodach jeziora.
Niestety gdzies stracilismy torbe z mapami i zdeciami z poprzednich wycieczek, wiec zamiast ogladac zabytkowe cerkwie, ogladalismy okoliczne smietniki( w nadzieji ze je ktos tam wywalil. Nie powiem smietniki tez sa tu bardzo ladne. W jednym byly prawie noew pudelka od pizzy. I tak wedrujac w strone wylotowki znalazlem 300 denarow to jest 5 E. Jonasz stwierdzil:"Nie bedzie pisania zadnych glupich mejli idziemy do sklepu." Ale jak wypoi kole i zjadl bulke udalo mi sie go przekonac i kresle do was te pare slow.
Do Albani jest gdzies okolo 30 km i jak sie uda to moze jeszcze dzis tam dotrzemy.
Jonasz i Romek


Korcz 13 07 2010
Balbania cos pieknego. Jestesmy pierwsze godziny i juz pogubilismy sie w liczeniu napotkanych bunkrow. Naliczylem tyle ze nawet nie wiedzialem ze do tylu umiem liczyc.(dostaniemy pewnie ze dwadziescia listow ze podroze ksztalca) W banku zrobilem interes zycia dalem papierek z narysowana dwudziestka, a dostalem 2650. Szkoda ze nie mam wiecej to bym se jeszcze powymienial. Chyba skocze na chwile do Polski bo pare banknotow na wymiane. Pozatym fajnie jest tutaj w bankach. Pani juz w pierwszych minutach poprosila mnie o telefon. Widac mam szalone powodzenie u kobiet albanskich. Moze ja bym tu zostal krolem?
" Wybraz sobie ze zawsze masz czas, wszystko jest dobrze i wszystko w sam raz" Myslalem do tej pory ze autor napisal te slowa o mezczyznach zaludniajacych bramy ulicy Slaskiej, Jagiellonskiej, ulicy dawniej Swierczewskiego. Jednak szczesliwi panowie wystepuja o wiele liczniej w calej Falbanii. Jednak Falbania to Falbania. Kultura zobowiazuje.
Nie staja oni bo bramach lecz kulturalnie: krzeseleczko, stoliczek, piweczko na kazdej ulicy przy kazdym domu. Niektorym sie marzy Szczecin jako stolica Kultury. Samym gadaniem nic nie zrobimy. Wiec w jedna lapke taborecik lub krzeselko w droga napoj i przed brame.
Czynem zawalczmy o tytul.
Zanim dotarlismy do tej cudownej krainy. Noc spedzilismy przy prastarym monastyrze sw Neuma nad ochrydzkim jeziorem. Jak smoki obilismy sie swietej wody ze zrodelka swietej Pietki. Podobno bardzo zdrowa. Wiec jej zdrowo popilismy. Az nas brzuchy rozbolaly. Ale czego sie nie robi dla zdrowia.
Dzis krociutko bo idziemy sobie troszke posiedziec przy stoliczku
Jonasz i Romek
P.S.
No jak? Jak poszlo naszym w tym roku pod Gunwaldem? Wygrali? Ile?
Uwazam iz wladze miasta Szczecina powinny odpowiedziec za to, iz dopuscily do tego ze swiatowe obchody bitwy pod Grunwaldem znow zostaly nam ukradzione. Powszechnie wiadomo ze powinny sie odbywac w Szczecinie. Co na to wladze miejskie. Jesli tak dalej pojdzie to odbiora nam obchody zdobycia Berlina, bitwy pod Gettysburgiem, Kannami, Hastings i obrony Stalingradu. Przeciez zadne inne miasto nie zasluguje bardziej niz my.


Saranda
Wczoraj dotarlismy do Gjirokastry. Miasteczko na wzgorzu, z gorujaca nad nim ogromna cytadelom.
Gjirokastra szczyci sie ze jest najbardziej stromym miastem na swiecie. Chyba nigdy nie byli w Szczecinie. A poza tym Szczecin jest najbardziej Floating Garden na swiecie i najbardziej 2050 i tego nikt nam nie odbierze.
Rzeczywiscie troche sie zmachalismy wchodzac pod gore wybrukowanymi waskimi uliczkami. Bruk ulozony w w pasy bialo czarne z kostek o tym kolorze. Jonasz co chwile chcial wejsc do sklepu zakupic arbuzy i staczac je na idacych Albanow.
Gdy dotachalismy sie pod brame cytadeli byl juz wieczor. O dziwo brama jeszcze otwarta i niestety kasa biletowa rowniez. Jak zwykle zostalem z plecakami a Jonasz jako dziecko bezplatnie poszedl zwiedzac.Ciekawe kiedy mnie wpuszcza jako dziecko, a Jonasz zostanie?
Slonce zachodzi, nikt juz nie zwiedza, pani bileterka udaje sie do domu, Jonasza niema, pan stroz pokazuje mi ze moge zwiedzic zamek.
Ledwo ruszam zwiedzac starozytnosci, a tu wpada na mnie Jonasz i nie mogac zlapac oddechu recytuje:
-Tak sie balem drzwiskrzypialykratatrzasnelatoaletyczysteomaldodziuryniewpadlemmyslalem
zemniezamknelinazamku wystraszylem sie. Wpuscili Cie bez biletu?
-Toalet czystych sie wystraszyles? Choc mi wszystko pokaz.
Rzeczywiscie o zmierzchu olbrzymie lochy wypelnione po brzegi smieciami wygladaly fantastycznie. Ile lat kopac trzeba takie lochy(podobno pierwsze mury stanely w VIw, a potem ile trzeba smieci by je zapelnic.
Pan ktory zamykal krate okazal sie wielkim kwiatem lubinu. I tylko ducha minionej epoki przywolywal zestrzelony w 50tych latach amerykanski szpiegowski samolot.
Noc spedzilismy pod murami cytadeli. A teraz przechodzimy przez Sarande. Miasteczko wojewodzkie z plaza nad mila zatoczka. Jonasz denerwuje sie na letnikow, ktorzy snuja sie po uliczkach i strasznie szuraja. "Czego szuracie?" Tlumacze mu ze to nalezy do obowiazkow wczasowicza, snuc sie po letnisku z mina jak by sie bylo strasznie zmeczonym i szurac klapkami, by po powrocie wypoczetym i z nowymi sila przystapic do swych obowiazkow.
Niestety klapkow nie mamy, wiec z wczasowania nici, wiec udajemy sie dalej. Droga wzdluz wybrzeza w strone Tirany.
Jonasz i Romek z podrozy


Tirana 18 07 2010
I znow w Tiranie polski glos. Jak przed laty wybitni przedstawiciele naszego narodu prowadzili piekna rozglosnie, tak im nadajemy krotka tiranska audycje.
Choc pare slow podamy, gdyz tylko przez chwile jestesmy w pieknej Tiranie. Zmeczenie nas dopadlo, slonko przypieklo i jeszcze musimy sie wydostac za miasto w polnocnym kierunku.
Wczoraj odwiedzilismy Duress najwiekszy albanski kurort nadmorski.
Betonowa promenada, na plandekach sprzedawcy sprzedaja gory butow z sekenchendow, torebki italiana, chinskie zabawki. Male romskie dziecko spi rozlozone na kartonie jak Chrystus na krzyzu, zarabia swym smutnym wygladem na swych smutnych rodzicow. Nikt nie wrzuca pieniedzy, by brzdek monet nie obudzil dziecka. Majkel spiewa przeboje zebranemu tlumkowi podobno niezyje. To sobowtor tlumaczy Jonasz. Widze ze potwor. Misjonarze i hostessy. Jedni w kusych opietych strojach drudzy w bialych koszulach. Jedni rozdaja zapalniczki i darmowe minuty drudzy Slowo Boze. Hosstesi w bjalych koszulach sa mormonskimi amerykanami. Warto z nimi pogadac bo zawsze swietnie znaja miejscowe jezyki i mozna swoje slownictwo wzbogacic. Jonasz sie denerwuje ze chce spacerowac dalej i nie mamy czasu. Zapisal bym sie do nich ale nie mam czasu bo chodze na angielski, judo, gram na komputerze i mam nie przeczytane ksiazki z biblioteki. Nie mam kiedy, moze jak zdam na zolty pas i przeczytam zalegle ksiazki.
Zachodzace slonce odbija sie w Adriatyku, a zbrojeniowe prety wielkich inwestycji (poprzedniej i biezacej epoki) rzucaja wielkie cienie
Za mikrofonem Jonasz i Romek


w pospiechu (bo konczyl nam sie wykupiony internet) nie wspomnialem o paniach sprzedajacych w papierowych tutkach slonecznik, a przedewsztstkim konca histori misjonarskio hostesowych.
Gdy tak nam oferowano darmowe minuty i darmowe niebo i juz mialo byc tak pieknie, nadszedl mamy chlopiec z wielkim plastikowym pistoletem i nie oszczedzajac nikogo sprawiedliwie we wszystkich po koleji wpakowywal potezna serie, drac sie przerazliwie: dzzu dzu dzzu. Nie mial litosci dla misjonarzy przenosnych telefonow komorkowych, przedstawicieli mormonskiej firmy oferujacej zbawienie, handlarzy chinskich zabawek, pan pakujacych slonecznik tutki, dziewczat konkurujacych ktora krotsze gacie zalozy, dla nas. Dzzu dzzu dzzu.
pszeszyty seria dzzu Jonasz i Romek
Kruja. Jedziemy na polnoc. Jeszcze jakies 3 dni i powrot. Co do krola mamy pewne podejrzenia, ale o tym jak bedziemy mieli dluzszy dostep do pisania.


Szkodra 22.07.2010
Na chybil trafil pojechalismy do jakiejs miejscowosci. Bo tam podobno ladnie, bo nas tam jeszcze nie bylo. Jakos dojechalismy do Peshkopia a tam zobaczylismy na naszej mapce, ze jest droga do Lury slynacej z gorskich jezior (takie falbanskie polskie stawy). Okolo 40 km, tak wynikalo z mapy. Miejscowi cos krecili glowa opowiadali ze to daleko, o wielu godzinach opowiadali. Ale miejscowi juz jak jest 10 km dokas to zwykle mowia: "weryfar" i lapia sie za glowe, lub tylko lapia sie za glowe. Wiec i tym razem ich "weryfar" nie zmienilo naszych planow.
Kawalek podwiozl nas jeden Alban, zatrzymal sie przy jakiejs polnej drodze, wprowadzil mnie na gore smieci dla lepszego widoku i wymachujac swymi rekoma i swym balbanskim jezykiem przekazal mi zebysmy szli miedzy tymi dwoma gorami, a za ta gora jest Lura.
Mogl powiedziec ze za dwa dni jest Lura, a nie za ta gora. Poparrzyl jeszcze z zalem na Jonasza, postekal cos i pojechal.
Na pewno cos bedzie jechalo, jakas ciezarowka albo cus, nawet na pace podjedziemy w koncu to nie jest daleko. Idziemy!
Rzeczywiscie ciezarowki jechaly. Cztery. Cztery w ciagu dwoch dni z drzewem i to wszystkie w przeciwna strone. Oprocz tego 12 oslow, 6 mulow, 3 koniki zwykle obladowane drewnem lub jezdzcem, droge przebieglo 15 stad owiec, 3 koz, 20 krow zajelo bezprawnie pas drogowy w obie strony i jeden zlow dzielnie maszerowal dopoki Jonasz nie zapukal do jego domku, wtedy sie na chwile schowal po czym dal dyla w krzaki. Tak ze i zlow nas niepodrzucil.
Juz od poczatku bylo milo: sciezka z blotem po kolana, wiec butki w rece i dawaj zazywac blotnych kapieli, wygladac musielismy bardzo dostojnie gdyz dudek taki elegant z tym swoim czubkiem na glowie pomimo ze jest pod ochrona wcale sie nie chowal i cala blotna droge nam towazyszyl przygladajac nam sie z podziwem. Postanowilem uwiecznic Jonasza w tym stanie. Stojac w sliskim blocku z ciezkim plecakiem,ustawiam aparat juz mam pstrykac, a ten sie przesowa, bo mu sie nudzi tak stac. Wiec krzycze zeby wrocil na miejsce, a on ze nigdzie nie bedzie wracal, i zebym zmienil ustawienie w aparacie. I sie zaczelo rodzinna awantura w blocie. Poszlismy po calosci. Juz miielismy sie blotem obrzucac jak politycy w tv i tylko widzow nam brakowalo, gdy nagle okazalo sie ze i publicznosc mamy. Zakorkowalismy cala sciezke i przechodnie z zaciekawieniem nas ogladali. Ogladal nas kon i pan co na koniu siedzial i babcia z chrustem chrust co na babcinych plecach spoczywal, i dzieciaki co wykrzykiwaly : "Anglezi, Anglezi". Te okrzyki sprawily ze zobaczylismy ze inni nas widza i umknelismy. A szkoda, taki ladny elektorat mielismy. Jonasz jeszcze
pokrzykiwal: "Nie jestem zaden Anglezi". A ja zalowalem ze niemamy swoich ulotek wyborczch wreczylbym kazdemu mowiac: "W nadchodzacych wyborach glosujcie na mnie! A na niego nie"
Sciezka za pobliska wioska (gdzie zatrzymala nas na dluzej przydrozna
sliwka) znow zamienila sie w szersza droge, nadal bez samochodow ale za to pjela sie coraz wyzej w gore. Coraz mniej zabudowan coraz wiecej owiec i coraz wiecej... Juz wczesniej mialem pewne przeczucie. Teraz spotkajac napotkanych wspoltowarzyszy podrozy odkrylem ze odnalazlem naszego krola. Rzecz w tym iz w Falbanii jest krolow wielu. Juz gdy rwaca rzeke przechodzilismy wiszacym mostkiem na mule dostojnie nadjechal gosc obok ktorego maszerowala orszak w postaci zony. Z wysokosci mula uciol z nami pogawedke w jezyku anglezii, gdyz jak nam opowiedzial swa smutna historie spedzil na wygnaniu w zjednoczonym krolestwie trzy dlugie lata w niejakim miescie Manczester. Po czym pozegnal sie serdecznie, mula klepnol kijem w tylek, kiwnol na orszak ze ma ruszac dalej i zniknol nam za zakretem.
Od tad kazdego dumnego jezdzca witalismy tradycyjnym: "Dziendobry Krolu Lulu" (ta zacna formule przypomnial nam Pan Ryszard) od Krzysia pozdrawialismy pozdrowieniem "flauerpaler", a przede wszystkim prosilismy by pomogl zalatwic dla Szczecina tytul stolicy. Krol dostojnie kiwal glowa, na co mowilismy: "Krolu zloty. Wielkie dzieki.
Jesli krol chce to mozemy tu krolowi zalatwic Floating Garden 2050, albo nawet 2200 a niech tam, niech se krol ma: 3000. To nawet dla krola lepiej, dluzej bedziecie miec dlugopisy, torby papierowe, smycze do kluczy i komorki z bardzo gustownym napisem." Na dzwiek:"Floating Garden" osiol na ktorym spoczwala krolewska osoba podnosil leb, strzygl uszami i pieknie ryczal. Tak nasza misja zostala wypelniona sukcesem. Tu musze poskarzyc sie na Jonasza podczas gdy ja Krolowi ladnie wszystko przedstawialem, on caly czas sie chichral, omal nie zepsul calej misji. Wiec teraz gdy Szczecin zostanie stolica caly spledor i slawa mi sie nalezy.
Noc spedzilismy obok bacowek, gdzie udalo nam sie zdobyc wrzatek i za pomoca zupe chinskich zjesc ciepla kolacje przy dzwiekach krowich, kozich i owczych dzwonkow.
Rano maszerujemy dalej. Napotkany krol pokazuje cztery paluchy i mowi "ora". Cztery godziny jeszcze do Lury. Jonasz z wsciekloscia rzuca plecak i zarzadza odpoczynek. Po jakims czasie mowi, ze przelezelismy juz gdzies pol godziny wiec nam do Lury zostalo jakies 3,5 godziny.
Niedlugo potem nadjechaly w nasza strone dwa auta terenowe. Tiranczycy wybrali sie na rodzinna wycieczke. Jak ze milo bylo gdy okazlo sie iz jeden z mlodziencow zna nasz szlachetny jezyk gdyz jak mowil dwa lata studiowal w Krakowie. Czy studiowal? Trudno powiedziec gdyz z rozczuleniem wspominal juwenalia, imprezy, krakowskie knajpy. Po dotarciu do Lury zalapalismy sie sie jeszcze na objazdowa wycieczke do jezior. Niestety widok jak zobaczylismy niewzbudzal zachwytu. Polacie slynnego Parku Narodowego wypalane. Tu podobno nie dociera wladza panstwa, miejscowi potrzebuja pastwisk dla owiec nie wyjatkowych lasow wiec je wypalaja. Rowniez wycinaja na sprzedaz.
Wieczorem rostalismy sie z naszymi wybawicielami w jakims miasteczku.
Jonasz zapragnol czekolady wiec wyruszylismy jej poszukiwac. Dzieki temu rozwiazalem zagadke. We wszystkich miasteczkach zauwazylem na glownej ulicy zakaz wjazdu z tabliczka "19-22". Ale dziwny zakaz, mowilem do Jonasza. Nic w tym niema dziwnego. O 19 tej stroze prawa wystawiaja na poczatku i koncu ulicy pacholki, ulica zamienia sie w deptak, mieszkancy tlumnie wylegaja ze swych domow, chodzac tam i z powrotem. Ale po co? Dopytuje sie Jonasz. Jak to po co? Chodzi o to zeby pochodzic i przy okazji sie wylansowac. Skorzystalem z okazji i wskoczylem w nurt spacerowiczow i jestem teras Wbalbani wylansowany.
Janek dopytuje sie o firany z Tirany i tyrana. Janku juz sie nie martw, teraz nam krolowie wszystko zalatwia i firany do Szczecina i tyrana w jakim tylko chcesz kolorze. Przy wjezdzie do Szczecina beda wisialy piekne firany z Tirany, a prezydend wieczorem bedzie zaslanial zaslony.
Tadeusz napisal ze w mlodosci sluchal zagluszanego Radia Tirana, a jak by o. Dyrektor sam zagluszal swoje radio jak by wzrosla jego sluchalnosc.
Jutro przekraczamy granice z Czarnogora i ruszamy w strone Ojczyzny
Jonasz i Romek ZBALBANI
P.S.
W kafejce leci telewizja, w telewizji zapowiadaja...: Slawomir Mrozek TANGO.
-Jonasz slyszales. Mrozek w balbanskiej telewizji.
- Nasz? Polski?
- A jaki?
- No niewiem? Moze albanski?


Nasza Stolica 04 08 2010
Mialo byc szybko i przyjemnie i bylo.
Po raz pierwszy w zyciu sie nie spoznilem. Bardzo martwie sie o siebie. Moze zachorowalem na jakos egzotyczna chorobe. Teraz wszyscy ci co zarzucaja mi zbyt lekcewazace podejscie do bhp podruzniczego bedza wypominac mi brak szczepien i mowic: "mowilem ze to sie tak skonczy".
Ale co bylo milo to nasze.
I tu garsc najmilszych wspomnien z przemilej Balbani.
Podczas poszukiwan falbanskiego krola jak juz wczesniej pisalem zaswitalo mi podejrzenie ze Albabania to krolestwo krolow. Ta mysl przyszla mi do glowy podczas wedrowki wzdluz pieknego wybrzeza. Droga wijaca sie pod gore czarna serpentyna po jednej stronie piekny widok blekitnego morza adriatyckiego, po drugiej gora w ktora wklejona jest nasza droga. Tzw. Riwiera. My pedzimy dobrym samochodem - mercedes - niebyle co( zreszta popularna marka w tym kraju zwlaszcza starsze modele, widac falbanczycy to kolekcjonerzy starych aut). Rownie starzy jak auto sa falbanowie ktorzy nas zabrali. Mili starsi panowie dwaj.
Jeden z nich przypomnial sobie ze zapomnial jezyk rosyjski ktory poznawal w czasach swej mlodosci gdy uczeszczal do szkoly zanim jezyk ten niestal sie jezykiem zakazanym." Ale fajnie mieli!" pomyslalem sobie gdyz czesto mazylem na lekcjach rosyjskiego by stal sie jezykiem zakazanym. I gdy poprzypominalismy sobie to co zapomnielismy i waska drogo kilkakrotnie zjechalismy z gorki i podjechalismy pod gorke ze nasze zoladki poczuly sie jak na karuzeli. Jeden ze starszych panow wyciagnol ze swej torby telefon komorkowy i pewnie chcial zadzwonic do sterszej pani, a moze do wnukow. Wiadomo ze telefony sa niedobre i w tym momecie ukazaly swe prawdziwe oblicze i odmowily wspolpracy ze starszym panem. Na co drugi starszy pan dotychczas kierujacy pojazdem.
Zaczol instruowac kolege jak telefonu nalezy uzywac. Z jednej strony przepasc z drugiej strony skalna siana, przed nami waska droga z pedzacymi z naprzeciwka pojazdami, za nami chca nas inni wyprzedzac, a my w samochodzie mamy pokaz obslugi komurki. Szybko sie zorietowalismy ze nauczycieli bylo dwoch i wzajemnie sie pouczali. Komurka przechodzila z rak do rak, panowie podnosili glosy, by wyrazniej przedstawic swoje racje jak nalezy poslugiwac sie telefonem. Wreszcie zatrzymali auto, w miejscu gdzie byl podjazd pod sama gore, nie bylo pobocza i zaczeli przez pietnascie minut spokojnie ustalac instrukcje obslugi telefonu. Dostojnosc i godnosc z jaka to robili byla iscie krolewska. To nic ze za nami trabia samochody ktore chca jechac dalej.
Nawet ich to na chwile nie oderwalo od wciskania telefonicznych klawiszy. Prawdziwi krolowie. Na koniec jeden z panow zabral swoja torba rzucil w nasza strone pieknym "Doswidania" i zniknol na malej sciezce schodzacej w dol do wioski.
"Jakies dzikie sa tu kobiety" - powiedzial Jonasz ktoregos dnia. Czym zaskoczyl mnie podwojnie. Nigdy nie czynil takich uwag, wrecz wydawalo sie ze nie czyni takich obserwacji. Wiec z tad moje pierwsze zaskoczenie. Zaskoczenie moje drugie wzielo sie z tad iz niezwykle trafnie to zauwazyl. Dzikosc Balbanek nie polega na tym iz w skapym stroju z obnazonymi piersami biegaja po lasach. Raczej chodzi tu o charakter. Juz pierwszego dnia w miescie Korczy ujrzalem kobiete z idaca z naprzeciwka zdecydowanym sprezystym krokiem. Wysoka, szczupla, orli nos, oczy z pieknym lekkim stritem, w rekach taszczyla zakupy w siatce z lekkoscia jak bylby to bukiet kwiatow a nie prowiant dla calej rodziny na najblizsze dni. Duma piekno brzydota z szalenstwem.
Cos pieknego. Zamurowalo mnie i "w jakim filmie ja widzialem"
myslalem. W ostatniej chwili usunolem sie z drogi bo by mnie zmiotla jak komara nawet nie mnie widzac . "Kika" Almodovarowa, westchnolem cichutko gdy znikala za zakretem.
Dotej pory nic nie bylo o misiech. Misie byly i to sporo. Wprawdzie w naszych plecakach bylo ich mniej niz zwykle ale za to w Balbani bylo ich pelno. Misie, lalki, zabawki wisialy na wielu domach. Dachach, drzwiach, furtkach, oknach nawet jako wiechy na budujacych sie domach.
Jak sie dowiedzielismy jest to prastary zwyczaj, ktory ma na celu chronic dom przed "zlym okiem". I tutaj znow okazuje sie iz mamy wspolne korzenie gdyz i w naszym kraju misie nie sa obce zwlaszcza te "ktorym wy wiecie co my tym misiem chcemy powiedziec". Ciekawe czy ktos napial naukowa rozprawe: "Wystepowanie Misa w spoleczenstwach wstepujacych do UE po 89r ".
Wiadomo wszystko dzieli sie i Albania dzieli sie. Na poludnie od lini podzialu wystepuja pomniki i pamiatki w sklepie z pamiatkami po Skandembergu ktory to bil i dokuczal Turkom( nie ladnie tak - pewnie przez niego Albanosi nie beda mogli wejsc do Uni). Na polnoc od w/w lini wystepuje Matka Teresa. Przepiekne obrazki, figurki, plaskorzezby sa tak ladne ze dobrze ze nie mielismy pieniedzy bo stalibysmy tam do dzis i kupowali. Jedynie w Szkodrze nie pozalowalem filmu w aparacie i zrobilem sobie fotke z " Naam Tereza". Teraz bede musial zalozyc sobie konto na fejsbuku zebym mial gdzie godnie trzymac owo zdjecie.
Balbanowie sa swietnymi przewodnikami i tak gdy ucielismy sobie pogawedke -skracajac sobie czas podrozy-na temat sporow macedonsko greckich z kierowca. Dowiedzielismy sie ze Aleksander Wielki nie pochodzil ani z Grecji, ani z Macedonii jeno z Albanii. Jonasz juz sie wyrywal by wyjasnic kierowcy prawdziwe pochodzenie Aleksandra. Ale go powstrzymalem. Po co sie klucic, po co denerwowac Albana, jeszcze nas wyrzuci ze swego zabytkowego mercedesa i tak wszyscy wiedza ze Aleksander urodzil sie w Szczecinie. Nawet ze Szczecina pochodzi ten mercedes ktorym jedziemy. 30 lat temu jezdzil jako taksowka po szczecinskich ulicach.
Na koniec wycieczki dostalismy jeszcze jedna wplate anonimowo.
Anonimowemu sponsorowi dziekujemy.
Jonasz i Romek zBalbani wrocili

***

Szczecina 05 08 2010
Zapewne czesc z was pamieta jak to przed dwoma laty zdobylismy z Weronika "Trzy bieguny w ciagu jednego likendu". .
I teraz znow mamy przyjemnosc razem wyruszyc w niezne. Jonasz po balbanskich przygodach zabral Babcie w gory, a my z Weronika ruszamy do....do egzoticznej Popolski. O rany! Znowu ekstremalnie.
Weronika i Romek


Kłaków 06.08.2010
Juz na samym poczatku pojawil sie problem. Przejezdzalismy przez miasto Pyrzyce i kierowca tak zaciekawil mnie swojimi opowiesciami ze gotowy bylem wysiasc i zwiedzac. Pan kierowca twierdzil ze Pyrzyce maja prawie kompletne mury obronne ze Carkason nazywane jest francuskimi Pyrzycami. jednak najbardziej zainteresowala mnie wieza o pieknej nazwie: Wieza Pijacka. Juz chcialem wysiadac lecz Weronika skwasila sie i powiedziala ze Mama jej nie pozwala chodzic do takich miejsc, nic nie pomogly moje zapewnienia ze Mama sie niedowie. I jak tu podziwiac piekna Popolske.
Wiec tak pognalismy ze zajechalismy. Zajechalismy do miasta ktorego nazwa prawdopodobnie pochodzi od tanca jaki uprawiajajego mieszkancy.
Jakiez zdziwienie nas ogarnelo gdy okazalo sie ze wiekszosc osob mowi tutaj w jezykach obcych. Wszedzie w tramwaju, w sklepie, w restauracji, na ulicy wszyscy mowia w roznych jezykach. Co chwile slychac inny jezyk. Nawet nie wiedzialem ze tyle jezykow istnieje.
Siedzimy sobie w restauracji staropolskiej (Weronika nie chciala tam wejsc bo pewnie maja tam stare jedzenie) jemy ruskie, a obok nas inni klienci mowia po francusku. Ja sie pytam kto to wytrzyma? Jakie to trzeba miec zdrowie? Po pewnym czasie zrozumialem o co chodzi z tymi jezykami. Jak sie okazalo znalezlismy sie rowniez w miescie papieskim a jak wiadomo Popolacy darza Papieza ogromnym szacunkiem, a jak wiadomo Papiez co tydzien z balkonu przemawia w roznych jezykach. I na czesc Papieza Popolacy mowia roznymi jezykami.
Juz w pierwszych godzinach przybysz moze zorietowac sie ze wsrod tubylcow wystepuja podzialy. Stajac w sklepie w kolejce do kasy uslyszelismy jak pani ekspedienka zwraca sie do klienta o siedem groszy. Klient czy mu zal bylo tej kasy czy cu, ale wyraznie ociagal sie z zaplata. "Sewen gros" mowi podenerwowana ekspedientka. "Gros?"
pyta sie przelekniony klient. Krzyk ekspedientki wstrzasnol sklepem:
"Sewen ponc czy jak wy tam holera macie". Widac ze czesc Popolakow ma co innego niz inni Popolacy maja. Boze! Zeby sie tylko tu niepomylic, zeby tylko kogos nieobrazic, nie urazic.
Jutro wodowanie. Nasza jednostke plywajaca zwodujemy na wielkiej rzece. Niestety nie mozemy sie dogadac jakiej nazwy uzywac:
swiniak wodny
kurka wodna
czy moze zuch (to na czesc czlonka mlodziezowej organizacji).
Myslicie ze nadaje sie na matke chrzestna.
Balonika i Romek
produkt wlasny
krzyz
wawel
smok
lody
samochody
telefony


12.08.2010
Pierwsza wodna wycieczka juz za nami.
Nasz piekny niebieski kajak napompowalismy pod mostem Pilsudskiego i poplynelismy w gore rzeki. Popularnym miejscem wsrod tubylcow jest niejaki Wawel. prawdopodobnie nazwane tak z powodu popularnych tu czekoladek. Plynac wypatrywalismy tej slynnej budowli. Od razu nam sie spododobal ten Wawel, a zaraz kolo niego byl drugi z napisem "Jubilat". Jak nam wyjasniono w czasach gdy ta kraina nazywala sie PRYL byl to najwiekszy sklep w okolicy zwany domem towarowym.
Weronika chciala wyskoczyc na zakupy tak ze prawie wpadla do wody.
Plywajac przy zacumowanych statkach restauracjach zapytalem pani kelnerki nakrywajacej do stolu "Co dzisiaj na obiad?". "Dzisiaj zamkniete. Dzisiaj Wesele." Podobno oni w tym miescie te Wesele tak juz tu od stu lat wyprawiaja. To jakis lokalny produkt.
Najednej z ulic zobaczylismy kolejke. Prawdopodobnie stanie w kolejkach to jakas stary zwyczaj . Na ul. Starowislnej kolejka ze az milo. Wszyscy cierpliwie stali do malego sklepiku z napisem LODY. Gdy odstalismy swoje (Weronika oszukiwala bo siedziala na plecaku), dwie panie w bialych fartuchach obslugiwaly kolejkowiczow. Jedna zabierala im pieniadze, druga z wielkich metalowych garow nakladala lody.
Truskawkowowaniliowokakoaowobakaliowoborowkowobrzoskwiniowe i spowrorem predko na koniec kolejki. Bardzo pyszna ta kolejka. Tak nam zasmakowala ze postalismy se w niej pare razy. Az w glowie mi sie zakrecilo.
Zaobserwowalismy tez inny zwyczaj. Mianowicie mieszkancy zamieszkujacy Popolski podopnie jak mieszkancy krajow ktore Popolska nie sa lubia sobie robic zdjecia. W Klakowie miejscem cieszacym sie popularnoscia jest duzy krzyz owiniety czarnymi szarfami. Nic trudnego wyciagnac z kieszeni telefon komorkowy(moze byc zwykly aparat, ale komurka jest
najlepsza) wziazc do reki piwo lub lody, mozna sie przytulic do dziewczyny albo psa i poprosic przechodnia by zrobil zdjecie. Pstryk.
Weronika i Romek


Przemysl 13.08.2010
Zabawilismy troszke w Klakowie. Po prostu niemoglismy wyjsc z kolejki po lody. Damian z Irena ktorzy nocowali nas, zeby sie nas pozbyc namowilinas bysmy sprawdzili slynne lody w Przemysle.
Jak sie okazalo w Popolsce jest Przemys.
Wiec wyruszylismy z misja zbadania przemyslu lodowego. Noca zajechalismy pod ten Przemysl w okolice miejscowosci Dubiecko. Piekna laka nad szemrzacym Sanem, nad nami gwiazdy tak nas ukojly do snu ze obudzilismy sie na... Wybrzezu. Myslalem ze jeszcze snie ale na przystanku PKS widnial wielki napis WYBRZEZE. I tak postanowilismy przeplynac z Wybrzeza do Przemysla. Pod spozywczkiem rozlozylismy nasz okret i zaczelismy go pompowac. Jeden z przybylych po artykuly pierwszej potrzeby tubylcow gdy sie juz zaopatrzyl wdal sie w rozmowe z nami. Ostrzegl przed progiem wodnym, podal najblisze wiadomosci i przyglada sie nam. Nagle gdy szarpie sie z pompka by za jej pomoca nadmuchac nasz kajak slysze:
"Tak sie wluczyc, tak wioslowac, tak plywac - mowil z lekkim
zaspiewem- to zadna frajda dla mnie." I przyglada sie naszej pracy. Ja lekko wkurzony i zasapany pytam:
"A jak frajda jest dla Pana frajda?"
Tubylec jakby zmieszal sie lekko na moje pytanie i niesmialo: "Kochac zone...-po chwili dodal z lekim usmiechem- ...to dla mnie frajda!"
Po dwoch dniach machania wioslami, podziwiania siwych czapl i przepychania kajaka mieliznach dotarlismy do tego Przemyslu.
Momentalnie wyruszylismy zbadac ten Przemysl. Przemysl lodowy okazal sie przemyslem ciezkim. Rozczarowanie. Kolorowy lokal z wiekim podswietlanym szyldem w samym centrum starego miasta, blask chromowanych stoliczkow, elegancko ubrani ekspedjeci, ze czterdziesci kolorowych smakow w estetycznych pojemnikach. Przemysl naprawde ciezki. Cukier z kolorowymi barwnikami. Kolejka owszem byla, ale tylko 10 minutowa. Na Starowislnej z dala od turystycznego centrum malutki lokalik bez zadnych reklamowych fiki miki, pare smakow i lody jak marzenie. Starowislna prowadzi. Za to w Przemyslu sa inne smaczne atrakcje.
Ale o tym kiedy indziej.
Ruszamy pomalutku na polnoc.
Lodonika i Romek
PS
Weronika bije podroznicze rekordy. Zdobyla trzy bieguny w ciagu jednego wekendu. (patrz nasze przygody sprzed trzech lat). Teraz przeplynela z Wybrzeza do Przemysla w ciagu dwoch dni.


dzieje sie dzieje. niestety w Popolsce trudno nam znalezc internet
wiec trzeba bedzie nadrobic pisanie po powrocie. Internetu nam brakuje
ale nie brakuje uniesien religijnych. Gdy uslyszelismy o odpuscie w
Kalwari Paclawskiej nie moglismy sobie odpuscic tego odpustu i znow
zmienilismy trase. Ale o imprezach masowych kiedy indziej.
Gienio Mientkiewicz polecil nam odwiedzic Krzeszowice powidlami
slynace. Powidla- se mysle- co tam jakies slodkie papki bede w siebie
pakowal, sery bym se pojadl a nie papki dla starej babki dobre. Gienio
gdzie sery robia? Ale pojedz, sprubuj- namawial Gienio. Ze jakos to po
trasie bylo. Odwiedzamy Stanislawa w Krzeszowicach nad Sanem. Szybko
ladujemy za stolem w altanie w ogrodzie. Na stole laduje ciasto, dzban
herbaty i dwa slojczki... Sluchamy opowiesci jak to od wiekow se smaza
sliwki, ze jak jakas komuna byla to wtedy niesmaszyli, ze jak se ta
komuna poszla to zobaczyli ze maja w gospodarstwach wielkie kadzie,
jak se przypomnieli ze w tych kadziach tato z mama smazyli sliwki i
jak sami je zaczeli smazyc i o sadzie swoim opowiadal nad Sanem gdzie
tylko sliwki zbiera i nic innego nie robi, nawet nie pryska, a one
rosna i rosna. I pokazal nam te kotly do smazenia co ze sto lat maja i
ze godzinami mieszac trzeba i mieszac i nawet na chwile nie mozna nie
mieszac. To ja juz ten sloiczek powidel otworzylem w gesta czarna
mase noz wbilem i sprobowalem i sprobowalem i sprobowalem... Cos
Weronika mowila ze nozem to tak nieladnie i ze ona tez chce. Ledwo
udalo mi sie Weronike do sloiczka dopuscic. Dno osiagnelismy dno.
Jeszcze nikt nigdy tak szybko dna nie osiagnol. Przez lata
oszukiwano nas mowiac ze to co do tej pory jedlismy to byly powidla.
Jeszcze jedna noc nad Sanem i niech burza nawala, grzmoty bija, my
siedzimy w altance u Stanislawa w ogrodzie i wpatrujemy sie w dwa
slodziutkie sloiczki. A bede mogla zabrac jeden do domu- przed
zasnieciem szepcze Weronika. Jak to Gieniu powiedzial o powidlach
Stasia: "Kurwa! O dwie dlugosci przescigaja wszystkie inne powidla". A
Gieniu Mientkiewicz to na jedzonku sie zna.
"Stan wody Wisly w Zawichoscie..." pamietajac prastare komunikaty
radiowe pojechalismy sprawdzic stan osobiscie, gdyz dawno radia nie
sluchalem i stan ten byl mi nieznany. Promem przeprawilismy sie przez
rzeke i prom byl w stanie nas przewiesc i rzeka byla w stanie, i pan
promowy byl wstanie nas przewiesc choc powinien byc w stanie spoczynku
bo pewnie samego Gomulke na drugi brzeg przewozil, albo innego
marszalka.
Tak dotarlismy do Wawolnicy(miedzy Naleczowem a Kazimierzem) gdzie
Magnolia, Mimoza i Beza daja mleko a Ania i Rafal robia z niego pyszne
sery. Czedar i feta i mieki serek z pieprzem wpieprzam az trzeszcze.
Rano Weronika ma dojic angielskie damy (rasy dzersej), i ruszamy w
strone Kaszub.
Seronika i Romek

Nad morze, nad morze - marudzila Weronika. Pod Plockiem zatrzymalismy
samochod jadacy do Wejcherowa i tak znalezlismy sie na pl Helskim. Noc
spedzilismy w Kuznicy. Weronika poczula sie artystka i gdy zobaczyla w
porcie nad zatoka mala scene, powiedziala ze tam spedzi cala noc.
Przetachalismy dwie lawki i poszedlem spac na tak wygodnej kanapie.
Weronika wiercila sie cala noc i czekala na publicznosc. Dopiero nad
ranem przyleciala mewa a poniej przyszlo dwoch rybakow. Niestety nie
zachwycili sie wystepami Weroniki tylko caly czas klocili sie o
jakies ryby. A gdy przylecial jakis pies i zaczol szczekac powiedziala
ze tu nikt niezna sie na prawdziwej sztuce i przeniosla sie pod
kapliczke "postawiona po wielkim sztormie" lezy pod nia jak fladra
wyrzucona na brzeg do gory brzuchem i mowi ze jest sarenka, czy
syrenka (niegdys popularne auto popolskie). Kompletnie nie rozumiem
czemu chse byc starym samochodem. No ale kto zrozumie wielkie - male
artystki.
Dalsza trasa jest nie znana. Gdyz troche kusi " wojna pomidorowa" w
hiszpani. 25 w srode godzina 11. Moze by ktos chcial sie scigac do
hiszpani stopem. Proponuje start w poniedzialek ze Szczeciny. Jesli sa
chetni to niech sie odezwa na 7888 69 747.
Pod Plockiem najedlismy sie w kolejnym gospodarstwie serow. Ale o tym
po powrocie. Jesli ktos wie o jakis gospodarstwach gdzie robia sery
lub regionalne przysmaki czekamy na wasze listy.
Fladronika i Romek
